Felieton

500+ klasizm, rasizm i neoliberalizm

Rządy PiS-u to dla liberałów zamach stanu niższej kasty społeczeństwa. Polskich chłopów – ludzi prymitywnych i groźnych.

Dyskusji o programie 500+ towarzyszy erupcja niechęci wobec „prostego ludu”, osób gorzej sytuowanych materialnie i wykluczonych społecznie. Bieda w Polsce ma prawie zawsze twarz wziętą z filmu dokumentalnego Arizona. Przez ostatnie tygodnie mogliśmy zapoznać się z całą gamą fantazji i fobii naszych elit, które próbują wyobrazić sobie, jak wygląda społeczeństwo.

Nie chce się wdawać w długą dyskusję na temat tego, na ile program 500+ jest sensowny. Z jednej strony cieszy mnie, że ktoś wreszcie zajął się polityką prorodziną. Z drugiej strony, państwo na tyle niezamożne jak Polska, powinno starannie wydawać każdą złotówkę. W Polsce dzieci nie rodzą się w dużej mierze dlatego, że potencjalni rodzice boją się o swoją przyszłość. Wynika to z braku stabilności na rynku pracy i braku dostępnych mieszkań.

Kobiety nie decydują się na dzieci nie dlatego, że brakuje im 500 złotych, tylko dlatego, że nie ma infrastruktury opiekuńczej i mechanizmów wyrównywania szans na rynku pracy.

Decyzja o posiadaniu dziecka oznacza często trwałe pogorszenie sytuacji zawodowej. I to na koniec sama kobieta płaci najwięcej za decyzję o urodzeniu dziecka. Gigantyczne środki, które pójdą na program, mogłyby być zainwestowane w poprawę jakości usług publicznych. Za dwadzieścia miliardów złotych można wybudować kilkaset tysięcy mieszkań komunalnych, zapewnić bezpłatne żłobki i przedszkola dla wszystkich dzieci. Trudno nie dostrzec krótkowzroczności i wad programu 500+. Zamiast wzmacniać zaufanie i zainwestować te środki w budowę państwa opiekuńczego, umacniamy indywidualny model radzenia sobie z rzeczywistością, który będzie miał tylko bardzo ograniczony wpływ na wzrost liczby urodzeń. Niestety dyskusja wokół sztandarowego programu rządu Beaty Szydło skupia się na zupełnie innych kwestiach. Większość uwagi komentatorów poświęca się temu, że środki przekazane w gotówce osobom biednym będą w różny sposób zmarnotrawione.

Pierwszy argument pochodzi z obszaru eugeniki społecznej: pieniądze skłonią osoby społecznie „nieprzystosowane” do posiadania dzieci. Z punktu widzenia całego społeczeństwa to złe rozwiązanie.

Drugi argument jest natury gospodarczej. Kobiety będą rodzić dzieci i rezygnować z pracy. Przez to, że są biedne, 500 złotych sprawi, że nie będzie się im chciało szukać zatrudnienia. W ten sposób stworzymy „matki inkubatory”, które całą swoją aktywność życiową oprą na rodzeniu i wychowywaniu dzieci.

Powtarza się refren, który brzmi mniej więcej następująco: „pieniądze trafią do patologii mieszkającej na wsiach. Jest ona patologią na swoje własne życzenie. Nie radzi sobie, jest „roszczeniowa”, „niezaradna”, leniwa i pije. Nie chcemy, by pijacy rodzili dzieci, bo te dzieci też wyrosną na pijaków i patologia będzie się mnożyć i sprowadzi ruinę na Polskę. A w ogóle to kto im dał prawo do głosowania?

Przecierałem oczy ze zdumienia czytając wywiad Cezarego Michalskiego z profesor Magdaleną Środą , który ukazał się kilka dni temu na łamach Krytyki Politycznej. Profesor Środa postanowiła nas uraczyć kilkoma przemyśleniami o świecie, wynikającymi z jej własnych obserwacji. W okolicach, gdzie mieszka pani profesor „jest alkoholizm, ale nie ma biedy”. Beneficjenci programu 500+ będą więc przepijali otrzymane na dzieci pieniądze, których nie potrzebują. Środa pochyla się nad losem tych rodzin i współczuje im, że staną się również obiektem zawiści, która jest „naszą narodową cechą”. Wybuch zazdrości przyniesie korzyść i zwycięstwo PiS-owi, bo to partia resentymentu. Środa kontynuuje swój niedorzeczny wywód z pełną powagą. 500 złotych sprawi, że ludzie będą rodzić kolejne dzieci dla pieniędzy. Niekontrolowany wzrost naturalny może być źródłem problemów: „państwo tego nie wytrzyma”. W dodatku dzieci będą rodzić się w rodzinach, gdzie dzieci nie mają łóżek tylko śpią w szufladach, „ale gdy dostaną pomoc, nie kupują łóżek tylko piją. PiS-owi z jakiś powodów zależy na takich rodzinach i takich dzieciach.”

Te dzieci. Takie dzieci. Takich dzieciach. Środa nie skrywa swojej pogardy wobec osób, które miały nieszczęście urodzić się w dysfunkcyjnych rodzinach. Prowadzący wywiad nie reaguje w żaden sposób. Profesor Magdalena Środa mówi, jak jest. Potomstwo rodzące się w rodzinach osób wykluczonych musi sobie radzić ze swoim losem. Trudno. Było się urodzić w lepszej rodzinie.

Słowa Środy powtórzył niemal kropka w kropkę Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan w programie EKG. Znany neoliberał prawił: „To teraz powiem coś, co może bulwersować i będzie niepopularne, ale pora powiedzieć to prosto w oczy. Czy chodzi nam o to, żeby dzieci rodziły się w rodzinach o silnym etosie pracy, które mogą zapewnić im dobre wychowanie, czy chodzi nam, żeby dzieci rodziły się w ogóle?” Mordasewicz wskazuje, że państwu powinno zależeć tylko na tym, by dzieci rodziły w rodzinach klasy średniej, które są wstanie zapewnić im „dobre wychowanie”. Rodzenie dzieci „w ogóle” jest sprzeczne z interesem kraju. Jak wiadomo rodziny biedne nie posiadają etosu pracy, bo są biedne. Logiczne.

Mordasewicz podobnie jak Środa chce decydować o tym, kto dzieci mieć może, a kto nie. Przypomina to politykę socjalną Orbana na Węgrzech. Tam też transfery społeczne trafiają tylko do klasy średniej.

O tym, że biedni sami sobie są winni przekonana jest również Dominika Wielowieyska. W felietonie dla „Gazety Wyborczej” napisała, że program 500+ nie będzie rozwiązaniem niedożywienia dzieci, bo ten problem jest efektem niezaradności i niedbałości samych rodziców, a nie skutkiem biedy i braku pomocy ze strony państwa. Na dowód przytacza badanie przeprowadzone przez grupę pracowników Uniwersytetów Warszawskiego. Jak się okazuje, żeby dostać dożywienie trzeba o nie wystąpić i spełnić progi dochodowe. Wielowieyska wyciąga z tego wniosek, że „zagrożone niedożywieniem (nie głodem) są dzieci, których rodzice niedostatecznie o nie dbają. I jest bardzo prawdopodobne, że program 500+, który tylko w tym roku ma kosztować ponad 17 mld zł, tego nie zmieni. Bo skoro rodzice nie zatroszczyli się o swoje dzieci w sytuacji, gdy mogą dostać dofinansowanie w szkole, to pozostaje pytanie, czy te 500 zł wydadzą na dzieci, czy na inny cel.”

Wielowieyska nie zastanawia się, czy może istnieją jakieś powody, dla których kwestia niedożywienia dzieci jest nierozwiązana. Może progi dochodowe są ustawione zbyt wysoko? Może się wstydzili? Nie wiedzą o możliwości pomocy? Może ledwo czytają i piszą? A może siedzą na zmianie 12 godzin za 5 złotych netto i nie mają fizycznie kiedy złożyć tego podania? Może jeden posiłek to za mało?A może jeden posiłek dziennie od poniedziałku do piątku nie załatwi nigdy sprawy niedożywienia, bo w weekendy, święta, ferie i wakacje szkoły są zamknięte? To Wielowieyskiej już nie interesuje.

Obawia się, że również 500 złotych na dziecko doprowadzi do trwałego wykluczenia z rynku pracy wielu matek. Jeśli ktoś w zamian za 500 złotych na wychowanie dziecka woli zostać na zawsze w domu to oznaczałoby, że jest na prawdę bardzo źle. System, w którym za 500 złotych możesz chcieć iść na bezrobocie, jest całkowicie popsuty. Problemem są zbyt niskie płace, a nie wysokość transferów socjalnych, które do tej pory były jedne z najniższych w Europie. Tylko wyższe płace i miejsca pracy będą w stanie wyciągnąć osoby z szarej strefy i bezrobocia. Wydawałoby się, że po przegranej Bronisława „zmień pracę weź kredyt” Komorowskiego już powinno być to dla wszystkich jasne. Niestety nie jest. Nasze elity zachowują się ciągle, jakby był 2008 rok, nie było wielkiego krachu gospodarczego i a PO miało przed sobą świetlną przeszłość.

Polska dwóch narodów

Cała argumentacja przeciwników programu 500+ nie trzyma się zupełnie kupy. Na Twitterze Wielowieyska pisze już bez ogródek: „Dzieci niedożywione są tam, gdzie rodzice są niedbali albo niezaradni. I wtedy 500 złotych nie pomoże, bo wydadzą na coś innego”. Biedni są biedni, bo są głupi, roszczeniowi, niezaradni. Za 500 złotych zdaniem liberalnych elit Jarosław Kaczyński kupił „ciemny lud”. Populistyczna propozycja przyniosła mu głosy. Doprowadziło to do zmiany władzy. Jan Hartman bez ogródek pisze w „Polityce”, że Polska stała się ofiarą „rewolucji prostych ludzi”. Hartman zarzuca Kaczyńskiemu zdradę własnej kasty. Kaczyński, żeby zdobyć władzę porzucił inteligencję i zawiązał sojusz z gminem: „Wystarczyło 19 proc. dorosłych Polaków, na ogół prostych ludzi z małych miejscowości, nierozumiejących państwa i z dziada pradziada w chłopskim odruchu nienawidzących rządu, aby dyktatorska władza wpadła w ręce Kaczyńskiego.” Rządy PiS-u to de facto zamach stanu niższej kasty społeczeństwa. Polskich chłopów – ludzi prymitywnych i groźnych.

Ten język opisu rzeczywistości, który proponują nam nasze liberalne elity pasuje do opisu kraju głęboko podzielonego klasowo i etnicznie. To wręcz zderzenie dwóch narodów: postchłopskiego i postszlacheckiego. Klasy niższe to nie tylko klasy w rozumieniu ekonomicznym, ale również społecznym i kulturowym. Jasna jest też ich genealogia: pochodzą ze wsi. Ich niskie miejsce w hierarchii społecznej jest stałe i określone. Naród polityczny tworzy postszlachecka inteligencja. Można odczytać pogardę wyrażaną klasie niższej za dramatyczną próbę obrony własnej zagrożonej pozycji.

Wyrażanie poczucia wyższości jest w Polsce formą sprawowania władzy. Pogarda to waluta polskich elit, które na społeczeństwo patrzą z mniejszą lub większą odrazą.

Dyskusja o programie 500+ ujawnia ukryte mechanizmy kontroli i sposoby dyscyplinowania społeczeństwa przez warstwy wyższe. Jak bardzo głupia jest to strategia pokazały ostatnie wybory. Ujawnia też intelektualną pustkę wczorajszego mainstreamu a dzisiaj niepokornych komentatorów. Na tym paliwie daleko nie zajedziemy.

 

**Dziennik Opinii nr 50/2016 (1200)

Bio

Jan Śpiewak

| Miasto Jest Nasze
Aktywista miejski, działacz stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.