Gospodarka

Ekonomia fuchy, czyli jak zburzyć poczucie stabilności pracy

„Gig economy” to pojęcie, które dorobiło się już kilku polskich tłumaczeń, z których najprzyjaźniejsze brzmi: ekonomia fuchy. Czym ona właściwie jest – chwilową modą, sposobem na rozwój biznesu czy zagrożeniem dla pracowników?

XXI wiek to czas, w którym – dzięki dynamicznemu rozwojowi technologii cyfrowych – zachodzą głębokie zmiany w różnych sferach ludzkiego życia. Dotyczą one między innymi modeli zatrudnienia, w których można zaobserwować dążenie do elastyczności. Wyrazem takiego stanu rzeczy jest tzw. gig economy. To pojęcie dorobiło się już kilku polskich tłumaczeń, z których najprzyjaźniejsze brzmi: ekonomia fuchy. Czym ona właściwie jest – chwilową modą, sposobem na rozwój biznesu czy zagrożeniem dla pracowników?

Czym jest ekonomia fuchy?

Dzięki wieloletnim staraniom ruchów robotniczych i związków zawodowych w drugiej połowie XX stulecia udało się stworzyć w Europie Zachodniej tzw. welfare state. W tłumaczeniu na język polski to określenie oznacza państwo dobrobytu – rozumiane jako sprawnie działające instytucje publiczne, sieć zabezpieczeń socjalnych i ustawowe gwarancje praw pracowniczych i stabilności zatrudnienia na etacie.

Nowe trendy we współczesnej ekonomii sprawiają, że ten model gospodarki zaczyna odchodzić w przeszłość, a zastępuje go właśnie ekonomia fuchy.

Ekonomia fuchy zakłada stopniowe wypieranie zatrudnienia etatowego przez różnego rodzaju tymczasowe formy zatrudnienia. W teorii mają one zapewnić swobodę działania zarówno przedsiębiorcom, jak i pracownikom. Współpraca między obiema stronami przybiera charakter incydentalny, bo jest podejmowana na czas określonego projektu lub nawet pojedynczego zlecenia, a zleceniobiorca może wykonywać usługi dla więcej niż jednego klienta jednocześnie.

Do czego służy wywoływanie poczucia winy u najuboższych

Myślą przewodnią tej koncepcji jest elastyczność. Jej zwolennicy odrzucają wszystko to, co związki zawodowe i ruchy pracownicze zdołały wypracować na przestrzeni lat. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że ekonomia fuchy to wręcz przeciwieństwo państwa dobrobytu.

Kto korzysta na elastyczności

Zdaniem zwolenników tego „nowatorskiego” podejścia ekonomia fuchy stanowi remedium na wyzwania współczesnego świata i umożliwia sprawne funkcjonowanie przedsiębiorstw w dynamicznym otoczeniu wolnorynkowym.

Wydaje się jednak, że piewcy tej idei zapominają o pewnym bardzo ważnym aspekcie. Na elastyczności zatrudnienia, owszem, korzystają przedsiębiorcy: mogą oni w dowolnym momencie nawiązywać oraz wstrzymywać współpracę ze zleceniobiorcami działającymi w ramach umów cywilnoprawnych. Taki model biznesowy pozwala na optymalizację kosztów przedsiębiorstwa oraz szybszą adaptację organizacji do otoczenia biznesowego.

Stiglitz: Jak sobie radzić z inflacją? Ostrożnie

Co jednak z drugą stroną rynku pracy, czyli pracownikami? Niestety, wygląda na to, że zwolennicy elastyczności zatrudnienia nie mają recepty na to, jak ochronić pozycję pracowników zatrudnionych na umowach śmieciowych i niepewnych kontraktach.

Ludzka praca staje się usługą

W ramach ekonomii fuchy zakłada się odchodzenie od etatów na rzecz platformizacji. Oznacza to, że współczesny konsument będzie w stanie zamówić produkt lub usługę za pomocą internetowej platformy (Uber to tylko jeden z przykładów takich rozwiązań). Tego typu zjawiska można zaobserwować właściwie w każdej branży, takiej jak choćby copywriting, marketing internetowy, dowozy jedzenia, przewóz osób, tłumaczenia, korepetycje czy usługi informatyczne.

