Felieton

Niezłomni obrońcy krwawego biznesu zerwiskórków

Fot. Tom Lee/Flickr.com

Skoro już bronimy biznesu, nie zważając na jego etyczny wymiar, to z walki o legalizację sprzedaży dopalaczy byłoby w Polsce nawet więcej pożytku, bo nie dość, że popyt i rynek są tutaj znacznie większe, to na dodatek korzystają z niego osoby mieszkające w Polsce.


W te wakacje pierwszy raz w życiu widziałem norkę amerykańską na wolności. Jakie to piękne zwierzę! Norka spacerowała brzegiem Drawy, którą spływałem kajakiem, jak niegdyś nasz papież Jan Paweł II. Papież wiedział, co dobre. Drawa to naprawdę piękna rzeka, a Drawieński Park Narodowy jest najrzadziej odwiedzanym parkiem w Polsce, więc może dlatego norki zrobiły sobie tam siedlisko. Zobaczyć żywą i wolną norkę − jaka to miła odmiana po tych wszystkich filmikach ze śledztw na fermach, gdzie ranne, chore i pokiereszowane zwierzęta zdają się błagać, aby ktoś zakończył ich cierpienie.

Zaprawdę trzeba być Krzysztofem Bosakiem albo Szczepanem Wójcikiem, żeby nie widzieć w tym nic złego i twierdzić, że w klatkach norki „mają lepiej niż ludzie”. Strach pomyśleć, jak ci faceci traktowaliby ludzi, gdyby mogli zarabiać na hodowaniu ich na futra czy mięso.

Darcie futer na prawicy. Czy norki naprawdę obalą PiS?

Na wolności terytorium norki, zależnie od płci, sięga od 20 do 440 hektarów. Tymczasem klatki, w których są trzymane na fermach, mają długość 0,8 metra, a szerokość i wysokość 0,4 metra. Jeśli panowie gotowi są udowodnić swoje teorie, chętnie udostępnię im fragment piwnicy. Ponieważ są trochę więksi niż norki, klatka mogłaby mieć nawet 2 metry wysokości, szerokości i długości. Obiecuję regularnie dostarczać odpowiednie ilości pożywnego wegańskiego jedzonka. Zapraszam! Zapewniam, że będziecie mieli u mnie lepiej niż norki. Może nawet czasem puszczę wam muzyczkę albo wypuszczę do ogródka, jeśli będziecie grzeczni.

Nacjonaliści zerwiskórki

Żarty żartami, ale człowiek, który nie potrafi odróżnić szczura od kota, raczej nie powinien wypowiadać się na temat zwierząt. Oczywiście lider Konfederacji opowiada, że widział „tysiące szczęśliwych i zadbanych norek”, nie tylko dlatego, że nie zna definicji tych słów albo ma jakieś wypaczone pojęcie na temat szczęścia czy zadbania.

Szczepan Wójcik z kolei, jeden z najbardziej aktywnych zerwiskórków, od dawna wspiera skrajną prawicę poprzez swoje fundacje i inne działania. Wszak jego głównym pomagierem jest Marek Miśko, były członek Młodzieży Wszechpolskiej. Jest to o tyle zabawne, że hodowla norek w Polsce to raczej biznes holenderski. „Tu jestem akceptowany. W Holandii czułem się prawie jak przestępca” – cieszył się w roku 2000 Johan Karens, holenderski hodowca norek, który jako jeden z pierwszych zainwestował w Polsce. Cóż, wszystko, co dobre, z czasem się kończy.

Walnij pieska kijem, zostań rolnikiem wyklętym

Rodzina Wójcików od lat współpracuje z Holendrami, nie tylko przy hodowli zwierząt na futra, ale również przy krzewieniu nacjonalizmu. Nacjonalistyczna kampania #RespectUS odbyła się dzięki uprzejmości produkującej paszę dla norek firmy Futrex, która użyczyła swoich ciężarówek, aby jeździły po Europie i głosiły wyssane z palca dane o rzekomym polskim bohaterskim uratowaniu 100 tysięcy Żydów. Niestety historycy uważają inaczej, a twórcy kampanii zapomnieli dodać, że dwa razy więcej Żydów zginęło z rąk Polaków.

Prezesem Futrexu jest Nicolaas Van Ansem. Dlaczego Holendrzy tak hojnie wspierają polski nacjonalizm? A dlaczego polscy nacjonaliści tak chętnie wspierają holenderskich biznesmenów? Czy tego wymaga polski interes narodowy? Oraz czy nie jest to aby hipokryzja? Te pytania powinny sobie zadać osoby, które mają nieco sympatii do faszyzującej prawicy czy zerwiskórków. Jak dla mnie, jedni są warci drugich. Tyle że jedni nienawidzą zwierząt, a drudzy ludzi.

