Świat

Jordan Peterson. Wielki coach alt-rightu

„Stój wyprostowany, z ramionami do tyłu” - radzi Jordan Peterson, nowy guru alterprawicy. Między coachingowe porady wplata krytykę „poprawności politycznej” i „kulturowego marksizmu”. Skąd się wziął Peterson i dlaczego cieszy się tak wielką popularnością?

Ostatnie lata to pasmo sukcesów tzw. alterprawicy – luźnej politycznej koalicji różnych środowisk, połączonych zamiłowaniem do wymierzonych w polityczną poprawność prowokacji i podawanych w popkulturowym, postmodernistycznym języku często skrajnie prawicowych, antyfeministycznych i rasistowskich treści. Prawica ta zbudowała własne, wpływowe media (z Breitbart News na czele), wypromowała kilka wyrazistych postaci publicznych, wyhodowała całe armie trolli zdolnych sparaliżować każdą sensowną dyskusję w internecie. W ten sposób narzuciła amerykańskiej debacie publicznej szereg bliskich sobie tematów: od rzekomego „terroru politycznej poprawności” na uczelniach po migrację. Pomogła też zdobyć kontrolę nad Białym Domem politykowi, podzielającemu wiele jej obsesji i idiosynkrazji – Donaldowi Trumpowi.

Alt-rightowi do pewnego usadzenia się w centrum brakowało jednego: własnego publicznego intelektualisty. Kogoś, kto jej diagnozom i postulatom byłby zdolny nadać choćby minimum intelektualnej, naukowej legitymacji. Ani Richard Spencer, ani Steve Bannon, o Milo Yiannopoulosie nie wspominając nie nadawali się do tej roli. Natura nie znosi jednak próżni, a wolny rynek idei potrafi odpowiadać na nie takie potrzeby konsumentów. Popyt na alterprawicowego intelektualistę publicznego musiał stworzyć podaż – stąd pojawił się związany z Uniwersytetem w Toronto psycholog Jordan Peterson.

Zaczęło się od zaimków

W 2018 roku Peterson jest wszędzie. Jego kanał na YouTubie subskrybuje ponad 1,6 miliona użytkowników. Gromadzi tłumy na swoich występach w Kanadzie, Stanach i Wielkiej Brytanii. Obszerne artykuły poświęcają mu najbardziej prestiżowe, liberalne media. Jego książka, 12 życiowych zasad, stała się międzynarodowym bestsellerem, niedawno ukazała się też w Polsce.

Jeszcze trzy lata temu nic nie zapowiadało sukcesu Petersona. Kanadyjski psycholog pozostawał nieznanym szerzej akademikiem. Mimo lat spędzonych w zawodzie miał na koncie tylko jedną książkę, wydane w 1999 roku The Maps of Meaning.

Lesbijska, queerowa

Wszystko zmienia się we wrześniu 2016 roku, gdy Peterson na swoim kanale na YouTubie umieszcza trzyczęściowy wykład zatytułowany Profesor przeciw poprawności politycznej. Wyraża w nim swój sprzeciw wobec polityki macierzystego uniwersytetu, nakazującej zwracanie się do osób trans wśród studentów i pracowników uczelni, przy pomocy preferowanych przez nich zaimków – uwzględniających np. to, iż dana osoba nie identyfikuje się z binarnym podziałem płciowym i nie chce być określana ani jako „on”, ani jako „ona”.

W tym samym nagraniu Peterson zaatakował dyskutowaną wówczas w Kanadzie poprawkę do kodeksu karnego oraz Kanadyjskiego Aktu Praw Człowieka, gwarantującą ochronę przed dyskryminacją ze względu na „tożsamość płciową, lub formy jej ekspresji”. Zdaniem Petersona, przepisy te stanowią zagrożenie dla podstawowej wolności słowa, grożą uruchomieniem spirali żądań i oskarżeń ze strony mniejszościowych grup.

Psychologa atakować zaczęły środowiska walczące o prawa osób trans, szeroko rozumiana lewica i liberałowie. W reakcji na to na swoje sztandary wzięła go prawica – i to nie tylko zaprawione w internetowych bojach trolle. W dyskusji nad proponowanymi poprawkami, rozszerzającymi rozumienie praw obywatelskich, na opinie Petersona powoływać zaczęli się liderzy kanadyjskiej Partii Konserwatywnej, uzasadniając swój sprzeciw wobec zmian w prawie przy pomocy jego argumentów.

Wolność czy bezkarność słowa?

Publiczna widoczność psychologa rośnie wtedy nagle wykładniczo. Jego nagrania w sieci oglądają setki tysięcy osób. Peterson nie ma problemu z tym, by praktycznie wykorzystywać swoją popularność. Za pomocą crowdfundingowego serwisu Patreon namawia swoich fanów do regularnego finansowego wspierania własnej działalność. Jak podaje brytyjski „The Guardian”, wiosną tego roku 9,5 tysiąca fanów co miesiąc przelewało na jego konto około 80 tysięcy dolarów amerykańskich – co oznacza ponad milion dolarów rocznie.

Na fali wielkiej popularności występów psychologa on-line kanadyjski oddział Random House zaproponował mu napisanie książki, streszczającej jego życiową filozofię w formie poradnika psychologicznego. Stąd wzięło się 12 życiowych zasad.

Chaos i porządek

Jest to książka bardzo specyficzna. Na pierwszy rzut oka faktycznie wygląda jak poradnik psychologicznej samopomocy, podzielony na dwanaście tytułowych zasad, do wcielenia w życie przez czytelnika. „Stój wyprostowany, z ramionami do tyłu”, „zrób porządek u siebie w domu, zanim zaczniesz krytykować świat”, „słuchaj ludzi, którzy mogą ci pomóc” – coachuje w każdej z porad swoich czytelników Peterson.

Jak Tumblr-lewica przegrała z South Park-prawicą

Jednocześnie język pop-psychologicznego coachingu płynnie przechodzi w publicystykę polityczną. Rady, by dbać o porządek i codziennie ścielić łóżko odlatują w stronę filipik wymierzonych we współczesny świat, który od jakiegokolwiek sensownego porządku dawno temu oddalił się na dzikie pola politycznie poprawnego nonsensu. Co więcej, Peterson ma także ambicje, które określić należałoby jako filozoficzne. Obok porad, by wziąć się w garść i pracować nad sobą, w książce znajdziemy także coś w rodzaju wykładu petersonowskiej metafizyki.

W największym skrócie streścić można ją następująco. Byt znajduje się w stanie ciągłego napięcia między porządkiem, a chaosem. Między świadomością, a siłami pierwotnej, niezróżnicowanej materii. Świadomość jest męska, niezróżnicowana materia żeńska. Ludzkie życie rozgrywa się na ciągle przesuwającej się granicy między porządkiem i chaosem. Przeznaczeniem, sensem istnienia człowieka jest trwać na tej granicy i brać na siebie ciężar „brzemienia bytu”. Tylko egzystencja wypełniająca ten etos jest zdolna przynieść sens i spełnienie.

Budując tę metafizykę, Peterson sięga po analizę mitów z wielu różnych czasów i tradycji kulturowych. Podpiera się psychoanalizą Freuda i psychologią głębi Junga. Ewangelią i Nietzschem.

Homary i smoki

Recenzując 12 życiowych reguł dla „New York Review of Books” Pankaj Mishra umieścił Petersona w intelektualnej tradycji idącej od Junga, przez Mircae Eliadego, po Josepha Campbella. Kanadyjski psycholog miałby być ostatnim – najbardziej populistycznym i popowym – przedstawicielem tradycji intelektualnej, która rozczarowana „nihilistyczną” nowoczesną cywilizacją naukowo-techniczną, zwraca się ku mitowi, religii, mistyce – łącząc je z niechętną wszelkiej progresywnej polityce postawą ideową.

Mishra nie do końca ma rację. Owszem, wszystkie te wpływy – w skrajnie uproszczonej formie – rzeczywiście pracują w „systemie Petersona”. Z drugiej strony, kanadyjski psycholog jest o wiele bardziej metodologicznie eklektyczny. W zależności od tego, jakie argumenty pasują mu do tezy, Peterson powołuje się zarówno na mity, Junga i alchemię babilońską, jak i na psychologię ewolucyjną, neuropsychologię i socjobiologię. Passusy o smokach, Adamie i Ewie, wiedźmach i „podziemnym człowieku” Dostojewskiego sąsiadują z tymi o chemii mózgu i mechanizmach doboru naturalnego w królestwie zwierząt.

Ten eklektyzm wynika z tego, iż podstawową stawką pisarstwa kanadyjskiego psychologa jest nie metafizyka, a ideologia. Peterson, jak wielu intelektualistów prawicy stawia sobie jeden cel: naturalizacji historii i wytworzonych przez nią stosunków władzy. Tam, gdzie lewica widzi efekty przygodnych rozstrzygnięć między układami sił, tam Peterson dostrzega emanacje odwiecznych praw, potwierdzanych przez tysiące lat zawartego w mitach ludzkiego doświadczenia i przez poprzedzającą kulturę naturę.

Peterson szczególnie wiele wysiłku wkłada w naturalizację i legitymację wzorca męskości, jaki ukształtował się w białej, niższej klasie średniej świata anglosaskiego, gdzieś między drugą wojną światową, a rewolucją roku ’68. W tym celu cofa się miliony lat w naszej ewolucyjnej historii i schodzi na dno oceanu, zamieszkiwane przez homary. Homary, opowiada czytelnikom już w pierwszej zasadzie Peterson, to zwierzęta terytorialne. Każdy samiec homara walczy o najbardziej korzystne pod względem dostępu do pożywienia terytorium. Dostęp do terytorium kształtuje homarzą hierarchię – homar, który zajął dobre terytorium ma nie tylko większe szanse przeżycia, ale także dostępu do atrakcyjnych homarzych samic. Te wybierają bowiem silne, zajmujące najbardziej atrakcyjne terytoria jednostki. Homar, który wygrywa w walce o terytorium i samicę ma inną chemię mózgu niż ten przegrany. Przegranego homara rozpoznać można z daleka. Widać, jak kuli się w sobie, boi się pewnie stanąć na nogach i szeroko rozłożyć szczypce.

Nie inaczej – przekonuje Peterson – jest u ludzi. Dlatego – kontynuuje psycholog – drogi czytelniku, bądź jak zwycięski homar. Nie garb się, walcz o swoje, a zdobędziesz ludzki odpowiednik atrakcyjnego żywieniowo kawałka oceanu, a i kobiety same do ciebie przyjdą. Wzorzec męskości rodem z filmu o kowbojach nie jest bowiem wypadkową historycznych sił, a czymś, za czym – jak przekonuje psycholog – stoją miliony lat ewolucji.

Redystrybucja żon albo patriarchatu nigdy nie było

Jakie wnioski z tej bajki zwierzęcej może wyciągnąć kobieca czytelniczka? Czego ona nauczyć się może od samicy homara? Peterson nie tylko nie odpowiada na to pytanie, ale w ogóle nie wydaje się nim zainteresowany. 12 życiowych zasad – choć nigdy nie zostaje to napisane wprost – jest bowiem poradnikiem pisanym w zasadzie wyłącznie dla męskiego czytelnika. Poza Vademecum ojca Janusza Korwin-Mikkego nie czytałem chyba książki tak ostentacyjnie niezainteresowanej nawiązaniem kontaktu z kobiecą czytelniczką.

Bajka o Ameryce, którą opuścił anioł

W ogóle stosunek Petersona do emancypacji kobiet, jaka dokonała się w ostatnich dekadach i backlashu przeciw niej jest czymś najbardziej problematycznym w produkowanych przez kanadyjskiego autora treściach. Na tym polu najczęściej wikła się on też w kontrowersje. W maju portret Petersona sporządził „New York Times”.

Miesiąc przed publikacją sylwetki w centrum Torotno w tłum ludzi wjechał Alek Minassian. Zabił 10 osób. Mężczyzna związany był z subkulturą inceli – mężczyzn wbrew własnej woli pozostających w stanie abstynencji seksualnej, pełnych resentymentu i żalu do odrzucających ich kobiet, które zdaniem przedstawicieli tej grupy powinny „bardziej sprawiedliwie” udzielać mężczyznom dostępu do swoich ciał.

Pytany o przypadek Minassiana Peterson odpowiedział, iż podobny morderczy gniew mężczyzn może powstrzymać tylko „wymuszona monogamia” (enforced monogamy). Bez „wymuszonej monogamii” kobiety będą skłonne nawiązywać stosunki płciowe tylko z mężczyznami o najwyższym statusie – gwarantując im mnogość partnerek, a resztę mężczyzn skazując na wymuszony celibat. W ostateczności – przekonywał Peterson – unieszczęśliwi to obie płcie.

W sprawie legalizacji gwałtów

Wypowiedź wywołała burzę. Petersona oskarżano, że chce dysponować ciałami kobiet jak społecznym zasobem i zmuszać je do wchodzenia w związki z mężczyznami, z którymi na intymne relacje nie mają ochoty. Zarzucano mu, że faktycznie promuje seksualny przymus, jeśli nie niewolnictwo. Że wzmacnia toksyczną kulturę inceli, przekonanych, że kobiety są im winne seks i miłość. Peterson bronił się, że w żadnym wypadku nie chodzi mu o przymus prawny. Że mówił wyłącznie o normach społecznych i kulturowych. Że jego stanowisko – monogamia jako narzędzie bardziej egalitarnego dostępu do szans na prokreację i pacyfikacji męskiej agresji – to oczywistość w antropologii. Że zawsze powtarzał swoim pacjentom i czytelnikom: kobiety nie są ci nic winne, jeśli cię odrzucają, to znaczy, że musisz wziąć się w garść i wykonać nad sobą pracę.

Te tłumaczenia są średnio przekonujące. Peterson – jak alterprawicowe trolle – najpierw rzuca kontrowersyjną tezę, sprawdza reakcję, a gdy widzi, że przesadził, wycofuje się, przekonując, iż powiedział coś innego, niż powiedział. Nawet jeśli weźmiemy jego tłumaczenia za dobrą monetę, to w kwestiach płci jest 12 życiowych regułach i tak wiele trudnych do zaakceptowania fragmentów. Peterson zastanawia się na przykład, czy słusznie zliberalizowaliśmy prawo rozwodowe. Cały jego wywód pełen jest nostalgii za starymi, dobrymi czasami, gdy mężczyzna wykonywał potwierdzającą jego męskość pracę, zapewniając byt rodzinie, nad którą opiekowała się kobieta. Dziś, zdaniem Kanadyjczyka, męskość jest otwarcie atakowana, rugowana z przestrzeni publicznej, zwłaszcza na uniwersytecie, gdzie „niektóre kierunki są programowo wrogie mężczyznom”, obwiniając ich o wszystko, co w historii złe.

Jakie są korzyści, gdy w łeb dostają naziści? [zobacz memy]

Tymczasem, zdaniem Petersona, mężczyźni nie mają się z czego tłumaczyć. Patriarchat to tylko ideologiczny konstrukt współczesnych feministek. Patriarchatu – jako systemu władzy nad kobietami – nigdy historycznie nie było, były „wspólne wysiłki kobiet i mężczyzn”, usiłujących stawiać czoła wyzwaniom. Trudno naprawdę traktować tego typu stwierdzenia elementarnie poważnie i zaszczycać je polemiką.

Od socjalu do gułagu

Równie niepoważnie brzmią polemiki Petersona ze współczesną lewicą. Kanadyjski psycholog ciągle używa w nich kliszy „marksizmu kulturowego”. W Polsce do tej pory posługiwali się nią głównie ekscentryczni księża-profesorowie, w typie tych przekonujących w mediach ojca Rydzyka, że postmodernizm zaczyna się co najmniej od Kartezjusza, a przez Hegla (o Marksie nie wspominając) przemawia sam diabeł.

Koncepcja „marksizmu kulturowego” ma podobną myślową wartość, co demonologia Hegla. Stoi za nią spiskowa teoria, zgodnie z którą zachodni marksistowscy intelektualiści – od Szkoły Frankfurckiej poczynając – po tym, gdy uznali, że rewolucja w bolszewicka na Zachodzie jednak się nie uda, zaczęli kopać pod gmachem zachodniej cywilizacji atakując rodzinę, tradycyjną etykę seksualną, itd. Stąd dzisiejsza ideologia gender, setki tożsamości płciowych i terror politycznej poprawności. Nic się w tej teorii na żadnym poziomie nie trzyma kupy.

Žižek: Co ma Einstein wspólnego z psychoanalizą?

Marksizm kulturowo może pozostawać całkiem konserwatywny, a progresywne koncepcje genderowe mogą być w ogóle nie-marksistowskie. Większość współczesnych marksistów sama pozostaje głęboko krytyczna wobec poprawności politycznej, widzi w niej nie tajne narzędzie swojej władzy, a część ideologii współczesnego kapitalizmu, maskującej kluczowe dla niego antagonizmy klasowe.

Peterson nie tylko bezmyślnie powtarza kliszę „kulturowego marksizmu”, ale także w polemice z lewicą zachowuje się jak zapatrzony w Korwina nastoletni troll. Gdy tylko zaczyna dyskutować z krytycznymi wobec euro-amerykańskiej historii ideami albo egalitarnymi żądaniami, od razu „zbija je” sięgając po przykład Kambodży, Pol Pota albo po Archipelag Gułag Sołżenicyna. Chcecie więcej równości? Socjalu? Państwa gwarantującego socjalne minimum? Patrzcie, jak się to kończy – Pol Potem i rozkułaczaniem wsi jak za Stalina! – przestrzega Peterson.

Znów, teza, iż od krytyki nieegalitarnej redystrybucji zasobów ekonomicznych, czy społecznych przywilejów, dojść musimy do Gułagu, nie jest czymś co zasługuje na poważną polemikę.

Intelektualista dla głupków?

Jak widać z powyższego szkicu trudno jest Petersona traktować do końca serio. Choć on sam traktuje siebie ze śmiertelną powagą. Kanadyjska dziennikarka Tabatha Southey nazwała Petersona „intelektualistą dla głupków” (stupid man’s smart person). Southey ma rację, ta konkluzja nie powinna nas jednak uspokajać i napełniać samozadowoleniem. Wszystko wskazuje bowiem na to, że pozycja Petersona i podobnych mu alt-rightowych intelektualistów będzie tylko rosnąć.

Modlitwa za Polaka

Jak słabe nie byłyby analizy kanadyjskiego psychologa, jedno zrozumiał on doskonale: we współczesnej sferze publicznej podstawową formą obecności idei nie jest polityczny manifest, akademicka dyskusja, czy sztuka, ale coachingowi dyskurs terapeutyczno-motywacyjny. Intelektualista-coach nie próbuje racjonalnie przekonywać sfery publicznej do swoich idei. Nie występuje w niej jako rzecznik uniwersalnych wartości. Podobnie jak w polityce Donald Trump, intelektualista-coach czuje się dobrze tylko przemawiając do już przekonanej do siebie publiczności.

„Łapać kobiety za cipki? Daj spokój! Każdy mówi takie rzeczy. A kobiety to nie?“

Peterson sprawnie potrafi rozpoznać grupę, dla której jego coaching jest atrakcyjny. Białych mężczyzn z niższych warstw klasy średniej, którzy za sprawą emancypacji innych grup (kobiet, mniejszości rasowych), oraz przemian ekonomicznych, przestają być grupą uprzywilejowaną. Peterson rozpoznaje ich gniew i obawy i mówi im: problemem nie są rosnące nierówności, model kapitalizmu, struktura społeczno-ekonomiczna tylko wrodzy męskości „bojownicy sprawiedliwości społecznej”, którzy w imię swoich utopijnych idei nie pozwalają wam wieść prawdziwej egzystencji, zmierzyć się z „brzemieniem bytu”. Jest to  absolutnie fałszywa odpowiedź na często realne problemy (niepewność ekonomiczna, osłabienie klas średnich) naszych czasów, która wspiera fatalną politykę spod znaku Trumpa i alt-rightu. Dlatego, jak nie bawiłyby nas bajki o homarach, fenomen Petersona traktować trzeba poważnie. Tak jak Trump i jego klony w polityce, tak w sferze idei Petersony szybko nie znikną.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.