Takie rozwiązanie jest wygodne dla klienta, który może zamówić wybraną usługę lub produkt z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie, o ile tylko ma dostęp do internetu. Z drugiej jednak strony, taka sytuacja jest niezwykle szkodliwa dla pracownika i jego praw. Wprawdzie ten ostatni (bardziej adekwatnym określeniem jest raczej termin: zleceniobiorca) również może z łatwością utworzyć profil na platformie, podejmować zlecenia i zarabiać. Co jednak z prawem do urlopu, płatnym zwolnieniem chorobowym czy odprowadzaniem składek emerytalnych? Niestety, tego typu platformy oferują twórcom umowy o dzieło oraz zlecenia – zbudowanie zdolności kredytowej także będzie wówczas niezwykle utrudnione.

Ekonomia fuchy przyciąga tych, którzy poszukują elastycznych form współpracy. Często jednak zapomina się o drugiej stronie medalu. W efekcie elastyczność bardzo często sprowadza się do poczucia niepewności co do jutra oraz nerwowego oczekiwania na kolejne zlecenie. Ponieważ nie zawsze wiadomo, kiedy giger otrzyma kolejną „fuchę” do realizacji, trudne jest zaplanowanie nie tylko domowego budżetu na następny miesiąc, ale także spędzanie czasu z rodziną czy przyjaciółmi. Taka błahostka jak wyjście z rodziną do kina czy restauracji staje się trudna do zrealizowania, a głowę gigera nawet na sali kinowej będą zaprzątać myśli o zleceniach.

W efekcie to, co zwolennicy elastyczności określają z dumą jako rynek pracy przyszłości, często może stanowić jedynie uzupełnienie domowego budżetu. Tymczasem według powołujących się na badania Morgan Stanley twórców raportu E&Y GIG on. Nowy Ład na rynku pracy już w końcówce dekady ponad połowa pracowników w Stanach Zjednoczonych będzie zarabiać lub dorabiać jako gigerzy. Czy widzą oni zagrożenia, jakie niosą ze sobą te zmiany?

Ekonomia fuchy w Polsce – teoria a praktyka

Teoria zakłada, że pracownicy zawierający elastyczne formy umów to wysoko wyspecjalizowani fachowcy (np. programiści, graficy, niektórzy inżynierowie itd.), którzy mają wiele zleceń i osiągają wysokie dochody. Jak wygląda rzeczywistość? Niestety, jak można się domyślić, znacznie mniej interesująco. Na samozatrudnieniu oraz elastycznych umowach może przebywać (i przebywa) przedstawiciel praktycznie każdego zawodu. W ramach B2B albo „śmieciówek” działają inżynierowie, wykładowcy, informatycy, specjaliści ds. controllingu, księgowi, ale także spawacze, sprzątacze, dziennikarze, magazynierzy, kierowcy…

Innowacje: błogosławieństwo nie dla wszystkich

Zgodnie z raportem sporządzonym przez Instytut Badań Strukturalnych nawet 10 proc. przedsiębiorstw działających w Polsce można określić jako fikcyjne samozatrudnienie. Podmioty z tej grupy – mimo prowadzenia firmy – nie posiadają własnej kadry, a sami przedsiębiorcy wykonują swoje obowiązki na równi z innymi pracownikami zatrudnionymi przez większy podmiot. De facto są oni pracownikami, którym nie przysługują jednak takie świadczenia jak prawo do urlopu. W wielu tego typu przedsiębiorstwach większość (a często całość) przychodów pochodzi ze współpracy z jednym tylko zleceniodawcą.

Ekonomia fuchy tworzy z „gigerów” pełnych optymizmu i dążenia do niezależności niewolników. W rzeczywistości postulowana przez zwolenników tego modelu samodzielność i elastyczność to pojęcia czysto iluzoryczne.

**
Emil Zelma – specjalista ds. controllingu, miłośnik ekonomii. Absolwent Politechniki Warszawskiej. Jego główne obszary zainteresowań to nierówności dochodowe, słabości kapitalizmu i rola państwa w gospodarce.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij