Świat

Kenia: media bogate, ale czy wolne?

Na Zachodzie dziennikarstwo zaangażowane źle się kojarzy, bo sugeruje tendencyjność. Jednak w Afryce zmuszało właścicieli mediów do koncentrowania się bardziej na dobru ogółu niż na zyskach. Dziś ten model się wyczerpuje.

NAIROBI – Pod koniec marca ośmioro publicystów Nation Media Group złożyło rezygnacje z pracy w gazecie „Nation”, podając za przyczynę brak dziennikarskiej niezależności. Zbiorowy exodus najbardziej utalentowanych pracowników to kolejny cios dla największej kenijskiej gazety i plama na jej, i tak już zszarganej, reputacji. Od miesięcy dzieją się wokół niej rzeczy stanowiące powód do wstydu: bezceremonialnie wyrzucono znanych dziennikarzy, w macierzystej spółce doszło do masowych zwolnień i pojawiły się oskarżenia o to, że władza macza palce w działalności redakcyjnej pisma.

Ostatnie odejścia dziennikarzy są jednak czymś więcej niż kolejną gorzką pigułką dla szanowanej niegdyś instytucji. Przypominają, że media wciąż są silnym graczem w raczkującej kenijskiej demokracji. Gdy rząd – w Kenii i w każdym innym kraju świata – ogranicza swobodę dziennikarzy, robi to na własne ryzyko.

Afryce karakuły, biznesowi złoto

czytaj także

Afryce karakuły, biznesowi złoto

Aleksandra Antonowicz-Cyglicka

Podobnie jak wiele państw afrykańskich, Kenia ma długą tradycję dziennikarstwa, które można nazwać „zaangażowanym” – rozpowszechniania informacji oraz idei w celu inspirowania działań politycznych lub społecznych. Korzenie tej praktyki sięgają czasów antykolonializmu. Gazeta „Nation”, założona w latach 60., dołączyła do szeregu innych ogólnoafrykańskich pism, takich jak „New African” i „Drum”, sprzeciwiających się kolonialnym rządom. Jako platforma otwarta na wyraz buntu, pomogła protestującym formułować koncepcje, slogany i hasła, które ożywiły ich ruchy społeczne. Dla wielu publicystów samo pisanie w tego rodzaju piśmie było aktem oporu.

Na Zachodzie dziennikarstwo zaangażowane źle się kojarzy, bo sugeruje tendencyjność. Jednak w dziejach Afryki tego rodzaju działalność stanowiła gwarancję uczciwości mediów, bo zmuszała właścicieli do koncentrowania się bardziej na dobru ogółu niż na zyskach. Obecnie w Kenii ten model ulega erozji, której przyczyną jest narastające uzależnienie prywatnych mediów od środków publicznych – oraz nasilające się represje.

Branża medialna w Kenii przynosi wyższe zyski niż w większości innych państw Afryki, co niektórzy uznają za dowód, że tutejsze media są wolne. Lecz w coraz większym stopniu prawdziwsza jest teza przeciwna. Wiele wydawnictw medialnych zależy od dochodów z reklam wykupywanych przez instytucje państwowe . Według Komitetu Obrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists), władze wykorzystują ten mechanizm do cenzurowania krytycznych materiałów. To jeden z elementów „przejmowania mediów przez rząd”, o którym mówili publicyści „Nation”, tłumacząc decyzję o odejściu z pracy.

Cztery pytania, których „Wysokie Obcasy” nie zadały Dominice Kulczyk

Zaznaczmy dla porządku: państwowa cenzura to w Kenii nic nowego. Po próbie zamachu stanu w 1982 roku władze zamknęły wiele mniejszych gazet, a w latach 1988-90 przynajmniej 20 tytułów zmuszono do zaprzestania publikacji na zawsze.

