Felieton

Czysty zysk na martwej planecie

Czy ekonomia to poważna nauka? Czasami mam wątpliwości. Na przykład gdy czytam stanowisko Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich w kwestii zmian klimatu. Odnoszę wrażenie, że bliżej mu do szkolnej rozprawki, napisanej, by podlizać się nauczycielowi podstaw przedsiębiorczości, niż do jakiejkolwiek nauki.

 

Cóż, mamy wolność słowa i wolny rynek idei; każdy może sobie napisać takie stanowisko, o ile ma jakieś towarzystwo. Gorzej, gdyby chciano je opublikować w recenzowanym czasopiśmie. Obawiam się, że stanowisko TEP nie przeszłoby etapu recenzji naukowych, skoro już w pierwszym zdaniu mija się z prawdą i stanem wiedzy naukowej. Dodatkowo brak w nim nie tylko bibliografii, ale wręcz jakichkolwiek odwołań do badań, więc nawet jako szkolna rozprawka zasługiwałoby na ocenę co najwyżej mierną.

Trochę szkoda, bo chętnie bym się dowiedział, na jakiej podstawie polscy ekonomiści stawiają tak odważne tezy, jak choćby ta tytułowa: „czysty zysk jest możliwy”. Czy na martwej planecie przeżyje tylko czysty zysk?

Monbiot: Wzrostu gospodarczego nie da się utrzymać

Polscy ekonomiści zaczynają tak: „Złożoność zagadnień dotyczących zmian klimatu i oddziaływania człowieka na środowisko nie pozwalają na wskazanie modelu gospodarki rynkowej jako winowajcy istniejących w tym obszarze wyzwań”. Serio? Nie da się ukryć, że kwestia zmian klimatu jest złożona, jednak nie aż tak bardzo, żeby nie można było wskazywać winowajców. Niewątpliwie jednym z nich jest model gospodarki rynkowej, który pozwala określonym podmiotom gospodarczym bogacić się na wykorzystywaniu zasobów naturalnych oraz nie płacić za poczynione przy okazji szkody dla środowiska.

Na potrzeby Towarzystwa Ekonomistów Polskich mogę to ująć jeszcze prościej. Ktoś wydobywa węgiel, ropę i gaz, które powstawały przez tysiące lat, aby je czym prędzej sprzedać i spalić, nierzadko powodując przy okazji znaczące szkody dla środowiska – jak w przypadku kopalni odkrywkowych czy pól roponośnych w różnych biednych krajach. Co do zasady nie da się wydobywać kopalin, nie ingerując w środowisko naturalne.

Postwzrost: gospodarka radykalnej obfitości

Co gorsza, spalające je firmy powodują nie tylko lokalną dewastację środowiska, ale także globalne ocieplenie, jak również zakwaszenie oceanów. Niewątpliwie jest to czysty zysk dla przedsiębiorców, ale już nie dla środowiska i zamieszkujących go gatunków, w tym również ludzi.

Jeśli gospodarka rynkowa jest tutaj niewinna, to naprawdę nie wiem kto. Krasnoludki? Iluminaci? Być może. Ale jednocześnie wiemy, że zaledwie 100 firm odpowiada za 71% emisji gazów cieplarnianych. Mamy na to badania sięgające roku 1988, czyli daty utworzenia Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu.

Wiemy też, że od tamtego czasu gospodarka rynkowa objęła niemalże cały świat, a emisje ciągle rosną. Dla polskich ekonomistów jest to jednak zbyt złożone, żeby widzieli tutaj związek. Generalnie, gdy ma się problem ze wzrokiem, należałoby się udać do okulisty. W tym przypadku obawiam się jednak, że okulista nie pomoże. Mimo wszystko polscy ekonomiści mogą zawsze zasięgnąć wiedzy od bardziej doświadczonych kolegów po fachu.

Dla Polaków ważniejszy jest klimat niż wzrost gospodarczy

Tak się składa, że w 2006 został opublikowany blisko 700-stronicowy raport przygotowany przez wybitnego ekonomistę Nicholasa Sterna dla rządu Zjednoczonego Królestwa, który omawia wpływ zmian klimatycznych i globalnego ocieplenia na światową ekonomię. Być może TEP o tym nie słyszało, ale raport uznaje zmiany klimatu za największą klęskę gospodarki rynkowej oraz sugeruje podjęcie takich środków zaradczych jak np. podatki ekologiczne.

Trochę szkoda, tym bardziej że już w 2010 nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się książka Sterna Globalny ład, będąca w miarę przystępnym opracowaniem zebranych przez ekonomistę danych, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby polscy ekonomiści się z nią zapoznali. Mamy chyba jeszcze gdzieś kilka egzemplarzy, więc polecam. Lepiej późno niż wcale.

