Felieton

Kto stanie do walki z Trumpem?

Elizabeth Warren i Bernie Sanders

Nadciągają wybory prezydenckie w USA. Co wiemy po drugiej turze debat w Detroit? Oprócz tego, że Elizabeth Warren i Bernie Sanders wypadli świetnie.

 

Póki co mamy 24 demokratycznych kandydatów na prezydenta USA 2020. Telewizja CNN, gospodarz debat w Detroit, podzieliła ich na dwie tury. Podział był losowy, a jego efekt warty komentarza. Tak się złożyło, że pierwszej nocy wszyscy kandydaci byli biali. W czasach, gdy rasizm jest maksymalnie upolityczniony po obu stronach, a Kongres ogłasza prezydenta rasistą, nie wyglądało to najlepiej.

W środę 31 lipca zmierzyli się tytani rozpoznawalni z czasów wyborów prezydenckich 2016, socjalistyczny demokrata senator Bernie Sanders, który dwa lata wcześniej przegrał prawybory z Hillary Clinton oraz walcząca z monopolem wielkich korporacji senator Elizabeth Warren, którą podówczas błagano, żeby startowała jako alternatywa. W 2016 oboje ugięli się pod presją partii i próbowali zaganiać ludzi do głosowania na Clinton.

Trump kontra cztery jeźdźczynie apokalipsy

To właśnie ta dwójka ma najbardziej spójny program, konkretne rozwiązania oraz najwięcej środków na kampanie prezydenckie. Znamienne jest to, że Warren i Sanders w czasie debaty nie walczyli ze sobą, lecz wspierali się przeciw bardziej centrowym pozycjom.

77-letni Sanders obiecał w pełni publiczną służbę zdrowia, która obejmie opiekę dentystyczną, aparaty słuchowe i okulary. Mimo podeszłego wieku Sanders ma błyskawiczny refleks i nie da się go niczym zaskoczyć. Mimo że słuchamy go już od paru lat, gdy Bernie otwiera usta, natychmiast przypominamy sobie, że to on jako pierwszy miał odwagę zaproponować progresywną agendę, którą cała reszta młokosów sobie bezczelnie skserowała.

Warren, lat 70, nakreśliła plan, jak zmienić Amerykę w lidera nowej zielonej ekonomii i podkreśliła, że nie boi się wielkich strukturalnych zmian. Jej najciekawsze propozycje to podatek dla ultrabogatych. Z opodatkowania 75 000 najbogatszych amerykańskich rodzin w ciągu następnych 10 lat Warren zamierza wpompować 400 miliardów dolarów w zieloną gospodarkę, czystą energię, badania, technologiczne innowacje i eksport zielonej technologii, które mają przekuć zagrożenie katastrofą klimatyczną w nowy amerykański sen. Zamierza również sfinansować nieznane Amerykanom rarytasy jak publiczna opieka nad dziećmi, wyeliminować „drzwi obrotowe” między rządem a sektorem prywatnym i praktycznie zakończyć lobbing i rządy wielkich korporacji w Waszyngtonie. Jej domeną jest także plan rozbicia monopolu gigantów takich jak Amazon, Facebook czy Google.

„Szczerze mówiąc, nie rozumiem, po co ktoś zadaje sobie tyle trudu, żeby ubiegać się o urząd prezydenta tylko po to, żeby mówić o tym, co jest niemożliwe i czego nie powinniśmy robić” – odparowała Warren, gdy poseł John Delaney z Marylandu oskarżył ją o uprawianie „baśniowej ekonomii”.

Jeśli chodzi o intelektualną dojrzałość, powyższej dwójce dorównuje tylko jeden kandydat – młody burmistrz z Indiany, 37-letni gej i weteran wojenny Pete Buttigieg. Burmistrz Pete, jak wszyscy go nazywają, bo nikt nie wie, jak wymówić jego maltańskie nazwisko, przypomniał kontrkandydatom, że „środkowanie” agendy nie ma sensu, bo republikanie i tak okrzykną demokratyczny program socjalistycznymi bredniami, niezależnie od tego, co w nim będzie.

Trump jeszcze nie strzela, ale próbuje wziąć wrogów głodem

Buttigieg oferuje mniej niż Warren i Sanders, jest ostrożniejszy w rozbudowywaniu publicznej służby zdrowia i nie deklaruje odpuszczenia pożyczek studenckich, wielkiego problemu młodej Ameryki. Ale gdy się go słucha, nie ma wątpliwości, że młode pokolenie jest w stanie przejąć władzę w kraju. Burmistrze Pete jest mężaty (jego mąż jest nauczycielem) i głęboko religijny.


Mimo to widać, że rozdział kościoła od państwa ma bardzo przemyślany, podobnie jak kwestię systemowego rasizmu jako uniwersalnego doświadczenia Ameryki. Pete jest więcej niż politykiem, jest intelektualistą i moralnym autorytetem – w tym sensie przypomina Obamę z 2008 roku.

Jest też kilka osób, które po prostu robią na ludziach wrażenie. Z różnych powodów.

Jednym z nich jest gubernator stanu Waszyngton, 68-letni Jay Inslee. Inslee proponuje Amerykanom pełną koncentrację na ekonomicznym rozpracowaniu zmiany klimatycznej. Obiecuje sprawiedliwość klimatyczną i nowe standardy wody pitnej, a jednocześnie jest postawnym blondynem w typie samca alfa co to i oponę zmieni, i żony wysłucha.

Obama deportował, Trump zamyka w klatkach

Kalifornijska prokuratorka Kamala Harris, lat 54, z pewnością wyróżnia się agresywnością. Na biednym Joe Bidenie, byłym wiceprezydencie Obamy, nie pozostawiła suchej nitki, rozliczając go z 50 lat politycznej kariery. Harris jest symbolem władzy wykonawczej, która operuje poza ideologią – przynajmniej deklaratywnie. Działa na ludzi trochę jak wersja „ninja” Michelle Obamy: to silna, kolorowa kobieta, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Dużo energii, mało konkretów.

Beto O’Rourke z Teksasu, lat 46, brzmi jakby spędził ostatnie parę lat siedząc w ciemnym pokoju i ryjąc na blachę przemówienia Berniego – łącznie z intonacją. Podobnie jak burmistrz Nowego Jorku, Bill de Blasio, lat 58, prezentuje pewien poziom, ale bez luzu, na który pozwalają sobie Sanders, Warren czy nawet Buttigieg. O’Rourke miał swój moment, kiedy zaproponował rozpatrzenie na serio finansowych zadośćuczynień dla potomków niewolników.

Uznani za (nie)winnych

Oryginalnym kandydatem jest Andrew Yang, 44-letni technokrata, który obiecuje 1000 dolarów miesięcznie każdemu obywatelowi USA. Nikt mu nie wierzy, choć żartobliwie zaręcza, że jako Azjata zna się na matmie.

Wyobraźni nie brakuje również Marianne Williamson, lat 67. Williamson jest czymś w rodzaju guru duchowego piszącego poradniki. Jej uwagi o wielkiej moralnej przemianie, której kraj potrzebuje i obietnice szeroko pojętej sprawiedliwości społecznej brzmią momentami niegłupio.

Biden wypadł marnie. Znowu. Aż żal patrzeć, jak go młódź popycha. Jego głównym przesłaniem jest siła różnorodności Ameryki. Przesłanie chwalebne, ale za słabe na 2020.

Znamienne jest to, że Warren i Sanders w czasie debaty nie walczyli ze sobą, lecz wspierali się przeciw bardziej centrowym pozycjom.

Jednym z kopiących Bidena był czarny senator Cory Booker, który – gdy nie kopał – to upominał innych, żeby się wstydzili tak na siebie naskakiwać ku uciesze republikanów. Booker jest głęboko religijny, ale w odróżnieniu od burmistrza Pete’a nie rozumie różnicy między byciem przywódcą religijnym a prezydentem. Booker pozuje na tzw. „szczęśliwego wojownika” (happy warrior), ale w przeszłości parę razy pokazał ciemną stronę, flirtując z administracją Trumpa.

Niezbyt dobre wrażenie zrobiła posłanka Tulsi Gabbard z Hawajów. 38-letnia weteranka bazuje na szacunku, jaki Amerykanie mają do żołnierzy. Gabbard mówi o służbie publicznej, która jest dla niej ważniejsza niż ego, ale nadal nie wytłumaczyła, dlaczego w styczniu 2017 złożyła wizytę dyktatorowi Syrii, Baszszarowi al-Asadowi.

Następna debata w połowie września w Teksasie i do tego czasu lista 24 kandydatów powinna się trochę przerzedzić. Bo żeby pojawić się na scenie w Houston, każdy kandydat musi mieć przynajmniej 2% poparcia w czterech sondażach i finansową kontrybucję od przynajmniej 130 000 różnych osób.

Odkurzanie Joe Bidena, czyli Puchatek nie zastąpi Krzysia

Obecnie te warunki spełniają Biden, Sanders, Warren, Harris, Booker, Klobuchar, Buttigieg i O’Rourke.

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.