A jednak nawet w okresach represji wytrawni dziennikarze zawsze znajdowali odbiorców dla poglądów niezgodnych z oficjalną linią władzy. Jedną z najbardziej wpływowych postaci w kenijskim ruchu demokratycznym lat 90. był Wahome Mutahi – satyryk, który wymykając się państwowej kontroli, parodiował autorytarnego prezydenta Daniela Toroiticha arapa Moiego. Za swoje artykuły spędził 15 miesięcy w okrytej ponurą sławą katowni Nyayo House.

Po zakończeniu ery Moiego kenijskie media odżyły. W 2012 roku w kraju działało 301 stacji radiowych i 83 telewizyjne, podczas gdy w latach 90. kanały były tylko trzy. Jednak rozwój przedsiębiorstw medialnych oraz liberalizacja życia politycznego nie przełożyły się na większą wolność prasy. Zamiast tego, po krótkim okresie wytchnienia między rokiem 2002 (udane wybory) a 2007 (powyborcze zamieszki), dziennikarze znów znaleźli się na celowniku.

Metody prześladowań bywały różne: niekiedy bardzo brutalne (dziennikarze trafiali do aresztu, byli torturowani, a nawet znikali bez śladu), innym razem subtelne. Na przykład, kiedy Godfrey Mwampembwa zwany Gado, rysownik zajmujący się tematami politycznymi, został w 2016 roku zmuszony do odejścia z „Nation”, jego szefowie nie posunęli się do tego, by otwarcie wyrzucić z pracy  najpopularniejszego pracownika gazety. Gdy skończył mu się kontrakt, odmówili za to podpisania z nim nowego. To samo spotkało Davida Ndiiego, ekonomistę związanego z opozycją, który publikował w „Sunday Nation”.

Te szykany bledną w porównaniu z blokadą informacyjną wprowadzoną przez władze na początku lutego. Chcąc uniemożliwić dziennikarzom przesyłanie doniesień na temat politycznego wiecu ówczesnego lidera opozycji, Raili Odingi, kenijski rząd zmusił trzy prywatne stacje telewizyjne do przerwania transmisji na wiele dni, mimo sądowego nakazu zniesienia blokady. Dziennikarze jednej ze stacji, Nation Television, z obawy przed aresztowaniem zamknęli się w redakcji i stamtąd kontaktowali się z prawnikami. Kiedy opadł kurz, dyrektorzy wszystkich trzech stacji złożyli rezygnacje.

Bez niezależnego dziennikarstwa kenijski ruch prodemokratyczny mógłby nigdy nie odnieść zwycięstwa. Zaangażowani publicyści pomogli opinii publicznej zrozumieć decyzje polityczne, w przystępny sposób  opisując państwowe debaty. Mutahi wykorzystywał w swoich parodiach członków własnej rodziny, by pokazać, że małostkowy despotyzm w zaciszu domowego ogniska nie różni się niczym od politycznej tyranii prezydenta-autokraty.

Nie tylko Polska. Jak władza polityczna zawłaszcza media

Podobnych sposobów refleksji Kenijczycy potrzebują i dziś. Demokratyczne instytucje państwa powinny przejrzeć się w takim zwierciadle. A jednak ci, którzy kiedyś im to zwierciadło podsuwali, dziś czują, że nie mogą już pełnić tej roli.

Kenia zapłaciła już wysoką cenę za publiczny spektakl upadku „Nation”. Historia gazety pokazała też, że wolność prasy to coś więcej niż pozwalanie, by dziennikarze pisali co chcą, kiedy chcą i jak chcą. To także wyciąganie konsekwencji wobec właścicieli mediów. System polityczny charakteryzujący się zaciętą rywalizacją w połączeniu ze skompromitowanymi mediami to mieszanka, która będzie raczej podsycać obywatelski bunt niż go łagodzić. A kenijska demokracja będzie kuleć tak długo, jak długo szafarze publicznego oświecenia odwracają się do niej plecami.

 

**

Nanjala Nyabola jest pisarką i analityczką polityczną. Wkrótce ukaże się jej książka Digital Democracy, Analogue Politics: How the Internet Era is Transforming Kenya.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.