Czytaj dalej, Kraj

We władzy szczurołapa [rozmowa z Joanną Tokarską-Bakir]

Krytyka Polityczna

Byłam pogrążona w jakimś niesamowitym złudzeniu, czym jest Polska i kim są Polacy. A teraz dostaję lekcję, czym są. I czym ona jest. To bardzo gorzka lekcja.

Krytyka Polityczna: Porozmawiajmy o polityce historycznej. Co o niej sądzisz?

Posłużę się może trochę szokującą figurą: gdyby Polska była kobietą, politykę historyczną można by porównać do żeńskiego obrzezania. W rytuale tym, pod hasłem zachowania dobrego imienia rodziny, kobietę okalecza się i ujarzmia, pozbawiając dostępu do samej siebie. Takim samym okaleczeniem dla Polski jest obsesja niewinności, na której bazuje polityka historyczna.

W sensie psychoanalitycznym polityka ta – uciekająca od wstydu i odpowiedzialności – cofa nas do okresu dzieciństwa, wręcz do łona, w którym dziecię nierozróżnialnie splecione jest ze swoim żywicielem – narodem. Dziecię jest bezkrytyczne i niewinne, wstyd przychodzi dopiero z socjalizacją. Pedagogika dumy to cofnięcie socjalizacji do stanu płodowego. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego katolicki rząd piętnuje coś, co nazywa „pedagogiką wstydu”. Dumy nie ma na liście cnót chrześcijańskich, natomiast wśród grzechów głównych z pewnością jest pycha. W zestawieniu z obrazem spowiedzi powszechnej bezgrzeszny naród to obraz dość pogański.

Wydajesz właśnie Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego. Czego nie wiedzieliśmy o tym wydarzeniu, a czego możemy się dowiedzieć z twojej książki?

Analiza biografii aktorów pogromu sprawiła, że rozsypuje się ta wizja rzeczywistości, w której Żydzi są „ruskimi agentami” i jako przybysze z kosmosu budują komunistyczną władzę w Kielcach. Niestety to nie przez nich został zbudowany ten system. Budowali go lokalsi – kielczanie, chłopscy synowie pospołu z inteligentami po warszawskim Wydziale Prawa – takie wykształcenie miał Stefan Sędek, przed wojną oenerowiec, po wojnie w MO, który na wieść o porwaniu Henia Błaszczyka przez Żydów wysłał na Planty hałaśliwe patrole milicyjne, uruchamiając pogrom. Wystarczy popatrzeć na wygrzebane z teczek zdjęcia funkcjonariuszy wysłanych przeciwko tłumowi: same znajome twarze. Do tego te mundury, i te wąsy. Niewiele byłoby przesady w stwierdzeniu, że to właściwie przedwojenna formacja policyjna zrobiła pogrom kielecki. Więc kto i czyim jest agentem? Czy my to na pewno wiemy? Czy cała historia została opowiedziana właściwie? To są pytania, które sobie stawiałam.

Niewiele byłoby przesady w stwierdzeniu, że to właściwie przedwojenna formacja policyjna zrobiła pogrom kielecki. Więc kto i czyim jest agentem?

Najbardziej się napracowałam nad rozdziałem o codzienności kieleckiej drugiego roku po wojnie, a jednocześnie drugiego roku wojny domowej. Boimy się prawdy o tych czasach, bo to nie jest heroiczna czytanka o wyklętych, raczej historia o Kainie i Ablu, z niepokojąco aktualnymi podtekstami. Co by się stało, gdyby te wszystkie dokumenty – o naszych przodkach w MO, o morderczych realiach, przykrywanych werniksem historycznego kompromisu – zostały przyswojone? Jak zmieniłaby się Polska? Które miny by odpadły, a które pozostały?

Jak udało ci się dotrzeć do takiego obrazu?

To, co opisałam, było w źródłach ipeenowskich już wtedy, gdy na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych trwało drugie śledztwo kieleckie, zresztą bardzo porządnie prowadzone. Oparłam się na jego aktach, one stanowiły mój punkt wyjścia. W tych aktach można precyzyjnie wskazać moment, w którym to śledztwo zaczęło podlegać naciskom politycznym – chodziło o znalezienie dowodów na rzekomą ubecką prowokację w Kielcach. Ale tych dowodów po prostu nie było.

Dziś znajdujemy się w daleko trudniejszej sytuacji niż ta, w której byli kieleccy prokuratorzy. Państwo uprawiające politykę historyczną stara się zawłaszczyć całą historię – w sensie funduszy, instytucji, tytułów i nagród. Doszły jeszcze muzea, mocno uwikłane w politykę. Nie oszukujmy się: historia została sprywatyzowana również przez takie muzeum jak Polin.