Mimo wszystko należy docenić, że polscy ekonomiści w ogóle się sprawą zmian klimatu zajęli, bo jeszcze całkiem niedawno woleli problem zwyczajnie ignorować, a wręcz twierdzić, że go nie ma. Zresztą nie tylko polscy ekonomiści mają z tym problem. Po ponad dziesięciu latach od opublikowania raportu Sterna i trzydziestu od powstania IPCC temat katastrofy klimatycznej wciąż jest prawie nieobecny wśród ekonomistów.

Nicholas Stern i Andrew Oswald niedawno policzyli, że w „Quarterly Journal of Economics”, najczęściej cytowanym z brytyjskich czasopism ekonomicznych, nie pojawiał się ani jeden artykuł poświęcony temu zagadnieniu. Również w innych szacownych magazynach poświęconych ekonomii teksty na temat zmian klimatu można policzyć na palcach. Tylko czy do liczenia na palcach rzeczywiście potrzebujemy całej odrębnej gałęzi nauki? Dlatego przyklasnąć należy stwierdzeniu, że „nie jest możliwe efektywne radzenie sobie z nadmiernym wpływem człowieka na klimat bez kompleksowej analizy ekonomicznej”.

Warto jednak postawić pytanie, dlaczego zamiast takiej analizy mamy jedynie „stanowisko” niespełniające żadnych rygorów naukowości. Dziwi mnie też teza, że nie poradzimy sobie z katastrofą klimatyczną, działając „wbrew bodźcom rynkowym”. Ostatecznie to właśnie te bodźce (nie licząc państwowego wsparcia dla brudnego przemysłu) doprowadziły nas do miejsca, w którym właśnie jesteśmy. Wystarczy zerknąć do któregokolwiek z raportów IPCC, żeby wiedzieć, że „business as usual” doprowadzi nas do ocieplenia na poziomie 5°C albo i więcej.

Zabawna jest też sugestia, że gospodarka rynkowa nie może być taka zła, skoro obserwujemy „malejącą śmiertelność noworodków czy awans społeczny milionów kobiet”. Jakby to naprawdę wolny rynek sprawił, że lekarze zaczęli myć ręce, a kobiety są mniej dyskryminowane, niż to dawniej bywało. Dziwnym trafem w gospodarkach centralnie sterowanych te same procesy również miały miejsce.

Czy kobiety mają o co walczyć?

Zapewne gospodarka rynkowa ma tutaj też jakieś zasługi, ale trzeba pamiętać, że opiera się na bodźcach rynkowych. Dlatego koncerny farmaceutyczne znacznie chętniej pracują nad lekami na choroby cywilizacyjne spowodowane przez konsumpcjonizm i obecny model społeczno-gospodarczy, a nie bardzo chcą się zająć wymyślaniem i dostarczaniem lekarstw na przypadłości, na które w Trzecim Świecie ciągle umierają setki tysięcy ludzi. Biedni nie dają im wystarczających bodźców rynkowych, więc taka gospodarka ma ich w dupie.

Tym się jednak nie martwią polscy ekonomiści, mają inne zmartwienia. Na przykład uznają pogląd, zgodnie z którym „zmierzenie się z problemem globalnego ocieplenia to jedynie kwestia decyzji politycznej”, za „nie tylko błędny, ale i niebezpieczny”. Na co dowodem mają być oczywiście systemy totalitarne i gospodarka centralnie sterowana. To mnie akurat nie dziwi, bo w końcu to polscy ekonomiści, więc ciągle krąży nad nimi widmo komunizmu.

Keff: Antykomunizm jest paliwem dla faszyzmu

Widmo najwyraźniej wciąż żywe i straszne, bo dalej możemy przeczytać, że „fundamentalnie błędnym założeniem jest konieczność odejścia od gospodarki rynkowej lub poddanie jej tak silnym ograniczeniom, by trwale zmniejszyć skalę aktywności ekonomicznej (koncepcja degrowth)” oraz że „[…] w praktyce realizacja postulatu degrowth byłaby kontynuacją znanej w PRL walki ze »spekulacją«, czyli prywatną inicjatywą i przedsiębiorczością”. Niby fajnie, że Towarzystwo Ekonomistów Polskich w ogóle słyszało o koncepcji degrowth. Szkoda, że niewiele z niej zrozumieli.

Czy rzeczywiście rezygnacja z koncepcji wzrostu PKB sprawi, że zaczniemy walczyć z prywatną inicjatywą i przedsiębiorczością? Chyba tylko przy założeniu, że obie te rzeczy muszą się opierać na wyzysku ludzi i środowiska. Nie jest tajemnicą – bo mamy na to dane – że ludzie bywają znacznie szczęśliwsi w krajach, w których PKB jest znacznie niższy, niż w tych, które prowadzą bardziej efektywną gospodarkę rynkową. Nie da się też ukryć, że PKB rośnie jak na drożdżach dzięki wojnom, bo mało rzeczy jest tak kosztownych i wymaga wyrzucania takiej ilości kasy i produktów w piach. Ludzie umierają, ale gospodarka kwitnie.