Kto broni futrzarzy

Niestety nie tylko nacjonaliści stanęli w obronie krwawego biznesu. Nad głupotą lub cynizmem obrońców praw zwierząt postanowiła się pochylić Krystyna Naszkowska na łamach „Gazety Wyborczej”. Kuriozalny artykuł o tym, że piątka dla zwierząt „niszczy dobrze prosperujący biznes”, wygląda, jakby był sponsorowany przez Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. Nie wiem, skąd przekonanie autorki, że „nasi politycy od lewa do prawa są zakładnikami pomysłów Jarosława Kaczyńskiego”. Jedyne wytłumaczenie, jakie potrafię znaleźć, to takie, że niektórzy najwyraźniej wierzą w Kaczora-Dyktatora, który rządzi Polską od Bałtyku do Tatr, i że nic tu się nie dzieje bez jego zgody.

To lobby futrzarskie chce związać ręce organizacjom prozwierzęcym

Zakaz hodowli zwierząt na futra bynajmniej nie jest pomysłem Kaczyńskiego. Od tego okrutnego procederu odchodzą kolejne kraje, a w Polsce o zakaz od lat zabiegają obrońcy praw zwierząt. Nie wiem, jak można było nie dostrzec kampanii społecznych, jak Jutro będzie futro (prowadzonej przez Fundację Viva!) czy Cenafutra.info (robionej przez Otwarte Klatki), kolejnych raportów na temat działalności branży czy wyników śledztw aktywistów na fermach przemysłowych ani nawet działań prokuratury.

Najwyraźniej jednak można było, bo Naszkowska bez żenady pisze: „Nie jestem w stanie pojąć, jak posłowie, ludzie dorośli i niegłupi, mogą dawać sobą tak manipulować. Jak mogą akceptować wprowadzanie prawa gospodarczego, bo takim jest ustawa o ochronie zwierząt, bez dokładnej analizy jej skutków gospodarczych, bez wysłuchania zdania ekspertów, bez głębszego zastanowienia?”.

Może ci dorośli i niegłupi ludzie, w przeciwieństwie do dziennikarki, przez te lata, od kiedy dyskutuje się o nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zdążyli się jednak zapoznać ze zdaniem ekspertów i zrozumieć, że wpływ branży futerkowej na polską gospodarkę jest znikomy: „branża hodowli zwierząt futerkowych odpowiada za 0,08 proc. PKB, jej udział w finansach publicznych (podatkach i składkach) wynosi 0,014 proc. W odniesieniu do rynku pracy stanowi 0,03–0,06 proc.”. Są to liczby na granicy błędu statystycznego, więc nawet nie zauważymy, że fermy przestaną istnieć. No, może oprócz osób, które mają wątpliwą przyjemność mieszkać w ich pobliżu. Sąsiedzi ferm z pewnością zauważą, że można w końcu otworzyć okna bez obawy, że trujący odór wypełni cały dom.

Mała, schyłkowa branża

Oczywiście byłbym przesadnym optymistą, myśląc tak dobrze o polskich posłach i posłankach. Nie da się jednak ukryć, że to Naszkowska nie odrobiła lekcji. No, chyba że to naprawdę artykuł sponsorowany i autorka celowo powiela propagandę hodowców.

Są jeszcze inne „dobrze prosperujące” branże

Nieprawdą jest, że od hodowli zwierząt futerkowych zależy dobrobyt i zarobek kilkunastu tysięcy ludzi. Według oficjalnych danych na fermach zatrudnionych jest poniżej tysiąca osób. Oczywiście, znając realia branży, można zakładać, że trochę więcej pracuje tam na czarno.

Ale czy naprawdę dziennikarka chce bronić pożytków z szarej strefy? Ostatnio zamknięto dobrze prosperujący biznes „króla dopalaczy”, pomimo co najmniej 16 tysięcy zadowolonych klientów. Skoro już bronimy biznesu, nie zważając na jego etyczny wymiar, to z walki o legalizację sprzedaży dopalaczy byłoby w Polsce nawet więcej pożytku, bo nie dość, że popyt i rynek są tutaj znacznie większe, to na dodatek korzystają z niego osoby mieszkające w Polsce. Czego nie można powiedzieć o futrach z norek, w których prawie nikt tu nie chodzi.

Bojkot konsumencki? Możemy zrobić dla zwierząt dużo więcej

Nie płakałbym też nad utratą zysków krwawych biznesmenów, bo skoro byli gotowi wydawać miliony, aby blokować przepisy, a nawet opłacać farmy trolli, to pewnie coś im jeszcze zostało na spłatę kredytów. To wszak dorośli i niegłupi ludzie, więc pewnie lepiej od Krystyny Naszkowskiej orientują się, że działają w ginącej i skazanej na zamknięcie branży. O zakazie dyskutuje się przecież w Polsce od lat i każdy rozsądny przedsiębiorca już dawno zainwestowałby w coś bardziej przyszłościowego. Jak informowały Otwarte Klatki: „Na przełomie stycznia i lutego z mapy Polski zniknęło aż 40 ferm futrzarskich, ceny skór norek są jednymi z najniższych w historii, a dwie aukcje tego surowca zostały odwołane”.