Główny zarzut do Polin był taki, że nie przedstawia Zagłady. To ma być muzeum życia i na tym polega fundamentalne przekłamanie. Zdaje się, że ty też o tym mówiłaś…

W tekście Polin: ultimate lost object[1] pisałam, że wystawa główna Muzeum w jakiś sposób kolonizuje polską pamięć żydowską, przygotowując taki fotoplastykon dla amerykańskich Żydów, którzy przyjeżdżają tutaj pokazać swoim wnukom, jakie to wszystko było piękne, a pomijają horror. Oczywiście nie mogą opowiedzieć o horrorze. Ofiara, ktoś, kto doznał horroru, najbardziej wstydzi się tego, że coś podobnego jej się przydarzyło. Wstydzi się tego, co jej zrobiono, więc musi to pominąć.

Datner: Żydowski punkt widzenia [rozmowa]

czytaj także

Ale w niemieckich muzeach właśnie horror został bezwzględnie pokazany. W berlińskiej Topografii terroru są filmowe zapisy egzekucji…

Trzeba zapytać o adresata tamtej wystawy. Zrobili ją Niemcy – dla Niemców. Ci, którzy wiedzą – dla tych, którzy wiedzieć nie chcieli. Akurat tamtą wystawę, Topographie, osobiście odczytałam jako zbyt bezwzględną. To było coś, co mnie samą jakoś wewnętrznie naruszyło. Tak, Niemcy są naprawdę godni szacunku w sposobie, w jaki rozliczyli się ze swoją przeszłością, ale czasem przeraża mnie ich dosłowność.

Mnie się wydaje, że w Polsce udało się trochę rzeczy opowiedzieć w bardzo wyraźny i słyszalny sposób. Na przykład Grossowi. Skala debaty, skala reakcji na jego książki świadczą o tym, że to dotarło. Coś się wydarzyło. A teraz znowu mamy zanegowanie tego, wymazanie. Co to jest za mechanizm? Do czego służy to wymazanie?

Tak, to jest ciekawa sprawa. Niektórzy uważają, że to można opisać za pomocą kategorii backlashu (rykoszetu), która w krytyce feministycznej stosowana jest dla opisu konserwatywnej reakcji na feminizm.

Przychodzi mi też do głowy inna analogia. Jest taka książka z lat 40. The American Dilemma. The Negro Problem and Modern Democracy Gunnara Myrdala[2] – o tym, że Ameryka jest podzielona na dwa narody i nie wiadomo, który zwycięży. Gdy upłynęło kilka dekad, zaczęło nam się wydawać, że już znamy wynik tej rywalizacji, to znaczy, że ta Ameryka konfederacji, Ameryka plantacji znajduje się na przegranej pozycji. Teraz widzimy, w jak wielkim byliśmy błędzie.

Temu samemu złudzeniu ulegliśmy też w Polsce. Wierzyliśmy w jakiś postęp w debacie, w nieodwracalność pewnych rozstrzygnięć. W związku z tym nie prowadzono właściwie edukacji społecznej, antydyskryminacyjnej. Żaden rząd po 1989 roku nie edukował w sprawie tego, czym jest społeczeństwo i co wolno zrobić drugiemu człowiekowi. A to znaczy, że nie wyciągnęliśmy wniosków z wydarzenia, z powodu którego Polska trafiła do podręczników historii powszechnej. Tymczasem, czy nam się to podoba, czy nie, w historii powszechnej Polska zawsze będzie przede wszystkim miejscem, gdzie wydarzyła się Zagłada. Stąd pochodzi siła określenia geograficznego, która tak wnerwia PiS, że musiało popisać się wiadomą ustawą. I tu się problem zaczyna, bo jak pisze Hanna Krall: „takie coś dyskutowane u nas nie było”[3].

Na czym polega różnica między zachodnioeuropejskim a polskim nauczaniem o Zagładzie?

O ile na Zachodzie, jak pisze Enzo Traverso, społeczeństwo zbudowane zostało na never again[4], w Europie Wschodniej obowiązywały inne matryce pamięci. W Polsce nie było właściwie żadnej edukacji o Holokauście, najwyżej grube żarty z przemysłu pod tą nazwą. Nikt nie sądził, że TO może powrócić. Nie było wychowania tych, którzy świadkowali, ani pomocy tym, którzy się w to włączyli. Sprawców, o ile byli chłopami lub robotnikami, ruszano niechętnie, bo chodziło o to, by poparli władzę komunistyczną. Szarpano głównie inteligencję, dowódców, a tamtych, dopóki dowody nie były zbyt rażące, traktowano pobłażliwie. Raczej ich przekształcano w tajnych informatorów i w ten sposób unieszkodliwiano.

Żaden rząd po 1989 roku nie edukował w sprawie tego, czym jest społeczeństwo i co wolno zrobić drugiemu człowiekowi.

To są historie, które odkryłam na Sandomierszczyźnie. Opisałam to w Okrzykach pogromowych i w tekście Miasteczko K. w „Gazecie Wyborczej”[5]. Część sprawców mordu na Żydach z kwietnia 1945 roku, o którym w nim mowa, została tajnymi informatorami ubecji. Nie zostali ukarani, tylko dostali propozycję współpracy z władzą. W związku z tym można sobie wyobrazić, jaka atmosfera była w miasteczku.

Do tego dochodzi rola Kościoła. Wystarczy zajrzeć do raportu biskupa Kaczmarka o pogromie, żeby zobaczyć, jak on rozumie to, co się stało w Kielcach. Kompletnie nie zauważa własnej roli w stworzeniu kontekstu pogromu. Kościół był jednym z najważniejszych jego aktorów – choć nie w sensie aktywności pogromowej – bo legenda o dzieciach łapanych przez Żydów „na krew”, budowana od XII wieku, była przecież jego tworem. Tymczasem wiedza o tym pozostaje do dziś społecznym tabu. Po zakończeniu drugiego śledztwa w sprawie pogromu opublikowano dwa tomy dokumentów. W drugim znalazła się mapa Kielc bez wskazania, gdzie była kuria i katedra, co pokazuje, że autorzy w ogóle nie biorą pod uwagę sprawczości (agency) Kościoła. A w katedrze była msza tego dnia, licznie odwiedzana przez kielczan, bo wypadała wtedy rocznica śmierci generała Sikorskiego. I na tej mszy można było coś powiedzieć. Choćby: „Nie zabijajcie!”.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

Dlaczego my jesteśmy zawracani znowu do tego samego miejsca, w którym już byliśmy? Do miejsca niewiedzy.

Miłosz w tekście Odpowiedź, opublikowanym w „Kulturze” paryskiej (lipiec–sierpień 1951, kiedy poeta został na Zachodzie), pisze, że Polacy, dopóki ręka władcy (tu chodziło akurat o rękę Stalina) nie zmusi ich do zajmowania się „filozofią i dialektyką”, zawsze będą uciekać w herbarze, senniki i kalendarze. To jest ta chochola, sielsko-polska idylla. Taki klimat dziecięcego pokoju wypełnionego Sienkiewiczem i Kraszewskim. To jest coś, co bardzo mi się kojarzy z Jarosławem Kaczyńskim, bo on podobno lubi literaturę historyczną tamtego okresu.

I w zasadzie to, co teraz przeżywamy, na przykład reforma szkolna, jest odtworzeniem atmosfery i rekonstrukcją tamtego świata. Budowane są kosztowne dekoracje, aby przeżyć jeszcze raz coś, czego nigdy nie było! Rekonstruujemy fantazje, które pozwalają nam osiągnąć satysfakcję, jakiej nam w realnym świecie odmówiono. Ale z rekonstrukcjami tak właśnie jest: docieramy do pewnego wyidealizowanego obrazu przeszłości i dopiero w tak przetworzonej postaci jesteśmy w stanie ją przyjąć.

Goldkorn: Nie jestem ofiarą Szoa

A dlaczego to się w ogóle udaje?

Przyczynia się do tego słabość polskich elit. Ludzie za mało czytają i boją się o posady. Wielu układa się z władzą. Najpopularniejszym stylem debaty jest męska dominacja, ironia, dewaluacja empatii, zamrożenie uczuć innych niż gniew czy pogarda. Taki wzór behawioralny rozpowszechnił się też w naukach historycznych. Pod osłoną neopozytywizmu dokonuje się tu „pojednanie narodu z jego przeszłością”[6]. Szerzy się cynizm, który nawet dyrektorowi Żydowskiego Instytutu Historycznego każe piętnować „moralizatorstwo i demaskatorstwo”[7]. Szaleje klasowa protekcjonalność zakazująca krytykować lud i jego moralne wybory, a z drugiej strony pozwalająca zwalać wszystko na lud. Panuje pojęciowy chaos, bo prawica przejęła emancypacyjną frazeologię lewicy. Sławomir Mrożek ostrzegał: „Kiedy byle kto zaczyna pleść byle co w imieniu czegoś, co kiedyś było trudne, żywe i prawdziwe – to znaczy, że trudnym, żywym i prawdziwym być przestało”[8].

Najpopularniejszym stylem debaty jest męska dominacja, ironia, dewaluacja empatii, zamrożenie uczuć innych niż gniew czy pogarda.

Na głębszym poziomie polska skłonność do ucieczki od rzeczywistości wydaje mi się wynikać z braku nadziei. Polacy uważają, że są tak mało warci, że nie udźwigną prawdy, którą jakoś tam przecież znają. To świadczy o jakości pracy Kościoła. Wygląda to tak, jakby Polska – w odróżnieniu od Niemiec, które mają przecież dużo cięższe grzechy na sumieniu – była pozbawiona nadziei na to, że jest w stanie się z tego wydobyć. W Niemczech nastąpiła zgoda, co do tego, że historii trzeba uczyć inaczej. Że się nie będzie kłamać. Że powie się prawdę o tym, co się stało. Oczywiście, to nie nastąpiło natychmiast, kraj się opierał, ale po 1968 roku, kiedy pokolenie synów i wnuczek zaczęło dochodzić do władzy, to się w końcu zdarzyło. Uzgodniono, że mówimy prawdę – bez ściemniania. I ten kraj jest zupełnie innym krajem dzisiaj.

Jakimś impulsem dla polskiej polityki historycznej może być działalność Eriki Steinbach, Związku Wypędzonych. Dla Pawła Machcewicza to było jedna z inspiracji do stworzenia muzeum – polskiej opowieści o II wojnie światowej.

Profesor Machcewicz zaakceptował koncepcję „poprawionej” polityki historycznej, czyli de facto polityki zamiast historii. Podpisałam list w obronie Profesora po wyrzuceniu go z Muzeum II Wojny, ale trudno mi zapomnieć jego recenzje z książek Jana Grossa. Jego argumentacja na rzecz polskiej racji stanu niewiele różniła się od dzisiejszych strategii Reduty Dobrego Imienia. Na przykład w recenzji Złotych żniw stawiał on Grossowi zarzut jednostronnego „przyjmowania perspektywy żydowskich ofiar” i „niemal całkowitego pomijania wojennego i okupacyjnego kontekstu, z którego wyłącza się postawy Polaków wobec Żydów, traktując je jako obszar samoistny, bez ścisłego związku z wojenną demoralizacją, rozpadem porządku społecznego i norm moralnych, polityką okupantów promujących określone zachowania”[9]. Zarzut absurdalny, gdyż to właśnie wyodrębnienie spośród Polaków Żydów, a następnie pozbawienie ich praw ludzkich było jednym z najważniejszych wyróżników „wojennego i okupacyjnego kontekstu”, zaś pojęcia takie jak „wojenna demoralizacja, rozpad porządku społecznego i norm moralnych” zostały zdefiniowane przez nikłą pomoc, jakiej ci pierwsi udzielili wtedy drugim.

Machcewicz: Zrobię wszystko, żeby obronić wystawę

Był taki niesamowity sondaż OKO.press na temat tego, kto był przywódcą Solidarności: Wałęsa czy Kaczyński. 48 proc. badanych twierdzi, że Wałęsa, ale 42 proc. twierdzi, że Kaczyński. Jak to jest możliwe? Co ciekawe, w tym sondażu wśród tych, którzy twierdzą, że jednak Kaczyński, najwięcej jest osób starszych, które wtedy żyły.

To jest właśnie historia życzeniowa, pragnienie upokorzonych historią, żeby przeszłość, której się wstydzą, wyglądała inaczej. Znów widzę w tym piętno ludzi pozbawionych nadziei. Bo jaką można mieć nadzieję, jeśli się kłamie?

Przeszłość w ogóle jest czymś bardzo ciekawym. W języku Brunona Latoura pasuje do niej określenie „czynnik pozaludzki”. Kompletnie nad nią nie panujemy – co się stało, to się nie odstanie, nie mamy na to wpływu. I dlatego tak intensywnie staramy się to zmienić.

Czy sądzisz, że było po 1989 roku jakieś wydarzenie, które dokonało radykalizacji postaw politycznych tych ludzi, którzy są aktywnymi politykami?

Zasadniczym czynnikiem podkręcającym język debaty była z pewnością katastrofa smoleńska. Katastrofalnie wpłynęła ona na stan traumy polskiej.

Na czym ta trauma polega?

Na niejasnym, wymieszanym z zaprzeczeniem, poczuciu winy za Zagładę. Jeśli w jakimś kraju okupant może nagle, bez oporu reszty, zamknąć w gettach dziesięć procent społeczeństwa, to musi na tym społeczeństwie odcisnąć trwały ślad. Choćby w postaci lęku, że jak mnie zamkną, to też nikt mi nie pomoże. A przecież nie chodzi tylko o obojętność czy radość, że „Niemcy za nas rozwiązali ten problem”, ale przede wszystkim o aktywne współdziałanie wielu Polaków z okupantem.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Piszę teraz artykuł o wyłapywaniu Żydów przez oddziały dywersyjne Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej na południowej Kielecczyźnie w latach 1943–1944. Zatytułowałam go Bracia miesiące, bo jak w baśni Janiny Porazińskiej wielu sprawców tych zbrodni nosi nazwiska odmiesięczne. Ci ludzie w sposób barbarzyński mordują ukrywających się Żydów i Polaków oskarżanych o komunizm. Często pozbywają się konkurentów lub kobiet, które odrzucają ich awanse (gwałty są na porządku dziennym).

