Świat

Wysyłacie na nas helikoptery, psy i żołnierzy. O co wam chodzi?

Fot. Olivier Sarrazin

Jamal pamięta śmigłowce i drony. Drony sterowane przez pilotów w bazach w USA zabijają w Afganistanie ludzi podejrzanych o działalność terrorystyczną. Tak zginął kolega Jamala.

Ujęcie pierwsze: Krótko ostrzyżony mężczyzna na tle węgierskiej flagi informuje, że za nielegalne przekroczenie granicy węgiersko-serbskiej grozi więzienie. Zbliżenie na kamery przemysłowe i nowe samochody typu SUV straży granicznej. W tle muzyka jak z thrillera. Mężczyzna przestrzega, że na imigrantów czekają żołnierze, policjanci i grupy paramilitarne. Cięcie. Kolejne ujęcie. Pogranicznik pędzi przez las na motocrossie, zaraz pojawią się: helikopter, radiowozy i konne patrole straży granicznej. Słychać słowa narratora: „Węgry to zły wybór, Asotthalom jeszcze gorszy”.

Tak wygląda spot zatytułowany Wiadomość dla nielegalnych imigrantów z Węgier. Umieścił go 16 września 2015 r. na swoim Facebooku oraz na Youtubie mężczyzna z pierwszej sceny, László Toroczka, burmistrz położonej na granicy węgiersko-serbskiej wsi Asotthalom. Ten sam, który wpadł na pomysł postawienia 175-kilometrowego płotu, żeby zatrzymać imigrantów idących szlakiem bałkańskim.

Po drugiej stronie wysokiego na cztery metry płotu, na ziemi niczyjej między granicą serbską a węgierską, znajduje się koczowisko. W czerwcu 2016 r., w swoim szczytowym momencie, dawało schronienie blisko tysiącowi imigrantów. Zbudowane jest z namiotów turystycznych, koców z logo UNHCR i kawałków brezentowych płacht podpartych sztachetami zniesionymi z pobliskich winnic.

Jamal siedzi z rodziną przy ognisku. W kociołku pomidory, cebula i zupka chińska od Czerwonego Krzyża. Lampą solarną doświetla wnętrze garnka i sprawdza, czy jedzenie się nie przypala. W Afganistanie był dziennikarzem telewizyjnym, później tłumaczem wojsk koalicji.

Kiedy słońce zachodzi, obozowisko zalewa ciemność, miejscami rozświetlana małymi ogniskami. W powietrze wzbijają się drony, patrolujące granicę w najbardziej newralgicznych punktach. Po chwili ich bzyczenie zagłusza huk nadlatującego śmigłowca. Jamal: – Lata nad granicą cztery razy dziennie: dwa razy o zmroku i dwa o zmierzchu, żeby dzięki noktowizorom zlokalizować imigrantów ukrywających się w krzakach.

Mężczyzna pamięta śmigłowce i drony jeszcze z Afganistanu. Drony sterowane przez amerykańskich pilotów, siedzących za monitorami w USA, zabijają w Afganistanie ludzi podejrzanych o działalność terrorystyczną. Tak zginął kolega Jamala. Nie było sądu, ani wyroku. Pocisk celnie trafił dzięki sygnałowi nadawanemu przez jego telefon.

Obóz w Horgoš, fot. Olivier Sarrazin / Hanslucas

Obóz koło wsi Horgoš jest jednym z trzech na północy Serbii. Siostrzane koczowisko jest 60 km dalej na zachód w Kelebji. Pomiędzy nimi, w Suboticy, znajduje się jeszcze trzeci obóz: w przeciwieństwie do dwóch poprzednich oficjalny – z dostępem do sanitariatów, prądu i Wi-Fi, zarządzany przez serbskie władze. Przez mieszkańców miasta nazywany klatką, ze względu na kształt i zagęszczenie. Na powierzchni dwóch 60-metrowych basenów, otoczonych płotem, stoi mały dom, kilka kontenerów i zielone namioty turystyczne. Według raportów Biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców we wszystkich trzech obozach w 2016 roku przeważają kobiety i dzieci.

Obóz w Suboticy, fot. Olivier Sarrazin / Hanslucas

Pushback

W Suboticy spotykam grupę młodych mężczyzn. Wśród nich jest Sayed. Ma 16 lat, podróżuje już piąty miesiąc. Według szacunków UNICEF-u jest jednym z co najmniej 12 tysięcy nieletnich samotnie zmierzających w zeszłym roku do Europy. Sayed pochodzi ze wschodniej prowincji Afganistanu. Do Subotnicy przeniósł się z obozu w Horgoš. Tam wytrzymał pięć dni. Brak prądu i dostępu do Internetu uniemożliwiał mu kontakt ze znajomymi i pozyskiwanie informacji o zmianach w prawie azylowym. Poza tym dobijała go nuda. Obóz w Suboticy jest daleki od ideału, ale przynajmniej można wyjść wieczorem na miasto. Zjeść coś poza zupką chińską i konserwą, pograć w bilard w pobliskim barze albo poflirtować z lokalnymi dziewczynami. Zrobić selfie w parku z fontanną albo na tle zabytków z epoki Art Nouveau i wrzucić na Facebooka.

Sayed ma na sobie kurtkę, spodenki i koszulkę, w kieszeni smartfon. Jego ubranie jest brudne od wielogodzinnego marszu wzdłuż granicy i ukrywania się w polach kukurydzy. Imigrantów w mieście można łatwo rozpoznać: większość nosi mały plecak i piankowe obuwie typu crocs rozdawane przez organizacje pozarządowe. Sayed właśnie tego ranka został cofnięty z Węgier razem z sześcioma innymi imigrantami. To już dziewiąty raz. Na ich twarzach maluje się zmęczenie, oczy mają zaczerwienione od gazu pieprzowego. Dwóch mężczyzn ma rany na głowie i placach. Pytam, czym sobie zasłużyli na taki łomot. – Zasady są proste: jeśli straż graniczna musi za tobą ganiać po lasach albo stawiasz się po zatrzymaniu, kopią, biją pięściami i pałują. Jeśli zatrzymasz się na żądanie, nie biją. Gazem wszyscy dostają równo – mówi Sayed.

Od 5 czerwca 2016 według znowelizowanego węgierskiego prawa imigracyjnego i wbrew Konwencji Genewskiej każda osoba przebywająca na Węgrzech nielegalnie w promieniu 8 km od granicy zostaje cofnięta do Serbii bez prawa do azylu. W ciągu pierwszych 10 dni od wprowadzenia nowego prawa węgierskie służby graniczne, wspierane pogranicznikami z Niemiec, Włoch czy Polski i technologicznie przez europejską Europejską Straż Graniczną i Przybrzeża, deportowały z Węgier do Serbii 664 osoby.

Metalowe pałki, psy i wybijanie zębów dzieciom

Kontrola granic to dochodowy biznes. Unia Europejska zaangażowała w niego największych producentów broni (Airbus, Thales, Leonardo-Finmeccanica) i nowych technologii (Saab, Siemens, Indra). Środki pochodzą z Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i z cięć w funduszach strukturalnych dla najuboższych regionów. Tylko Europejska Straż Graniczna i Przybrzeża z siedzibą w Warszawie, która powstała z przekształcenia Frontexu, dysponuje rocznym budżetem w wysokości 238 milionów euro i docelowo ma zatrudnić 1000 osób. Ale jej największą siłą jest możliwość korzystania z informacji gromadzonych przez wszystkie agencje unijne (m.in. Europol, Europejską Agencję Obrony, Europejską Agencję Kosmiczną). Poza tym może mobilizować pograniczników z krajów członkowskich i wysłać ich w miejsca, gdzie odnotowywano wzrost nielegalnych przekroczeń granicy.

uchodzcy-krytyka-baner

Kiedy chłopcy odpoczną, a rany przestaną krwawić, spróbują po raz dziesiąty. Do niebieskiego plecaka z logo UNHCR Sayed włoży dwa energetyki, wodę, krakersy, czekoladę oraz czyste ubrania: sportowe obuwie z białą podeszwą, czarne spodnie „rurki” i koszulę. – Wszystko europejskie, żeby się nie wyróżniać po przejściu przez granicę mówi. Jedzenia musi starczyć na kilka dni marszu i ukrywania się w lasach. Samo przejście przez płot nie gwarantuje sukcesu. Trzeba jeszcze przejść niezauważonym daleko w głąb terytorium węgierskiego, a najlepiej aż do Austrii. Podczas całej podróż przez Węgry imigrantom towarzyszy strach przed aresztowaniem i „pushbackiem”, czyli cofnięciem do kraju, z którego przebyli.

Mimo agresji ze strony pograniczników i fatalnych warunków w obozach, mało który z imigrantów zamierza wracać do domu. By zdobyć środki na podróż do Europy, ich rodziny sprzedały domy, ziemię, zbierały pieniądze po krewnych i sąsiadach, zwrot poręczając często własnym życiem. Imigranci prędzej umrą tutaj, u bram Unii, niż wrócą do kraju pochodzenia.

Siły koalicji

Sayed łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi. Kiedy zaczyna mówić, trudno go zatrzymać, jego twarz promienieje. – Mój ojciec był nauczycielem w szkole podstawowej – tłumaczy amerykańskim angielskim. – Nauka była dla niego wszystkim. Jako jeden z niewielu w wiosce skończył maturę. Zależało mu, bym uzyskał jak najlepsze wykształcenie. Był kimś.

Wielu Afgańczyków w prowincjach, gdzie stacjonowały wojska koalicji, uczyło się angielskiego z nadzieją, że w przyszłości znajdą prace jako tłumacze albo pracownicy obsług w bazach wojskowych.

Sayed: – Kiedy w 2013 r. amerykańskie wojska zaczęły się wycofywać z Afganistanu, Talibowie stopniowo przejmowali kontrolę i zabijali ludzi, którzy współpracowali z NATO. Negowali wszystko, co związane z kulturą Zachodu. Słali pisma do mojego domu zakazujące mi pobierania lekcji angielskiego. Pisali, że jest to niezgodne nauką Mahometa. Mojemu ojcu nie pozwalali uczyć. Nie bał się ich, namawiał mnie do ukończenia szkoły.

Mimo listów z pogróżkami Sayad wciąż chodził do szkoły. Pewnego dnia ojciec nie wrócił do domu. Rodzina dostała informację, że następny będzie Sayed. – Kilka dni później mama powiedziała, że powinienem uciekać z kraju – mówi.

Dwie drogi, wiele możliwości

Przez płot oddzielający Serbię od Węgier można przejść nielegalnie albo rejestrując się na granicy. Od kilku miesięcy węgierskie władze przez bramę w płocie wpuszczają każdego dnia kilka osób, które wcześniej wpisały swoje nazwisko na jedną z trzech list zatytułowanych: rodziny, małoletni i samotni mężczyźni. Ci ostatni mówią, że mają pecha. Większość miejsce jest zarezerwowanych dla rodzin i małoletnich.

Po przejściu przez bramę imigranci są przesłuchiwani, pogranicznicy robią im zdjęcia i pobierają odciski palców. Te dane i informacje z wywiadu są wysyłane do Eurodac i Schengen Information System – baz danych, do których dostęp ma Europejska Straż Graniczna i Przybrzeża, policjanci, funkcjonariusze straży granicznej i urzędnicy w całej Unii Europejskiej. Rodziny i małoletni jeszcze tego samego dnia są przewożeni do obozu otwartego na Węgrzech. Samotni mężczyźni są zatrzymywani w niebieskich kontenerach, ustawionych wzdłuż płotu. Jeśli nie ma zastrzeżeń do ich zeznań, po 29 dniach są kierowani do otwartych obozów. Jeśli zastrzeżenia się znajdą – są cofani do Serbii bez prawa do odwołania.

Kontenery dla zatrzymanych samotnych mężczyzn, fot. Olivier Sarrazin / Hanslucas

Na listach z przypisanymi do nazwisk numerami panuje zamieszanie. Jedne nazwiska znikają, pojawiają się nowe. Numery stają się przyczyną kłótni i przedmiotem handlu. Wyższą pozycję na liście można kupić za 500 euro. Nadzorowanie list i wpisywanie nowych nazwisk władze węgierskie zrzuciły na lidera, który jest demokratycznie wybierany spośród mieszkańców koczowiska. Od pograniczników dostaje on power bank – umożliwiający ładowanie telefonu. Jeśli współpracuje z władzami, może uniknąć 29-dniowego aresztu po stronie węgierskiej. – Niektórzy liderzy szybko tracą zaufanie społeczności, ale odwołać ich nie sposób – mówi Jamal. – Przesuwają swoje nazwiska w górę i sprzedają miejsca na liście. Władze węgierskie nie dbają o to. Dla nich najważniejsze jest, aby codziennie przez granicę przeszło trzydzieści osób. Dlatego, choć mógłby z rodziną zostać przyjęty w jednym z obozów w centralnej części Serbii, woli koczować tu i doglądać listy.

Lista jest ostatnią deską ratunku. Nikt nie chce bezczynnie czekać na swoją kolejkę przez wiele miesięcy, jedząc codziennie to samo, śpiąc w namiocie bez dostępu do sanitariatów. Imigranci rejestrują się, ale równocześnie próbują przejść granicę nielegalnie – płacąc przemytnikom lub na własną rękę. Jeżdżą wzdłuż granicy, próbują szczęścia. Przez telefony konsultują z znajomymi swoje strategie.