Tego wszystkiego nie wie jednak najwyraźniej Naszkowska, a przynajmniej o tym nie wspomina. Zamiast tego woli się martwić cenami drobiu, które mają rzekomo wzrosnąć, bo drobiarze nie będą mogli utylizować resztek zwierzęcych, sprzedając je hodowcom norek.

Trochę nie rozumiem tej logiki, bo wraz ze spadkiem liczby ferm spadek popytu na resztki już nastąpił, a drobiarze jakoś nie ucierpieli. Aby zmniejszyć liczbę ton oddawanych do utylizacji, można by za to zadbać o dobrostan zwierząt, żeby tak wiele ich nie ginęło w trakcie chowu, transportu i produkcji. Pracując w kurniku, widziałem dziesiątki martwych kur. Parszywe warunki i metody produkcji przemysłowej zwierząt sprawiają, że tysiące, jeśli nie setki tysięcy (zważywszy, że produkujemy rocznie ponad miliard brojlerów) ginie, zanim osiągnie wiek ubojowy, więc nadaje się tylko do utylizacji.

Gdy zatrudniłem się w ubojni drobiu, w ciągu tylko jednego dnia pracy napełniliśmy siedem stulitrowych koszy ciałami martwych kur. Co więcej, warto zadać pytanie, co z utylizacją obdartych ze skór ciał norek? Ta sprawa nie martwi Naszkowskiej?

Niestety dbanie o dobrostan zwierząt znacznie zwiększyłoby koszty, więc drobiarze również musieliby się zacząć zastanawiać nad zmianą branży. Zresztą i tak powinni zacząć o tym myśleć. Eksperci przewidują, że rozwój branży produkcji mięsa bezubojowego oraz roślinnych alternatyw sprawi, że 90 proc. ferm przemysłowych przestanie istnieć do 2035 roku. Do zakończenia ery epoki klatkowej wzywają nie tylko organizacje prozwierzęce, ale nawet ONZ. Jeśli wzięliście kredyt na 30 lat na budowę kurnika, to radziłbym czym prędzej sprzedać budynki razem z kredytem. Mogę polecić kilku naiwnych biznesmenów, którzy właśnie muszą się przebranżowić i słabo ogarniają globalne trendy, więc z pewnością będą zainteresowani kupnem, aby za 10 lat znowu płakać, że się ich rujnuje.

„Dobrze”, czyli jak?

Czytając artykuł Naszkowskiej, miałem wrażenie, jakbym gdzieś już słyszał te wszystkie argumenty. Oczywiście znam je z propagandy rozsiewanej przez zerwiskórki. Ale nie tylko. Na studiach zdarzyło nam się analizować artykuły pisane w obronie niewolnictwa czy pracy dzieci w fabrykach. Logika tych tekstów była bardzo podobna. Barbarzyńscy ustawodawcy niszczą dobrze prosperującą branżę gospodarki i rujnują przedsiębiorców, którzy stracą zainwestowane miliony i zbankrutują bez darmowej pracy niewolników albo przynajmniej taniej siły roboczej, jaką stanowią dzieci.

Ciekawi mnie też, jak Krystyna Naszkowska definiuje słowo „dobrze” w zwrocie: „dobrze prosperujący biznes”. Wygląda na to, że według autorki dobrze jest zarabiać na zamęczaniu i torturowaniu zwierząt. Dobrze jest zasmradzać okolice i budować fermy pomimo protestów okolicznych mieszkańców. Dobrze jest zakładać fundacje, media, a nawet wynajmować armię trolli, które sieją propagandę, że nasz krwawy biznes jest dobry. Dobrze jest podlizywać się księdzu Rydzykowi. Dobrze jest wspierać skrajną prawicę. Dobrze jest pozywać aktywistów, którzy ujawniają, jak żyje się norkom w klatkach.

Rolnicy i ekolodzy muszą zacząć rozmawiać

To wszystko robi ten „dobrze” prosperujący biznes. O ile rozumiem, według Naszkowskiej „dobre” jest to, co przynosi zysk zerwiskórkom. Bardzo to jednak ograniczona definicja, więc chciałbym uspokoić dziennikarkę, że na świecie jest też wiele innych dobrych i pięknych rzeczy. Dobrze jest na przykład zobaczyć norkę żyjącą na wolności. PKB raczej od tego nie wzrośnie, ale serce może zabić szybciej. A może nawet nasza definicja „dobra” ewoluuje i przestanie być liczona w złotówkach zarobionych na obdzieraniu ze skóry tych pięknych zwierząt.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.