Jeszcze jedna niewygodna prawda

Koncepcja degrowth wskazuje, że na jakość życia składa się nie tylko wzrost gospodarczy, ale też również inne czynniki, np. poziom szczęścia. Na szczęście mamy też ekonomistów, którzy rozumieją, że „szaleńcza pogoń za wzrostem gospodarczym w końcu nas zabije”.

Oczywiście gospodarka rynkowa stara nam się wmówić, że będziemy szczęśliwi, jeśli kupimy wszystkie oferowane przez nią cudowne produkty. Nie sposób jednak nie zauważyć, że nigdy ich wszystkich nie kupimy, a co najwyżej zaharujemy się na śmierć, próbując to zrobić. Jest to oczywiście jakiś pomysł dla umierającej planety. Ale wolałbym jednak jakieś inne.

Czy pornowiedźmy uratują świat?

Niestety TEP ich nie ma, więc pozostaje im – coraz głupiej – krytykować te, które są. Czytamy na przykład, że „powyższe rozwiązania stoją w jaskrawej i nieuniknionej sprzeczności z podstawowymi prawami człowieka (np. samorealizacji, wolności osobistej)”. Bardzo to ciekawe, bo czasami sobie czytam Powszechną Deklarację Praw Człowieka i nic tam nie ma o samorealizacji i wolności osobistej, jest natomiast passus o tym, że „wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw”. Czy gospodarka rynkowa nam te prawa zapewnia? Jakoś nie zauważyłem.

Bogaci ciągle mają więcej praw niż biedni. Może nie jest to zgodne z literą prawa, ale jest faktem w świetle społecznej praktyki. Zresztą nawet prawo nie jest w Polsce sprawiedliwe, zważywszy że system podatkowy jest regresywny, a biedni oddają państwu większą część zarobków niż bogaci.

Podatki do gruntownej reformy

Co więcej, sprzeczne nie tylko z podstawowymi prawami człowieka, ale również z rozumem i godnością człowieka jest twierdzenie, że człowiek do samorealizacji potrzebuje gospodarki rynkowej. O ile się orientuję w literaturze psychologicznej, pierwotnymi instynktami ludzi nie są konkurencja i wyzysk, lecz współczucie i empatia. To dzięki trosce i współpracy w ogóle istniejemy jako gatunek. Troszkę szkoda, że polscy ekonomiści tego nie wiedzą. Zamiast tego ciągle wierzą, że „niezliczone start-upy oraz globalne korporacje pracują nad innowacjami, których efektem będzie zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, gdyż dostrzegają rosnące potrzeby społeczne i rynek na takie rozwiązania”.

To miłe, ale trochę szkoda, że wymyślaniem i wdrażaniem tych innowacji nie zajęły się trzydzieści lat temu, gdy już wiedziały o zagrożeniu spowodowanym przez ich działalność, tylko czekały na bodźce od rynku. Teraz rzeczywiście trochę ich mamy, głównie od państw, które wprowadzają polityki ograniczające emisje i finansują rozwój alternatywnych technologii.

Big data szansą dla demokracji?

No i co z tymi potrzebującymi, których nie stać na wysyłanie bodźców rynkowych do niezliczonych innowacyjnych start-upów i korporacji, bo nie mają nawet na miskę okry? Oni też mają potrzeby społeczne i chcieliby żyć. Kwestia sprawiedliwej transformacji oczywiście nie pojawia się w stanowisku polskich ekonomistów, a szkoda. Chętnie usłyszałbym od nich radę, jak mają sobie poradzić mieszkańcy najbiedniejszych krajów, które zostaną najbardziej dotknięte przez zmiany klimatu? Jak mają manifestować swoje rosnące społeczne potrzeby?

Jakie bodźce rynkowe wysyłać start-upom i korporacjom, gdy sami nie mają prawie niczego, a to, co mają, przepadnie w powodziach i huraganach? Czy znajdzie się rynek na jakieś rozwiązania dla nich? A może jednak te sto firm, które odpowiadają za przeważającą część emisji, powinno im zasponsorować nowe domy?

Nie uratuje nas plan, który rząd naskrobał na kolanie, bo mu Unia kazała

Żaden ze mnie ekonomista i nie mam nawet towarzystwa. Ale to całkiem proste. Jeśli spowodowałeś zniszczenie czyjegoś mienia, to weź je teraz odkup. Takie jest przynajmniej moje stanowisko i rada na przyszłość do przemyślenia przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Tylko co z tymi, którzy zginą w efekcie nasilających się ekstremalnych zjawisk pogodowych? Czy start-upy i korporacje pracują już nad innowacjami, które dostrzegą ich potrzeby społeczne i ich wskrzeszą? Czy może jednak uznają, że taka forma degrowth jest w sumie OK?

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.