Miasto

Słoik kontra chłopiec z elity

maszap_jaki_trzaskowski

Liberalna inteligencja warszawska żyje w strachu, że „słoik z Opola” zostanie prezydentem Warszawy. Równocześnie też robi wszystko, żeby wygrał – bo inteligent z dobrej rodziny rzadko pamięta, że Warszawa to nie tylko Konstancin, Mokotów i Żoliborz.

Patryk Jaki nie jest moim kandydatem na prezydenta Warszawy. Ma jednak dla mnie wielką zaletę: sprawia, że liberalnym publicystom puszczają nerwy, w dodatku już na samym początku kampanii.

Zawsze miło jest usłyszeć, kiedy zazwyczaj kulturalne osoby nagle zaczynają mówić brzydko. Jaki ma więc „jakobiński sznyt” – pisze Dominika Wielowieyska i w jej ustach nie jest to komplement. To „butny kacyk” – wali na odlew Marek Beylin. „Z komisji weryfikacyjnej uczynił populistyczny bat na konkurenta (…) ma populizm opanowany do perfekcji” – dodaje Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Kolenda-Zaleska zauważa jednak przy okazji, że Jaki może wygrać, chociaż nie odwołuje się do inteligenckiego wyborcy – bo wie, że i tak go nie pozyska. Za to rozdaje kiełbaski, fotografuje się w szaliku Legii i codziennie robi coś, o czym mówią media, w tym również te, które Jakiego nie znoszą. Zrobił nawet konferencję prasową o 7 rano w Wielką Majówkę, pokazując, że jest pracowity, ambitny i wcześnie wstaje. Podczas konferencji pokazywał palcem znaki wyznaczające miejsca parkingowe zarezerwowane dla Platformy Obywatelskiej (mniejsza o to, że tymczasowo) i grzmiał o „upartyjnieniu miasta”.

Co w tym momencie robił faworyt wyścigu, Rafał Trzaskowski? Nie wiadomo. Może spał. Może witał poranek w pozycji utthita trikonasana, zbliżając się do stanu głębokiego relaksu. Może przygotowywał na śniadanie jajka zapiekane z jarmużem i prosciutto. Może już wstał, zjadł i pisał kolejny post na Facebooku podobny do tego z 3 listopada 2017 roku, w którym proponował „pisowskim hejterom”, że sam się zlustruje.

Ułatwijmy wszystkim PiSowskim hajterom pracę. Zlustruje się dla Was sam. Polityczne winy znacie. Czas na prywatne….

Opublikowany przez Rafał Trzaskowski 3 listopada 2017

Przypominał w nim pradziadów biorących udział w wojnach napoleońskich i powstaniu listopadowym, rodzinę – ojca muzyka, brata mamy – powstańca warszawskiego, brata – dyrektora Piwnicy pod Baranami. O sobie mówił tyle: „Urodziłem się na Powiślu (w szpitalu na Solcu), całe życie mieszkałem na Nowym Mieście – na ulicy Freta – czas dzieliłem między książki i podwórko, które nie zawsze dzieliło moją bibliofilską pasję (…) Na moje wykłady (w Collegium Civitas, UW, UJ) przychodzą cudzoziemcy”.

Jest to bardzo ładna historia życia przedstawiciela polskiej elity, z rodziny należącej do elity od pokoleń, mieszkającego w elitarnym miejscu i prowadzącego elitarne życie.

Rzecz w tym – co wie Patryk Jaki, a jego kontrkandydat niekoniecznie – że elitarnym życiorysem nie wygrywa się w demokracji wyborów.

Sierakowski: Nie Trzaskowski, to Jaki?

Przekonał się już o tym parę lat temu Bronisław Komorowski, również polityk z pięknym życiorysem i tradycją rodzinną, w dodatku z niewątpliwymi zasługami dla Rzeczypospolitej z czasów opozycji demokratycznej. Przegrał z człowiekiem znikąd, Dudą bez właściwości, obłym i plastikowym, ale ambitnym, niesłychanie pracowitym i pozbawionym skrupułów, co pozwalało mu obiecywać wszystko wszystkim.

Rzecz w tym – co wie Patryk Jaki, a jego kontrkandydat niekoniecznie – że elitarnym życiorysem nie wygrywa się w demokracji wyborów.

Kolenda-Zaleska zauważa podobieństwa kampanii Trzaskowskiego do przegranej sromotnie walki Komorowskiego: start z pozycji niekwestionowanego lidera, brak pomysłu na kampanię, ogólną niemrawość. Kandydat „ożywia się najbardziej pytany o sprawy europejskie”.

Kampania zaczęła się od spięcia: Trzaskowski wytknął Jakiemu, ze jest „słoikiem” – przybyszem z prowincji (podczas gdy on, wiadomo, z dziada pradziada, z rodziny powstańców itd.; nawet nie trzeba było tego pisać wprost, żeby wszyscy pojęli). Kolenda-Zaleska pisze tu o „poczuciu wyższości” kandydata PO, które niechybnie zraża wyborców.