Sprawcom wydaje się, że zamordowawszy kogoś, mają problem z głowy. Nie zauważają jednak, co w międzyczasie dzieje się z ich światem. Miarą jego rozpadu jest sytuacja, o której mówi następująca relacja:

Na polu pod lasem [tzw. grodeckim, czyli k. Gródka] obok Sędziszowa była wykopana studnia. Obok tej studni miał sobie stawiać dom niejaki Brzeziński, bo ta studnia była jego i na jego polu. (…). Pewnego dnia, a było to latem 1943, Brzeziński z żoną przyszli oglądać swoje pole, na którym była ta studnia. Przypadkowo zajrzeli do tej studni i zauważyli jakieś coś na dnie, ponieważ dzień był pogodny, a z dna tej studni wydobywał się straszny smród. Przyszli wtedy oboje do Sędziszowa i o tem co zauważyli w swojej studni zaczęli opowiadać. Było kilku ciekawskich, co poszli tę studnię oglądać. Tam właśnie w tej studni były ciała pomordowanych przez miejscową dywersję AK. Tej samej nocy miejscowa dywersja pod terrorem wzięli studniarza Stefana Butkowskiego z Sędziszowa, który do dzisiejszego dnia mieszka w Sędziszowie, i na powrozie wpuścili go do tej studni, by wyciągał te trupy. W tej studni było 17 czy 18 zgniłych i na wpół gnijących ciał ludzkich. Między innymi był tam też trup mojego ojca[10]

– mówi świadek w śledztwie w latach pięćdziesiątych.

Dlaczego ten opis tak mną wstrząsnął? Bo studnia to nie jest na wsi taka zwykła rzecz. Ona jest potrzebna, aby powstało siedlisko i w tym sensie jest ona warunkiem życia. Świat staje na głowie, kiedy studnia staje się grobem.

Trauma polska – tak, ale może być przynajmniej jeszcze jeden powód radykalizacji języka polityki. Mówiłaś kiedyś o demokratycznym rozproszeniu, demokratycznych wolnościach, które można indywidualnie przeżywać, indywidualnie i zbiorowo.

Demokratyzacja ma nie tylko dobre strony. Nie wiadomo, dlaczego miałoby to być słowo wyłącznie pozytywne. Nie działa ona w sferze intelektualnej, gdzie, jak mówiła Jeanne Hersch, obowiązuje ścisła hierarchia[11]. Na przykład sprawa teorii spiskowych i ich popularności – każdy może umieścić w internecie dowolną interpretację katastrofy smoleńskiej i jak widać, ta demokratyzacja sięga na tyle daleko, że powstaje komisja specjalna, która popiera nie tylko koncepcje naukowe, ale każdą koncepcję, która odpowiada władzy.

Był zamach w Smoleńsku

czytaj także

Czy demokracja koroduje naukowość? Czy zastępuje fakty opiniami?

Arendt miała taką koncepcję, pisała o tym w Prawdzie i polityce w 1967 roku. Od tamtej pory zapaść poznawcza się znacznie pogłębiła, bo zmienił się model kultury, to zaś przekłada się na finansowanie nauki. Dzisiaj poza prywatnymi uniwersytetami, które też mają swoje problemy, właściwie nikt nie jest zainteresowany finansowaniem niezależnej wiedzy dobrej jakości. Niektórzy nawet powątpiewają, czy taka wiedza w ogóle istnieje. My wiemy, że można to stopniować, bo łatwo wskazać wiedzę całkowicie zależną. Całkowicie niezależnej pewnie nie ma, ale różnica pomiędzy tą bardziej i mniej zależną jest zasadnicza.

Wskażesz w takim razie tę całkowicie zależną?

To na przykład wiedza produkowana przez IPN czy inne placówki ideologiczne, takie jak Muzeum Sprawiedliwych w Markowej. Jak w obrębie IPN-u może powstać praca, która będzie kwestionować IPN-owski punkt widzenia? Jak może w Muzeum Żydów Polskich powstać krytyczna wystawa pokazująca, że wcale nie życia jest to muzeum, skoro stoi ono na grobie?

Leociak: Gruz z papier-mâché [rozmowa]

czytaj także

Leociak: Gruz z papier-mâché [rozmowa]

pytają Waślicka i Żmijewski

Z katastrofy smoleńskiej wyłonił się nowy świat, nowa rzeczywistość. Bardzo wiele rzeczy widzialnych i odczuwalnych na co dzień się zmieniło. Na przykład język, jakim się opisuje teraźniejszość, historię, Europę, imigrantów. Jakim się mówi o państwie, w którym żyjemy. Jakim się mówi o społeczeństwie – nie ma już obywateli, jest naród. Czym jest to, co się po tej katastrofie smoleńskiej wyłoniło, co to takiego jest? Jak to można opisać? Kategorią anomii? Że pojawia się nowy świat, ale my jeszcze nie wiemy, jak w nim działać, nie ma jeszcze współrzędnych, koordynatów, dopiero się rysuje przed nami. Jesteśmy w takim momencie przejścia…

