Gospodarka

Jeszcze jedna niewygodna prawda

strajk-klimatyczny

Nie da się skutecznie walczyć z katastrofą klimatyczną bez przebudowy systemu światowej gospodarki. Jest już za późno, żeby się ograniczyć do drobnych korekt.

Ludzie mający świadomość nadciągającej katastrofy klimatycznej przez lata toczyli batalię, aby globalne ocieplenie weszło do głównego nurtu debat politycznych. Wreszcie się udało, choć szczególnie w Polsce idzie to dość opornie. Coraz więcej osób uznaje jednak istnienie problemu; wie, że przyczyną globalnego ocieplenia są ludzie i że to właśnie oni – czyli my – musimy sobie z nim poradzić.

 

Większość polityków i komentatorek politycznych czuje się dziś zobowiązana przynajmniej udawać, że zależy im na przeciwdziałaniu katastrofie klimatycznej. Nawet Forum Obywatelskiego Rozwoju, które jeszcze kilka lat temu wprost negowało konsensus naukowy w tej sprawie, postanowiło przynajmniej nie zabierać publicznie głosu na temat globalnego ocieplenia. Przejście od denializmu klimatycznego do milczenia też jest jakimś postępem.

Problem przebija się również do kultury popularnej. W najnowszym dodatku do szóstej części popularnej gry strategicznej Cywilizacja gracze muszą brać pod uwagę efekt cieplarniany, jeśli chcą uniknąć nagłych i niszczących anomalii pogodowych.

Wygląda zatem na to, że przyjęliśmy do wiadomości niewygodną prawdę, by posłużyć się tytułem znanego filmu dokumentalnego na temat globalnego ocieplenia. Ale to dopiero pierwszy krok.

Krótszy prysznic i gaszenie światła nie uratują nas przed katastrofą

Drugi może być trudniejszy, bo trzeba stawić czoła jeszcze bardziej niewygodnej prawdzie: nie da się skutecznie walczyć z katastrofą klimatyczną bez przebudowy systemu światowej gospodarki. Jest już za późno, żeby ograniczyć się do drobnych korekt, do stopniowego przechodzenia na czystą energię w ramach obecnego systemu korporacyjnego. Zrozumieliśmy, że globalne ocieplenie wywołuje człowiek; pora się pogodzić z tym, że neoliberalny kapitalizm nas nie uratuje. Ostatnie doniesienia naukowców, mówiące o tym, że katastrofa klimatyczna zbliża się szybciej, niż oczekiwaliśmy, nie pozostawiają złudzeń w tej kwestii.

Iluzje „czystego” wzrostu

Naomi Klein, znana kanadyjska dziennikarka, już kilka lat temu pisała w To zmienia wszystko, że paradoksalnie jako pierwsi pojęli tę niewygodną prawdę twardogłowi neoliberałowie. Ich denializm klimatyczny nie wynikał tylko z ochrony krótkoterminowych zysków przemysłu paliw kopalnych. Przeczuwali, że podjęcie poważnej walki z katastrofą klimatyczną musi oznaczać pożegnanie się z dogmatami fundamentalizmu rynkowego, który przez ostatnie kilkadziesiąt lat przyniósł im ogromne korzyści.

Dosyć mówienia, że rynek rozwiąże każdy problem, dosyć znoszenia kolejnych regulacji korporacyjnych, dosyć obniżania podatków dla najbogatszych, dosyć nierównego podziału zysków ze wzrostu gospodarczego. To właśnie ta myśl wywoływała w nich taką furię i sprawiła, że byli gotowi przelewać grube pieniądze na konto organizacji negujących zagrożenie katastrofą klimatyczną.

Problem sięga jeszcze głębiej. Nie chodzi tylko o zerwanie z doktryną turbokapitalizmu. Przede wszystkim musimy się przygotować na świat, w którym postęp będzie definiowany inaczej niż przez wzrost gospodarczy. Nie stać nas dłużej na przywiązanie do iluzji, że można ów wzrost utrzymywać w nieskończoność – że możemy z roku na rok wytwarzać coraz więcej towarów, coraz więcej konsumować, coraz bardziej eksploatować naszą planetę, a mimo to w magiczny sposób uniknąć katastrofy.

To jest prawda, która przeraża nie tylko fundamentalistów rynkowych, ale nawet bardziej umiarkowanych polityków, ekonomistki czy publicystów. Bo całkowicie zrywa z naszym dotychczasowym myśleniem o rozwoju cywilizacyjnym, które od dziesiątek lat obraca się wokół trzech magicznych literek: PKB.

Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do myślenia o postępie ludzkości w kategoriach wzrostu produktu krajowego brutto, że – jak zauważają Marion Fourcade i Kieran Healy – ciągłe powiększanie PKB zyskało status moralnego obowiązku. To w ten sposób mamy poradzić sobie z biedą i niedostatkiem, budując społeczeństwo dobrobytu. Dlatego łatwo zrozumieć, czemu wiele osób jest przywiązanych do myśli, że możemy utrzymać dotychczasowy model, a jedynie zamienić „brudny” wzrost PKB na „czystszy”.