Dodałbym do tego jeszcze coś więcej. Anglosasi mają wyrażenie „feeling of entitlement”. Słowo „entitlement” nie ma idealnego polskiego przekładu – tłumaczy się je jako „upoważnienie” albo „uprawnienie”. W istocie chodzi o postawę zdradzającą przekonanie, że coś się człowiekowi należy – z racji statusu, historii rodzinnej, majątku, zasług, przynależności do elity. PiS, oczywiście, też coś takiego ma – wszyscy pamiętają wystąpienie premier Szydło mówiącej o premiach, które „należą się”. Inteligentny polityk wie jednak, że nie wypada takich uczuć pokazywać, bo może to drogo kosztować. Wyborcy nie znoszą tych, którzy myślą, że „im się należy”.

Trzaskowski to kandydat nie na te czasy

W tym miejscu dochodzimy do kwestii subtelnej i zasadniczej: uprawnień, które przypisuje sobie inteligencja polska – elita, z której Trzaskowski się wywodzi – i społecznych dystansów, które dzielą ją od ludu.

W skrócie: inteligent myśli, że poświęca się za lud, że mu przewodzi, że jest predystynowany do tego, żeby rządzić. Lud ma to serdecznie w nosie. Inteligent kojarzy mu się z aroganckim lekarzem, nieczułym sędzią czy obojętnym i odległym politykiem. Kiedy może głosować, głosuje na partie, które nie rażą go swoją elitarnością i przekonaniem, że władza im się po prostu należy, bo są najlepsi.

Inteligent myśli, że poświęca się za lud, że mu przewodzi, że jest predystynowany do tego, żeby rządzić. Lud ma to serdecznie w nosie.

Przerabialiśmy już tę sytuację parokrotnie. Jej międzywojenną odsłonę opisała historyczka prof. Daria Nałęcz w wydanej w 1995 roku książeczce Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości. Nałęcz przeprowadziła w niej kulturalną, ale bardzo brutalną wiwisekcję postaw liberalnej inteligencji, która po odzyskaniu niepodległości liczyła, że lud obdarzy ją wdzięcznością i władzą. Tymczasem partie inteligenckie przepadały z kretesem, lud masowo głosował na endeków i w lęku przed prawicą liberalni inteligenci poparli z entuzjazmem zamach stanu Piłsudskiego w 1926 roku. Ci zagorzali demokraci woleli dyktaturę sanacji od demokracji, w której wygrywała prawica. Pisali, że demokracja jest najlepsza, ale naród – na razie – „nie dojrzał”.

Kolejną odsłoną tego inteligenckiego złudzenia są losy Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Doskonale pamiętam wstrząs, który u warszawskiego inteligenta wywołała przegrana Tadeusza Mazowieckiego nawet nie z Wałęsą, ale ze Stanem Tymińskim w wyborach prezydenckich 1990 roku. To była niezrozumiała katastrofa: wielki Polak (w istocie, to akurat piszę bez ironii) przegrał w demokratycznych wyborach z obciachowym wariatem z czarną teczką. Kolejne przegrane Unii Demokratycznej i jej dalszych mutacji tylko potwierdzały tezę, że naród mamy ciemny, głupi i niewdzięczny, niedoceniający zasług oraz walorów swoich elit. Ta partia mogła przegrywać w nieskończoność, ale nigdy nie straciła przekonania, że jest najlepsza i że na zwycięstwo zasługuje, nawet wówczas, kiedy było to już bardzo groteskowe. Późniejszy sukces PiS polegał w dużym stopniu na wygrywaniu ludowych resentymentów wobec inteligenckich elit.

Przestańcie powtarzać, że miasto nie jest polityczne

Kandydaci ludowi są oczywiście dla inteligencji warszawskiej obciachowi i tandetni. No jasne: bo też cała klasa ludowa, jej moda, muzyka, obyczaje i nawyki są dla nich obciachowe i tandetne. Ostatni raz zacytuję Kolendę-Zaleską o Jakim: „Nie ma granicy obciachu, której by nie przekroczył – smażenie kiełbasek w kucharskich kapeluszu wyglądało dość groteskowo, ale Jaki się nie przejmuje”. Oczywiście: nie tylko się nie przejmuje, ale wie, że Trzaskowski nigdy by takiego kapelusza nie założył, a wyborca z biedniejszej i gorszej Warszawy to kupi.

Dla wyborcy z elity cały Jaki jest obciachowy, także wówczas, kiedy mówi, że miasto będzie inwestować w parkingi, które przydadzą się ludziom dojeżdżającym z zewnętrznych, biedniejszych dzielnic do centrum – podczas gdy elita uważa, że trzeba rozbudowywać ścieżki rowerowe, bo samochody są niezdrowe i śmierdzą. Są niezdrowe i śmierdzą, ale nie o to tutaj chodzi: wyborów nie wygrywają ci, którzy mają rację.

Czeka nas więc bardzo interesujący pojedynek. To może być najbardziej klasowa kampania wyborcza od lat. Jak tak dalej pójdzie, to warszawskiego inteligenta może czekać kolejny wstrząs, którego biedactwo znów nie zrozumie.

Jaki poseł, taki układ

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.