Felieton

Przebiegłość, poczciwość, kretynizm, czyli skąd się biorą takie okładki

Gazeta Wyborcza, okładka z 26 lutego 2019 r.

Ukazanie pielęgniarek, nauczycieli i wykluczonych komunikacyjnie jako roszczeniowych odbiorców „naszych” (znaczy czyich?!) pieniędzy jest obrzydliwe.

„Jedynki” prasy papierowej coraz rzadziej rozgrzewają dziś media społecznościowe. Udało się to „Gazecie Wyborczej”, która swój tekst zawierający wyliczenia kosztów różnych posunięć PiS zilustrowała porażającą okładką. Stówa brutto dla pielęgniarek, 16,1 procent podwyżki dla nauczycieli oraz 1,5 miliarda na autobusy w powiatach to – w zamyśle bulwersujące – przykłady, jak PiS „hojnie rozdaje nasze pieniądze”.

 

Zestawienie obietnic w rodzaju poszerzenia 500+, a już zwłaszcza „trzynastki” dla emerytów z koniecznymi od lat podwyżkami w sferze budżetowej jest zwyczajnie dyletanckie. Ukazanie pielęgniarek, nauczycieli i wykluczonych komunikacyjnie jako roszczeniowych odbiorców „naszych” (znaczy czyich?!) pieniędzy jest obrzydliwe. A biorąc pod uwagę, że „Gazecie Wyborczej” zależy na odsunięciu PiS od władzy, absurdalne – bo nic tak nie mobilizuje tych bardziej miękkich wyborców PiS i nie zniechęca do opozycji, jak język potępienia „demagogicznych roszczeniowców”. O co tu w ogóle chodzi i czemu ma służyć? Bo chyba okładek tego kalibru nie puszcza się przypadkiem, bez politycznej weryfikacji? Rozważmy na zimno trzy warianty.

Wariant pierwszy: „przebiegły”

Autorzy przekazu uznają, że Polskę za rok, dwa niechybnie czeka potężny kryzys gospodarczy, związany z jakimś wstrząsem zewnętrznym w UE lub w USA, wojną handlową itp. Mocno zwiększone i zawarowane ustawowo wydatki socjalne mogą wprawdzie – jak uczy Keynes – amortyzować kryzys w średniej perspektywie i przyspieszyć ożywienie, ale pod warunkiem, że najpierw państwo całkiem nie zbankrutuje. Przy ograniczeniach polityki unijnej (procedura nadmiernego deficytu!) nagły spadek wpływów do budżetu i wzrost kosztów obsługi długu to recepta na katastrofę. Z dwojga złego lepiej, żeby wziął ją na siebie PiS – złe relacje z instytucjami UE i wszystkimi niemal możnymi tego świata zapędzą tę formację w kozi róg i uczynią odpowiedzialną za klęskę.

Po co zatem pisać takie rzeczy? To proste: przekaz o rozdawnictwie wywoła przede wszystkim gniew i reakcję przekory. Niejeden wyborca na złość zagłosuje na PiS, a PR-owcy tej partii będą ludziom przypominać, co też o nich sądzi tuba opozycji. I bardzo dobrze! Niech najpierw PiS wygra na tych swoich hasłach socjalnych, niech mami Polaków mirażem sprawiedliwego społecznie raju, a potem na gruzy tego wszystkiego wejdzie opozycja, cała na biało, z wielkim „a nie mówiliśmy!” na sztandarze. Rząd dobrej zmiany trafi spektakularny szlag, a nowy, europejski i liberalny rząd jakoś się z tą Europą dogada i może kraj za uszy z kryzysu wyciągnie. To byłaby strategia „im gorzej, tym lepiej”, dość cyniczna, ale dowodząca przynajmniej zdolności logicznego myślenia autora, względnie inspiratora przekazu „GW”.

W poszukiwaniu kolejnego kryzysu

Wariant drugi: „poczciwy”

Autorzy pogodzili się wreszcie z koniecznością podziału opozycji na dwa bloki po linii podziału ideologicznego. Z jednej strony umiarkowanie konserwatywny blok rynkowy, ostrzegający przed nieodpowiedzialnością fiskalną PiS i awanturnictwem w Europie – i to do jego wyborców zwraca się swą okładką. Z drugiej – coś na lewo od bloku numer 1, bardziej liberalne światopoglądowo i bardziej socjalne. Naturalny „podział pracy” mobilizuje więcej wyborców, którzy wreszcie mają wybór inny niż tylko „byle nie PiS”, a w efekcie Kaczyńskiego odsuwa od władzy koalicja sejmowa dwóch ugrupowań. To wszystko nawet trzymałoby się kupy, gdyby nie fakt, że opcja „rynkowo-liberalna” niesie w tak skonstruowanym przekazie potężny ładunek pogardy i klasowej dystynkcji. Niszczący wspólnotę na dłuższą metę, na krótszą zaś mobilizujący przeciw opozycji nie tylko „socjalny” elektorat PiS, ale także wszystkich, którym zależy na dobrych usługach publicznych. Bo nietrudno im odnieść wrażenie, że choć PiS radzi sobie z nimi średnio, to opozycja w ogóle nie uważa, by były czymś potrzebnym.

Wariant trzeci: „kretyński”

Jest rok 2019, minęła dekada po wielkim kryzysie zachodniego kapitalizmu i trzy lata rządów PiS, kiedy transfery socjalne udało się połączyć z dobrymi wskaźnikami gospodarczymi. Opozycja powtarzała, że „się nie da”, Kaczyński o tym nie wiedział, przyszedł i się dało, a świat się od tego nie zawalił. I po tym wszystkim, a także po dziesiątkach wnikliwych artykułów Adriany Rozwadowskiej i Justyny Sucheckiej na temat służby zdrowia i edukacji na łamach samej „Gazety Wyborczej” jej oficerowie polityczni uznali, że nie ma wyjścia – trzeba Polaków mocno przestraszyć. Przypomnieć, do czego prowadzi rozdawnictwo, wywołać wstręt do nienasyconej hydry związków zawodowych sfery budżetowej, pouczyć, że nie ma darmowych obiadów. A Polacy, jak to Polacy, przeczytają, oburzą się i gremialnie pójdą wygłosować ten cholerny, rozdawniczy PiS. Nie mówiąc o tym, że pielęgniarki i nauczycielki zawstydzą się, jakie są roszczeniowe i jak bardzo zapomniały o misyjnym charakterze swego zawodu. Oby tylko do władzy wróciła opozycja!

Ale to przecież niemożliwe, żeby ktoś dziś tak myślał na serio. Niemożliwe, prawda?

Chaos w systemie edukacji. Rok drugi [rozmowa z Justyną Suchecką]

Jako czytelnikowi „Gazety Wyborczej” od ósmego roku życia pozostaje mi tylko apel: młoda gwardio dziennika z Czerskiej, która bronisz honoru swej redakcji – obal swych ciemiężców, zrób tam rewolucję albo chociaż przewrót pałacowy. Bo z tym państwem redaktorstwem, co tę „jedynkę” puściło do druku, to my tej Polski z dołka nie wyciągniemy.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.