Postwzrost: gospodarka radykalnej obfitości

Jak przypomniał ostatnio Tim Jackson, autor książki Dobrobyt bez wzrostu, idea „czystego” PKB już kilkadziesiąt lat temu wydawała się nadmiernie idealistyczna. Przypuścił na nią atak między innymi ekonomista Herman Daly, który pisał: „Idea wzrostu gospodarczego, który przezwycięża ograniczenia fizyczne dzięki cudownej przemianie natury PKB, jest podobna do wizji zmniejszenia przepływu towarów lub spowolnienia metabolizmu ludzi w odpowiedzi na wzrost ludności. Najpierw staniemy się pigmejami, później istotami pokroju Tomcia Palucha, następnie dużymi cząsteczkami, w końcu wolnymi duchami. W istocie musielibyśmy stać się aniołami, aby utrzymać efekty niebiańskiej przemiany PKB”. Nie inaczej jest dziś. Nikt nie ma realistycznego pomysłu, jak utrzymać obecny model wzrostu gospodarczego, a jednocześnie uniknąć katastrofy klimatycznej.

Ziemska ekonomia

Jeśli nie „czyste” PKB, to co? Jak zapewnić powszechny dobrobyt bez stałego wzrostu gospodarczego? Jak zerwać z fetyszem PKB, nie doprowadzając do załamania gospodarki? Jedną z osób, które starają się odpowiedzieć na to pytanie, jest Kate Raworth, angielska ekonomistka, autorka książki Doughnut Economics.

Raworth nie dostarcza całościowego rozwiązania – to wymaga nie tylko namysłu naukowców, ale i polityków, a także presji społecznej i dobrego planu. Jej cel jest skromniejszy. Zastanawia się, jak musielibyśmy zmienić nasze myślenie o gospodarce na poziomie najbardziej podstawowych idei, aby zacząć podążać w kierunku świata wolnego od nakazu corocznego utrzymywania wzrostu PKB.

Klimatyczny holocaust, czyli ostateczny triumf pogoni za wzrostem

Fundamentalizm rynkowy też rozpowszechnił się dzięki sile łatwych do zrozumienia koncepcji, takich jak samowystarczalny rynek, niechęć do biurokracji czy pochwała konkurencyjności. Aby skutecznie z nim walczyć, trzeba dysponować podobnym zestawem bazowych i chwytliwych idei. Punkt wyjścia Raworth jest prosty. Musimy zadać sobie pytanie, jaki powinien być ostateczny cel ekonomii. Po co nam, jako ludzkości, taka dyscyplina? Czy celem tym jest zapewnienie wzrostu PKB, wskazanie najlepszej drogi, jak to osiągnąć?

Nie, wzrost gospodarczy nie może być celem samym w sobie, przyznają to nawet jego najwięksi entuzjaści. Rosnące PKB jest dobre o tyle, o ile poprawia warunki życia albo przynajmniej daje na to nadzieję. Tak naprawdę celem powinien być zatem ogólny dobrobyt. Zapewnienie każdemu człowiekowi godnych warunków życia bez doprowadzenia do kataklizmu środowiskowego, ponieważ taki kataklizm oznaczałby dla wielu ludzi – nie mówiąc o zwierzętach i roślinach – zagładę.

Zdaniem Raworth, gdy już przyjmiemy tę prostą ideę początkową, wyrobimy w sobie pożyteczny odruch. Politycy, inwestorki i lobbyści mają tendencję do zachwalania różnych rozwiązań jako sprzyjających wzrostowi gospodarczemu. Tak reklamowano w Polsce międzynarodowe traktaty handlowe, takie jak TTIP czy CETA. „PKB wzrośnie o tyle i tyle procent” – ogłasza się nam uroczystym tonem, jakby miało to zamknąć wszelkie dyskusje na ten temat.

Inwazję humanoidów można jeszcze powstrzymać

Raworth namawia nas, żeby za każdym razem, kiedy słyszymy takie deklaracje, zadać serię prostych pytań: „wzrost czego, po co, czyim kosztem, na jak długo, z jakim skutkiem dla planety i jak dużo go potrzebujemy?”. To pytania sformułowane pierwotnie przez Donellę Meadows, badaczkę środowiska. Raworth uważa, że jeśli będziemy je konsekwentnie zadawać i domagać się odpowiedzi na nie, to uchronimy się przed kuszącą, lecz błędną ideą, że wzrost PKB jest zawsze i wszędzie pożądany.

Oprócz porzucenia fetyszu PKB warto też – dodaje Raworth – aby każdy model gospodarki wychodził od podstawowego rozpoznania: działalność gospodarcza jest prowadzona na Ziemi. Na planecie z określonym klimatem, określonym ekosystemem, określonymi zasobami naturalnymi. Niby banalne, ale przez lata ekonomiści budowali modele, które tego banału nie uwzględniały.