Sayed nie zarejestrował się na żadnej z list. Kiedy przyjechał do Serbii, nie było wiadomo kogo, dlaczego i na jak długo aresztują. Czy rejestracja na granicy jest równoznaczna ze złożeniem wniosku o azyl i pozostaniem na Węgrzech? Jeszcze nie wie, do którego kraju UE zmierza, ale na pewno nie chce zostać tu.

Złe spojrzenia

Mieszkańcy koczowiska w Horgoš w ciągu dnia szukają schronienia od sierpniowego słońca we wsi. Siedzą na wypielęgnowanych trawnikach albo pod pocztą, gdzie korzystają z darmowego Internetu. Przeglądają wieści z kraju i zagranicy, śledzą zmiany w prawach migracyjnych poszczególnych krajów i od nich uzależniają ostateczny swój cel podróży. W okolicznych sklepach za euro mogą naładować telefon.

Siadam koło Ahmeda i jego kolegów, pijemy whisky z napojem energetycznym. Mężczyzna pokazuje mi wideo z kolejnego w tym tygodniu zamachu samobójczego w Kabulu. Widzę porozrzucane ciała z powykręcanymi kończynami. Odwracam głowę. – Teraz widzisz, dlaczego uciekamy? – pyta z lekką pretensją w głosie. – Jak jeden Amerykanin zginie w Syrii, to cały świat o tym mówi, ale jak Afgańczycy giną, to w mediach cisza.

Migracje to kod DNA naszej kultury

We wsi nikt imigrantom nie mówi, że mają się wynosić, ale Jamal i tak czuje się tu niechciany. Siedzący obok jego kolega z Iranu wtrąca: – Nie muszą tego mówić, wystarczą spojrzenia. Kiedy wchodzę do sklepu, sprzedawczyni chodzi za mną jak cień, jakbym chciał coś ukraść. Kiedy idę do lodziarni i proszę o lody w pucharku, bo chciałbym usiąść jak miejscowy, dostaję lody na wynos.

– Jakiś czas temu byłem w tej restauracji – Jamal wskazuje na budę z jedzeniem typu fast food. – Sprzedawczyni spojrzała na mnie z obrzydzeniem. Co poradzę, że w obozie nie mamy pryszniców, a lokalny fryzjer nawet, kiedy ogląda telewizję, jest zbyt zajęty, by mnie obsłużyć? Mówię jej: w Afganistanie miałem pracę, dom, samochód. Jeździłem w podróże służbowe do Indii. Pewnie jestem lepiej wykształcony od niej. Albo od tego gościa – pokazuje na zalegającego obok nas starszego mężczyznę, od którego śmierdzi trawionym winem. – Ale mam pecha, urodziłem się w Afganistanie.

Nierówna walka

O 21:30 odjeżdża ostatni autobus z Suboticy do wsi Bajmok położonej na granicy serbsko-węgierskiej. Trzy czwarte pasażerów to imigranci, którzy tej nocy po raz kolejny spróbują nielegalnie przekroczyć granicę. Dzięki sygnałom emitowanym przez telefony pogranicznicy już wiedzą, ilu ludzi mogą się spodziewać. Przy każdym zatrzymaniu nielegalnie przekraczających granicę spisują numery telefonów i unikatowe numery IMEI, dzięki którym można zidentyfikować każdą komórkę. – Nawet wyłączone, emitują sygnał z informacją o numerze aparatu i jego położeniu – mówi mi anonimowo pracownik Télécoms Sans Frontières, organizacji, która zakłada połączenia telefoniczne i internetowe w obozach dla uchodźców. Większość operatorów telekomunikacyjnych, nawet w krajach demokratycznych, ściśle współpracuje z rządami. Na życzenie przekazują im informacje o przemieszczaniu się użytkowników na terenach przygranicznych.

Fot. www.imap-migration.org

Każdy krok imigrantów jest czujnie śledzony przez wysublimowaną technologię – udowadnia antropolog i badacz migracji, Gregory Feldman. Finansowany przez Unię Europejską program I-MAP to interaktywna, międzynarodowa platforma do wymiany informacji o ruchach migracyjnych. Jest jak czarodziejska kula, z której można wyczytać skąd i dokąd migranci idą, w jaki sposób się przemieszczają. Satelity Europejskiej Misji Kosmicznej, które w czasie zimnej wojny rejestrowały ruchy wojsk sowieckich, dzisiaj są wykorzystywane do śledzenia imigrantów.