Przytoczę wiele mówiące cytaty. Na przykład Duda w Otwocku w sierpniu 2016 mówi coś takiego: „Są tacy w Rzeczpospolitej dzisiaj, którzy mają naprawdę do stracenia, jeżeli okaże się, że Polska staje się równa dla wszystkich obywateli, będą się bronili wszelkimi siłami i wszelkimi sposobami, będą zwodzili i rozsiewali strach, będą starali się siać propagandę, niepokój. Czas najwyższy, abyśmy powiedzieli, że tu w Polsce mamy prawo sami decydować, co jest dla dobre, a co jest dla nas złe. Kto jest dla nas gościem, a kto wrogiem”. Kaczyński: „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata. Niszczyliście go, zamordowaliście go! Jesteście kanaliami!”. I Szydło: „Jeżeli w interesie Niemiec będzie osłabienie Polski, to PO zrobi wszystko, czego od niej zażądają. Zlikwiduje nie tylko pięćset plus, lecz i inne programy prospołeczne. Znowu rozłoży budżet”. Po każdej takiej wypowiedzi pojawia się szereg publicystycznych reakcji, publicystycznych, dziennikarskich, które jakby chcą zagłaskać to, co jest mówione. Robi to nie tylko prawicowa prasa, która to jakoś usprawiedliwia, ale również opozycja. Jest w tym coś panicznego. Spróbujmy tę bestię jakoś obłaskawić, zracjonalizować.

Reakcja paniczna to jest dobre określenie. Ludzie się boją, stąd pęd do okadzania takich wypowiedzi, obudowywania ich glosami w rodzaju „polityk X lub Y nie jest antysemitą”. Tak jakby antysemityzm był cechą charakteru, esencją, a nie pewnym typem praktyk społecznych.

Albo weźmy reakcję redaktora „Gazety Wyborczej” na mój tekst Rzeźnik na horyzoncie[12] , w którym zastanawiałam się, które praktyki PiS-u można zestawiać z praktykami faszyzmu. Redaktor pominął moje argumenty. Dla niego ważne było tylko to, że faszyzm to brzydkie słowo, więc używać go nie można[13]. Przypomina to trochę reakcję Jacka Żakowskiego na Sąsiadów Jana Grossa. Napisał, że Gross posługuje się „językiem wojny etnicznej, językiem ludobójstwa”[14] . Za tym wszystkim kryje się bezradność i strach oczywiście.

W ogóle obserwujemy istny wysyp apeli, w których jedni drugich wzywają do opamiętania, nie mówiąc, co dokładnie należy zrobić, tylko raczej, czego robić nie wypada. Czemu to służy? Uprawomocnieniu własnej dystynkcji, pozycji nosiciela zasad, który leje oliwę na fale. To, czy ma coś do powiedzenia, schodzi na drugi plan.

A teraz dochodzi do tego jeszcze penalizacja pewnych określeń.

Jadwiga Staniszkis powiedziała niedawno, że dla PiS-u wspólnotą jest zawsze naród, a nie społeczeństwo, i że budowanie wspólnoty Jarosław Kaczyński pojmuje nie w kategoriach tożsamości, tylko statusu. „Nie znoszę statusowych ględzeń, które wymagają zniekształcania historii” – mówiła, dodając, że miała to na co dzień w swojej endeckiej rodzinie. – „Stąd to podkreślanie «naszego miejsca w świecie» albo tego, że Polska może pozwolić sobie na mówienie «nie» Europie”[15]. To trafny opis dzisiejszej sytuacji. Polityka tożsamości zmieniła się w politykę uznania. Ale to uznanie nie może być bezwarunkowe i nie może oznaczać historii selektywnej.

Niestety, żądanie bezwarunkowego uznania trafia w Polsce na żyzny grunt. Po latach narodowej propagandy wciąż dajemy się nabrać na szantaż „rozbijania wspólnoty” albo postulat „prania brudów we własnym domu”. Wielu pozwala się otumanić, nie zastanawiając, dlaczego demokratyczny dialog miałby być rozbijaniem, a troska o europejskie wartości – kalaniem własnego gniazda. Te pisowskie argumenty, podobnie jak islamofobia, o której pisze Monika Bobako[14], to typowe „technologie władzy”. Broni się tu wspólnoty wykluczającej, wspólnoty warczącej i głównie o narzucenie tej wizji wspólnoty PiS-owi chodzi. Ale pamiętajmy: gdy źródło siły politycznej staje się także jedynym źródłem prawdy, powstaje dyktatura[17]. PiS coraz bardziej ją przypomina, rządząc przy pomocy aleturgii, objawiania prawdy[18].

Bobako: Muzułmański antysemityzm? Istnieje, lecz służy też oczyszczaniu się Europejczyków z winy

Co można na to poradzić?

Trzeba bronić społeczeństwa przed narodem. Skądinąd uważam, że jak na lata zaniedbań, całkiem dobrze nam to ostatnio idzie. Ludzie się naprawdę ruszyli, minął marazm czasów późnej Platformy.

Po latach narodowej propagandy wciąż dajemy się nabrać na szantaż „rozbijania wspólnoty” albo postulat „prania brudów we własnym domu”.

Niestety w Polsce nie tylko sztuka dyskusji, ale w ogóle posiadania opinii ma dość wątłe korzenie. Mało tu było protestantyzmu. W krajach Europy Zachodniej, gdzie był on silniejszy, prawo do krytyki znaczyło, że wolno ci było nie tylko przeczytać święty tekst i zgłosić jego interpretację, ale nawet, jeśli uznasz za stosowne, założyć własną sektę, by ją rozpowszechniać. Tymczasem Polską wciąż rządzi strach przed herezją. To by naruszało nasze kolejne wyobrażenie o tym, jaką jesteśmy wspólnotą. Być może waleczną, ale już odwaga cywilna nie jest mocną stroną Polaków.

W takim razie jacy jesteśmy? Co wynika z twoich badań?

Przede wszystkim jesteśmy ludźmi, którym się udało przeżyć. I to jest najważniejsze. Jakim kosztem – tego nie chcemy ujawnić.

Chodzi o to, że przeżyliśmy czyimś kosztem? Zabraliśmy komuś chleb, kilo cukru, schronienie…

Może tak być. Ale nie mówimy też, ile nas samych to kosztowało. I w jakich okolicznościach Konrad Wallenrod z kieleckiej MO został lojalnym obywatelem Polski Ludowej.

Jaka jest prawda o tych, którzy przeżyli? Pozyskanie kilograma cukru przecież czasem równało się jedno życie – Żyda się złapało w lesie, odprowadziło na gestapo i dostało w nagrodę ten cukier czy mąkę.

…a potem zajęło się jego dom. No i jest problem, bo człowiek siedzi w tym miejscu i pilnuje tego, co zabrał. Na pewno ma momenty, kiedy żałuje, ale musi zatrzeć ślady tego, co się stało, dorobić genealogię do tego grzechu, który trzeba przedstawić jako błogosławioną winę. Tak rodzi się antysemityzm, bo wbrew pozorom nie jest on wcale reaktywny, tylko projekcyjny. Często powstaje jako uzasadnienie rzeczy, które się zrobiło.

Forecki: Nasze mienie „pożydowskie”

czytaj także

Rozumiem, że to dotyczy nie tylko tych, co zabrali dom, ale też tych, którzy później go odziedziczyli i mieszkali w nim przez pokolenia.

Jeśli ktoś coś odziedziczył, to jest podwójnie obciążony. Wie, że coś jest „nie halo”, ale nie ma pojęcia, o co właściwie chodzi. Takie dziedziczenie nieswojej winy psychoanalitycy z kręgu Nicolasa Abrahama i Marii Torok nazywają „kryptą”[19]. Bo problem jest zapieczętowany milczeniem poprzedniego pokolenia.

Czy Kościół mógłby tu pomóc?

Pewnie, ale jakoś się nie pali. Poza suspendowanym księdzem Wojciechem Lemańskim nie słyszałam o specjalnie żywiołowej działalności w tym zakresie. A tego nie załatwią sami historycy. Zresztą musi być jakiś podział pracy w tej dziedzinie – nauczyciele, księża, psychoterapeuci…

W Rwandzie na przykład powoływano różne przejściowe sądy, które miały zajmować się tą sprawiedliwością tranzytywną – żeby sąsiad z sąsiadem mogli ponownie żyć obok siebie. U nas było niby prościej, ponieważ nie było już tych sąsiadów. Oni zginęli, wyjechali lub udawali, że ich nie ma. I przez wiele dekad wydawało się, że na tym się skończy. Ale teraz mści się na nas to dawne ułatwienie, bo pojawili się „nowi Żydzi”. I od razu w dwóch postaciach – jedna to uchodźcy, którzy zajmują pozycję i dziedziczą wszystkie atrybuty europejskiego archetypu Żyda jako Innego. A druga – to jesteśmy my sami, ludzie inaczej myślący niż partia u władzy. Jeśli grupa jest tak jednolita jak polskie społeczeństwo po wojnie, wyłania obcego z własnego wnętrza. Więc właśnie wyłoniła i mamy taką sytuację – jest wróg na zewnątrz i wróg wewnątrz.

Bilewicz: Podkarpacka Rwanda

czytaj także

Czy to jest już atmosfera pogromowa? Wobec tych dwóch grup.

Jest.

Mówiłaś w którejś z rozmów o fascynacji wrogiem, nazistami, że wielu chce być jak oni. A myślisz, że Rosjan to też dotyczy, że chcemy być jak Rosjanie? Bardziej bezwzględni, zaborczy, dyktujący prawa, okupujący, skuteczni w egzekwowaniu tej swojej okupacji?

Najbardziej imponuje nam chyba ich skuteczność, sprawność w polityce, nie status – jak w wypadku Niemców.

Jest taki wiersz Miłosza – Flet szczurołapa. A w nim niesamowita perspektywa Polski jako prowincji nienazwanego imperium. Wiersz jest chyba z roku 2003, i to jest zdanie prorocze. A jeszcze bardziej – figura szczurołapa, który prowadzi korowód. Proroctwo kończy się jednak w miarę pogodnie – minie jedno, dwa pokolenia i ludzie znowu się zbuntują.

Nie brzmi to zbyt optymistycznie.

Dlaczego? Przeczytam wam:

Nagle ukazał się nieduży kraj, zamieszkany
przez małych ludzi, w sam raz na prowincję
zdalnie kierowaną przez imperium.
Może więc nie mylił się Jan Jakub Rousseau,
kiedy doradzał, zanim oswobodzi się
niewolników, najpierw ich wykształcić i oświecić?
Żeby nie zmienili się w stado pyszczków
węszących za żerem, do których zbliża się
szczurołap ze swoim fletem i prowadzi
ich w jaką zechce stronę.
Flet szczurołapa wygrywa piękne melodie,
głównie z repertuaru „Naszej małej stabilizacji”.
Obiecują one globalne kino i błogie wieczory
z puszką piwa przed telewizyjnym ekranem.
Minie jedno, może dwa pokolenia, i młodzi
odkryją nieznane ich ojcom uczucie wstydu.
Wtedy dla swego buntu będą szukać wzorów
w dawno zapomnianej antyimperialnej rebelii.

„Boli mnie fakt, że zostałem zmuszony do wyjazdu”

Przypisy:

[1] Joanna Tokarska-Bakir, Polin: Ultimate Lost Object, „Studia Litteraria et Historica”, nr 5/2016: Muzealizacja historii.
[2] Gunnar Myrdal, The American Dilemma, vol. 1: The Negro Problem and Modern Democracy, Wiley & Sons, New York 2007 [1944].
[3] Hanna Krall, Wyjątkowo długa linia, wydawnictwo a5, Kraków 2004, s. 117.
[4] Enzo Traverso, Historia jako pole bitwy: interpretacja przemocy XX wieku, przeł. Florian Światosław Nowicki, Książka i Prasa, Warszawa 2014, s. 308–317.
[5] Joanna Tokarska-Bakir, Sumienie miasteczka K. Jak mordowano Żydów po wojnie, „Gazeta Wyborcza”, Magazyn Świąteczny, 5 maja 2017.
[6] Enzo Traverso, dz. cyt., s. 144.
[7] Paweł Śpiewak i Andrzej Celiński w „Faktach po faktach” TVN24, 6 stycznia 2018.
[8] Sławomir Mrożek, Tryptyk, [w:] tegoż, Małe listy, Noir Sur Blanc, Warszawa 2000, s. 229.
[9] Paweł Machcewicz, „Złote żniwa”, historia zaangażowana, „Gazeta Wyborcza”, 12–13 lutego 2011.
[10] Zeznanie pisemne Zygmunta Barczyńskiego, 20 września 1949, akta śledztwa w sprawie o przynależność do nielegalnej organizacji AK działającej na terenie pow. jędrzejowskiego, udział w zabójstwie ludności cywilnej prowadzonej przeciwko: Feliks Świerczyński, imię ojca: Feliks, ur. 11-12-1902 r. i innym, AIPN Ki_0_13_1138_t3, k. 33.
[11] Czesław Miłosz, Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch, [w:] tegoż, To, Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”, Kraków 2000, s. 59.
[12] Rzeźnik na horyzoncie, z Joanną Tokarską-Bakir rozmawia Dorota Wodecka, „Gazeta Wyborcza”, 16 kwietnia 2016.
[13] Marek Beylin, PiS to nie faszyzm, „Gazeta Wyborcza”, 30 kwietnia 2016.
[14] „To język wojny etnicznej. Język ludobójstwa”, Jacek Żakowski, Każdy sąsiad ma imię, „Gazeta Świąteczna”, 18–19 listopada 2000.
[15] Dla Kaczyńskiego władza znaczy przydeptać, kopnąć, z Jadwigą Staniszkis rozmawia Adam Leszczyński, „Gazeta Wyborcza”, 19 listopada 2016.
[16] Monika Bobako, Islamofobia jako technologia władzy. Studium z antropologii politycznej, Universitas, Kraków 2017.
[17] Ian Buruma, Avishai Margalit, Okcydentalizm. Zachód w oczach wrogów, przeł. Adam Lipszyc, Universitas, Kraków 2005, s. 151.
[18] Michel Foucault, Rządzenie żywymi, przeł. Michał Herer, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2014.
[19] Nicolas Abraham, Maria Torok, The Shell and the Kernel, The University of Chicago Press, Chicago 1994.

*
Kp46-okladka-900Wywiad  pochodzi z Krytyki Politycznej #46: Ciemność, która świeci.

**
Prof. dr hab. Joanna Tokarska-Bakir – antropolożka kultury i eseistka. Pracuje w Instytucie Slawistyki PAN. Stypendystka Fundacji Humboldta, Mellona, Davis Center for Historical Studies na Uniwersytecie w Princeton oraz Marie Curie przy Institute for Advanced Studies, Princeton. Laureatka wielu nagród, w tym Nagrody im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej oraz Nagrody im. księdza Stanisława Musiała. Opublikowała między innymi Rzeczy mgliste (2004), Legendy o krwi. Antropologia przesądu (2008) i Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939–1946 (2012). Nakładem wydawnictwa Czarna Owca ukazała się właśnie jej dwutomowa publikacja Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.