Paul Samuelson w swoim słynnym podręczniku do ekonomii umieścił model obiegu okrężnego, który miał obrazować działanie gospodarki na najbardziej podstawowym poziomie. Model uwzględniał inwestycje, płace, konsumpcję, oszczędności, sektor publiczny i biznes, ale cały obieg odbywał się w bliżej nieokreślonej krainie, najwyraźniej dysponującej nieskończonymi zasobami i odpornej na problemy środowiskowe. Przez lata model obiegu okrężnego doczekał się wielu bardziej lub mniej skomplikowanych wersji, ale większość cierpiała na podobny brak.

Na pozór jest to błahy problem: wiadomo przecież, że takie modele muszą być uproszczone. Raworth słusznie zauważa jednak, że to właśnie tego typu proste idee, zamieniane często na łatwe do zapamiętania rysunki, propagowane w popularnych podręcznikach, mają moc kształtowania naszej wyobraźni ekonomicznej. Sam Samuelson powiedział kiedyś: „Nie obchodzi mnie, kto tworzy prawa krajowe i zaawansowane traktaty tak długo, jak mogę pisać podręczniki do ekonomii. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, początkujący ludzie są najbardziej podatni na wpływy”.

Dlatego Raworth uważa, że musimy popularyzować alternatywne modele ekonomiczne, które będą pokazywały, że gospodarka nie funkcjonuje w próżni, a jej ostatecznym celem jest dobrobyt społeczny. Sama proponuje tego typu model w swojej książce.

Ostatecznie więc celem Raworth jest wypracowanie i rozpowszechnienie koncepcji, którą moglibyśmy nazwać „modelem ziemskiej gospodarki”. Modelem, który uwzględnia, że gospodarka funkcjonuje na planecie Ziemia i ma służyć jej mieszkańcom, a nie tylko ekonomicznym wskaźnikom. Jeśli połączymy te dwa proste fakty, zrozumiemy, że naszym podstawowym zadaniem nie powinno być dążenie do wzrostu gospodarczego, lecz lepszy podział jego dotychczasowych owoców.

Jak pisze Raworth, musimy przyjąć postawę agnostyczną – to znaczy wypracować takie sposoby osiągania dobrobytu gospodarczego, które sprawdzają się niezależnie od tego, czy PKB rośnie, stoi w miejscu czy spada. To niezbędny krok do stworzenia już nie tylko ekonomii, ale też polityki, które mogą ocalić nas przed zagładą.

Zdążymy?

Główne pytanie w kontekście katastrofy klimatycznej brzmi: czy zdążymy? Na przykład czy zdążymy przekonać ludzi do pomysłu porzucenia PKB jako naczelnej idei ekonomicznej? Zmiana świadomości społecznej potrwa i będzie odbywała się stopniowo. Tak samo jak szukanie realistycznych rozwiązań postwzrostowych. Nie ma się co łudzić, że dokonamy szybkiego przeskoku i nagle poszczególne państwa przestaną się martwić wzrostem PKB. Jakoś trzeba jednak zacząć, a tak się składa, że nie mamy wehikułu czasu, więc wszystkie nasze działania muszą się odbywać w sytuacji, gdy na każde jest już trochę za późno.

Nie ma lewicy bez sentymentów. Pytlik odpowiada Leszczyńskiemu

Jeśli nie chcemy się pogodzić z całkowitą katastrofą, musimy nauczyć się działać mimo tego „za późno” i starać się wdrażać jak najwięcej pomysłów naraz. Stawiać na odnawialne źródła energii, pogodzić się z tym, że energia atomowa w obecnej sytuacji może być koniecznym uzupełnieniem i stanem pośrednim transformacji energetycznej, zacząć mocniej regulować wolny rynek i działalność wielkich korporacji oraz popularyzować idee odchodzenia od wzrostu gospodarczego jako głównego celu ekonomicznego.

Jest kilka powodów do optymizmu. Na przykład wielu przedstawicieli amerykańskiej Partii Demokratycznej popiera Zielony Nowy Ład, czyli zbiór rozwiązań, które nie tylko mają przeciwdziałać globalnemu ociepleniu, ale też tworzyć sprawiedliwsze społeczeństwo. To pokazuje rosnącą świadomość faktu, że problem katastrofy klimatycznej to także problem tego, jak działa nasza gospodarka i jaką politykę ekonomiczną prowadzimy. Jeśli jedna z najpotężniejszych organizacji na świecie, jaką jest Partia Demokratyczna, która przez lata nie potrafiła zaproponować odważnych i świeżych idei politycznych, stopniowo przesuwa się w kierunku realnych progresywnych rozwiązań, to może i dla świata jest jeszcze nadzieja? Nawet jeśli przychodzi ona zbyt późno.

 

 

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.