Felieton

Co ten Vega taki grzeczny?

pawlowicz w polityce vegi

A może to polska polityka jest taka nudna?

Polityka Patryka Vegi nie zmieni politycznego oblicza tej ziemi. W zasadzie tego dokładnie się spodziewałam, kiedy pod koniec czerwca pisałam felieton pt. Panie Kaczyński, pani Pawłowicz, nie lękajcie się Vegi.

Panie Kaczyński, pani Pawłowicz, nie lękajcie się Vegi

Vega lubi uchodzić za niezależnego, niegrzecznego chłopca polskiego kina. Nie bierze pieniędzy od PISF, nie liczy na państwowy mecenat, jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Tym razem będzie chyba też musiał być sam sobie wiatrem w żagle, bo film może mieć kłopoty z powtórzeniem sukcesów frekwencyjnych jego poprzednich produkcji.

Vega ma nosa do tematów społecznych. Temat spina u niego zestaw historyjek i skeczy, które składają się na scenariusz. Wielkiej fabuły raczej w jego filmach nie ma. W Polityce jest tak samo.

Kto widział trailer filmu, ten widział najlepsze skecze. Reżyser zadbał, żeby od kilku miesięcy regularnie kolejne kawałki Polityki pojawiały się w mediach, a ujawniane na Facebooku fragmenty okraszał komentarzem, który miał nas przekonać, że politycy bardzo się boją jego filmu i naciskają na niego, żeby przesunął premierę na „po wyborach”. Czemu miało to służyć? Promocji filmu oczywiście.

Polityka bardzo potrzebuje promocji, potrzebuje skandalu, potrzebuje czegokolwiek, co przykryje fakt, że to nudny, nieciekawy zlepek skeczy, które przypominają Ucho prezesa. Tyle tylko że Ucho prezesa to przy filmie Vegi Obywatel Kane. Ucho komentowało na bieżąco to, co działo się w polityce (nie wiem, czy nadal to robi, bo jakoś straciłam serial z oczu), miało format dopasowany do możliwości. W Uchu odcinki są krótkie, epizodyczna fabuła ma więc głęboki sens, postaci są ciekawie skonstruowane, dlatego każda jest jakoś charakterna i interesująca (nawet pamiętny Adrian wystający pod drzwiami prezesa).

„Polityka” Vegi, czyli memy przerobione na film

Tymczasem u Vegi postaci są często banalną parodią prawdziwych polityków. Jedne przerysowane do granic, inne nieciekawe. Postaci zmyślone (tak, tak, wiadomka, że tu wszystko jest niby zmyślone) nie pasują totalnie do komediowego charakteru filmu. Wątki zmyślone są kuriozalne. I nieważne, czy to imieniny Stalina zorganizowane przez skłotersów, czy prawdziwy obywatel kandydujący do sejmu, grany przez Daniela Olbrychskiego. Pal licho, że oba są naiwne. Gorzej, że ani nie są śmieszne, ani nie są wystarczająco poważne.

Nie oczekuję po filmach Patryka Vegi, że będą to dzieła sztuki filmowej. Oczekuję natomiast, że Vega opowie mi o społeczeństwie coś, na co sama nie wpadłam. Słusznie pisał choćby Jakub Majmurek: Vega wie o Polakach coś, czego my nie wiemy (swoją drogą to samo można by powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim).

Kino-polo, czyli co takiego Patryk Vega wie o Polakach?

Może dlatego ciekawi mnie zawsze, na co tym razem Vega skierował kamerę, co rzuciło mu się w oczy. I kiedy usłyszałam, że robi film o polityce, miałam cień nadziei, że czymś mnie zaskoczy. Złudzenie prysło, gdy zobaczyłam pierwsze autopromocyjne filmiki z groźnym Vegą straszącym swoim filmem Kaczyńskiego czy innych polityków władzy. To był jasny sygnał, że coś nie gra. To był ten moment, kiedy żeglarz musiał sam sobie zacząć dmuchać w żagle.

Co film Vegi mówi o polskiej polityce? Że to straszne nudy. Może reżyser oczekiwał, że znajdzie w środowisku partii politycznych świetny materiał. A co znalazł? Posłankę, która jadła sałatkę w sejmie, panią premier z broszką w klapie, prezesa, który głaszcze kota. Przecież myśmy to już sto razy widzieli na memach, sokach z buraka czy w innych miejscach w internecie. Jeśli tylko tyle zostaje ze skandali politycznych ostatnich lat, to nic dziwnego, że połowa społeczeństwa nie chodzi na wybory.

Polityka nie zmienia świata [rozmowa z Robertem Krasowskim]

Patryk Vega zarzekał się, że opowie nam o tym, jak brudna jest polityka. Po obu stronach barykady. No cóż. Nie udało mu się. Zamiast polityki brudnej pokazał politykę nudną. Zamiast intryg, machlojek, afer, przekrętów (polityczne kino w USA aż się od nich roi) pokazał politykę, w której skandalem jest to, że ktoś się krzywił, jak ktoś inny się zesrał. Przepraszam, ale ten film naprawdę właśnie o tym jest.

Czemu Vega jest w tym filmie taki grzeczny? Nie było materiału, żeby powiedzieć o polityce coś naprawdę istotnego? Reżyser się wystraszył? (Chyba trochę wystraszył się reakcji Bartłomieja Misiewicza i choć ten wycofał pozew przeciwko Vedze, to i tak na końcu filmu pojawia się plansza informacyjna, że postać, którą gra Antoni Królikowski, nie jest Misiewiczem). Czy po prostu nie uniósł tego tematu? Poszedł na łatwiznę, sprowadzając cały film do serii skeczy, a potem się okazało, że wyszło tak sobie, i stąd ta desperacka próba podbicia zainteresowania filmem? A może polskie kino nie ma szczęścia do filmów o polityce? W sumie Vega nie jest pierwszym, któremu się nie udało.

Film Patryka Vegi pewnie mimo wszystko obejrzy sporo ludzi. Na wynik wyborów to nijak nie wpłynie. Historii kina też nie zmieni. Ot, kolejna zmarnowana szansa. Przy takim temacie, gwiazdorskiej obsadzie, naprawdę aż żal, że powstała tak nudna adaptacja filmowa soku z buraka.

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.