Po dotarciu do wsi przy granicy i zapoznaniu się z mapą na smartfonie, Sayed z kolegami wyłączają telefony i wyciągają z nich baterie, by wyeliminować szansę namierzenia przez satelity. Nauczyli się tego od przemytników. – Pogranicznicy są sprytni, ale my jesteśmy sprytniejsi – mówi z satysfakcją. Jest dobrej myśli, bo dzisiaj padało. Granicę najlepiej przekraczać w czasie deszczu albo mgły, kiedy nie latają helikoptery i drony, a pole widzenia strażników i skuteczność psów tropiących jest mniejsza.

Płot na granicy węgiersko-serbskiej, fot. Olivier Sarrazin / Hanslucas

Po kilku godzinach marszu siadają w krzakach. Sayed słyszy śmiechy i rozmowy pograniczników rozstawionych co 200 metrów. Ukrywa się przed silnym niebieskim światłem ich szperaczy i mobilnymi robotami patrolującymi granicę. Czeka. Owady gryzą i znoszą larwy w ranach od drutu kolczastego, które nie zdążyły się jeszcze zagoić od ostatniej próby. Kiedy przychodzi dogodny moment, jedna osoba trzyma drut wiążący zasieki, a druga go przecina. Jeśli się go nie przytrzyma, to nagle opadając, spowoduje hałas roznoszący się po metalowej konstrukcji płotu i zaalarmuje strażników. Potem tną siatkę i biegną, ile sił w nogach.

O co wam chodzi?

Jamal z rodziną niebawem powinien przekroczyć granicę, ale nie widać po nim radości. Źle wygląda, coraz więcej pije. – Nawet jak dotrzemy do Niemiec, nic się nie ułoży. Przez lata będziemy czekać na dokumenty. Nie będę mógł prowadzić samochodu ani pracować – mówi. Jego decyzja o wyjeździe była spontaniczna. Jamal: – Kiedy wszyscy dookoła zbierają się i wyjeżdżają, to co robisz? Gdybyśmy wiedzieli, że tak to będzie wyglądać, pewnie wielu z nas nie zdecydowałoby się na podróż. Wielu popełniło błąd, ruszając w tę drogę, ale błędem jest też zamykanie granic w Macedonii, Serbii czy Węgrzech. Imigranci są jak ptaki, zawsze znajdą sposób, by ominąć przeszkodę.

Po kilku dniach bez kontaktu z Sayedem, spotykam go przypadkowo na stacji autobusowej podczas dystrybucji jedzenia, prowadzonej przez wolontariuszy Fresh Response. Pytam, jak droga. Potem żałuję. Przecież widzę, że jest z powrotem, w dodatku mocno poturbowany.

– Po stronie węgierskiej zatrzymali nas strażnicy, zaczęli sprawdzać, czy nie mamy broni. Zapytałem, dlaczego to robią, przecież jesteśmy imigrantami, a nie terrorystami. Wsadzili nas do samochodu i zawieźli na granicę kilkadziesiąt kilometrów dalej, aby było nam trudniej wrócić do obozu. Ustawili nas w rzędzie przed furtką w płocie, zrobili zdjęcia i spisali telefony. Włączyli kamerę i kazali przeczytać jednemu z nas tekst, że nie zostaliśmy skrzywdzeni przez straż graniczną i że poinformowali nas o naszych prawach. Kiedy operator zatrzymał nagrywanie, jeden z nich stał przed furtką, uniemożliwiając nam przejście na serbską stronę, a drugi skierował nam w twarze gaz pieprzowy i nacisnął spust. Zaczęliśmy uciekać. Strażnicy puścili za nami psy.

Dzień z życia uchodźcy, czyli tak się bawią Wilki z Davos

Siedem z dziewięciu osób, które szły z Sayedem, zostało dotkliwie pogryzionych przez psy. Odstawieni na stronę serbską, zostali pozostawieni sami sobie z dala od zabudowań. Troje trafiło do pobliskiego serbskiego szpitala w celu przeszczepu skóry.

– Dlaczego to robicie? – pyta mnie Hamid. – Po serbskiej stronie organizacje sponsorowane przez Unię i waszych obywateli dają nam jedzenie, opatrują rany i utrzymują w stanie wegetacji, bez prawa do normalnego życia. Po stronie węgierskiej wysyłacie na nas helikoptery, psy i żołnierzy. O co wam chodzi?

W tekście słowo imigrant jest używane jako synonim słowa uchodźca i imigrant ekonomiczny.

Fotografie w reportażu: Olivier Sarrazin / Hanslucas

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco