Galopujący Major

Żądanie empatii jako przejaw ideowego konfliktu pokoleniowego

Fot. Clay Banks/Unsplash

Do tej pory lewica co najwyżej cicho prosiła, a starsi liberałowie, co obalili komunę w 1989 roku, mogli się łaskawie zgodzić. Teraz lewica prosić nie zamierza, lewica żąda.

W szóstym odcinku, mimo wszystko nudnawego w swej epizodycznej zagadkowości, serialu Watchmen, główna bohaterka otrzymuje pigułki „Nostalgia”, które pozwolą jej wczuć się w rolę czarnoskórego mieszkańca dawnej Ameryki, począwszy od lat 30. XX wieku. Ten nie bez powodu fetowany przez krytyków odcinek zasadza się na pomyśle, który stanowi pewien znak dzisiejszych czasów. Otóż chodzi o notoryczny brak empatii, o zdolności odczuwania uwięzione we własnym „ja” tak mocno, że nie potrafią przemóc barier poznawczych w stosunku do innego. Nie potrafią wyjrzeć poza własną perspektywę i przede wszystkim poza własny przywilej. Przywilej klasowy, przywilej koloru skóry, przywilej orientacji seksualnej, czy nawet przywilej geopolityczny (ach, ci głupi Rosjanie).

W polskiej dyskusji mieliśmy ostatnio dwa takie przykłady: sposób zwracania się do osoby niebinarnej Margot oraz używania słowa „murzyn” w stosunku do osób czarnoskórych. Pomińmy te osoby o prawicowych poglądach, które czerpią perwersyjną przyjemność w sprawianiu przykrości rozmaitym mniejszościom. Skupmy się na tych, którzy robić tego nie chcą, ale mimo to gardłują, że Margot będą nazywać facetem, bo ma tak w dowodzie, zaś „murzyn” to neutralne słowo, bo tak wyczytali u jakiegoś językoznawcy w Internecie. Otóż wbrew rozmaitym retorycznym szarżom te osoby nie są transfobami czy rasistami. Te osoby są przede wszystkim egoistami.

Nie daj się, Margot! [list]

czytaj także

Nie daj się, Margot! [list]

Aleksandra Bełdowicz

Spór o empatię polega bowiem na tym, czy decydującym kryterium nazywania osób ma być wola nazywającego, jak chce liberalny świat, czy wola nazywanego, jak chce świat lewicowy. I tu zasadza się podstawowy konflikt w dużej mierze pokoleniowy, albowiem dziedzictwem III RP jest indywidualny egoizm. Zrobiono absolutnie wszystko, żeby w ramach odchodzenia od PRL zabić jakąkolwiek wspólnotowość, jako archaiczny przeżytek systemu, do własności publicznej, przez spółdzielczość po jakiekolwiek inne działania komunitarystyczne. Erupcja indywidualizmu, poniekąd historycznie zrozumiała, doprowadziła więc do ustawienia indywidualnego „ja” na piedestale, także w kontekście zwrotów językowych. Nic dziwnego, że wola nazywającego jako przejaw jego indywidualizmu, na którym bazuje polski liberalizm, musi mieć pierwszeństwo przed wolą nazywanego jako przejawu empatii, na której bazuje z kolei lewica.

Czy empatia jest lewicowa?

Spór podgrzewa jednak fakt, że lewica nie tylko wyznaje pewną agendę empatii, ale że jej od całej reszty żąda. Tak, lewica przestała prosić, ale zaczęła, o zgrozo, żądać. Żąda empatii dla mieszkańca Podkarpacia, żąda empatii dla samotnej matki, żąda empatii dla osoby czarnoskórej i dla osoby LGBT. Konsekwencją, czy może raczej źródłem tego żądania jest upodmiotowienie się lewicy. Ktoś, kto przestaje prosić, czy, jak to się mówiło kiedyś „chodzić po prośbie”, a zaczyna żądać, jest kimś, kto jest świadomy swoich racji, nie musi szukać ich legitymizacji u innych, czuje się pewnie i wysuwa te słynne roszczenia.

Nie trudno zgadnąć, że takie przestawienie z proszenia, zwłaszcza dla starszego pokolenia liberałów, na żądanie od nich określonego zachowania musi wywołać szok, a zaraz potem retoryczną agresję. Do tej pory lewica co najwyżej cicho prosiła, do tej pory to oni, starsi liberałowie, co obalili komunę w 1989 roku, mogli się łaskawie zgodzić. Jeśli nas ładnie poprosicie, to może, powtarzamy, może przestaniemy mówić „murzyn”. Ale się postarajcie. Tymczasem lewica prosić nie zamierza, lewica żąda. Szok jest wzmocniony tym większe, że do tej pory to liberałowie wysuwali roszczenia, ogłaszali wyroki i anatemy, dokonywali sądów politycznych i estetycznych. Nagle z pozycji pewnego autorytetu wywalczonego w 1989 roku zostali przez tę lewicową gównażerię, bo tak o lewicy myślą, sprowadzeni do roli adresata żądania i nikogo więcej.

Nie, nie obchodzą nas wasze argumenty, znamy je aż nadto – zdaje się mówić młoda lewica – macie po prostu być empatyczni, bo tego wymaga dobro, piękno i sprawiedliwość. Rzecz jasna nie jest to w historii nic nowego. Zmiana pokoleniowa, młodzi kwestionujący wybory starych, obalanie autorytetów i wsadzanie ich do gabinetu archaicznych osobliwości – wszystko to było i będzie. Spór o to, jak nazywamy Margot, o używanie sformułowania „murzyn”, o dorobek PRL, o postrzeganie prawa własności – wszystko to są przejawy odchodzenia liberalnego świata i rodzenia się na jego gruzach czegoś nowego, czym, jak zawsze, starsze pokolenie jest przerażone. Tak jak przerażeni nimi samymi byli ich rodzice oraz dziadkowie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij