UE

Zawierucha w Niemczech a sprawa polska

Niemcy ostatnich lat nie kojarzą nam się z politycznymi zawieruchami. Kilkumiesięczne powstawanie czwartego gabinetu Angeli Merkel pokazało jednak, że i na niemieckiej scenie politycznej może zapanować chaos. Nowy rozkład sił politycznych stawia wyzwania także przed polską polityką.

„Niemiecki okręt na unijnym morzu a polskie dylematy w Europie” – pretensjonalna nazwa projektu skrywa serię bardzo ciekawych spotkań z ekspertkami i znawcami problematyki niemieckiej, których efekty będziemy czytać, średnio raz w miesiącu, na stronach „Krytyki Politycznej”. Serię obszernych analiz nowych trendów na Szprewą i Renem oraz znaków zapytania dla Polski, jakie się z nimi wiążą, otwiera tekst dr Agnieszki Łady, ekspertki Instytutu Spraw Publicznych, poświęcony nowemu układowi sił partyjnych w Niemczech. W kolejnych miesiącach ukażą się również teksty prof. Tomasza G. Grosse oraz Piotra Burasa.

 

Wybory do Bundestagu na jesieni 2017 roku, choć przyniosły kontynuację Wielkiej Koalicji CDU/CSU z SPD, wskazały na toczące się na niemieckiej scenie politycznej zmiany. Chadecja (CDU/CSU) oraz socjaldemokracja określają się jako „partie ludowe” ze względu na ambicje – a w przeszłości także zdolność – by mobilizować szeroki elektorat z różnych grup społecznych. Tym razem jednak utraciły wielu wyborców, osiągając historycznie złe wyniki, odpowiednio: 33% i 20,5%. Do parlamentu weszli ponownie liberałowie z FDP (10,7%) i po raz pierwszy – konserwatywni populiści z Alternatywy dla Niemiec (AfD – 12,6%). Podobne do siebie wyniki osiągnęli Zieloni (8,9%) i partia Lewica (9,2%).

Jeszcze nie powstała, już ją zmieniano

W rezultacie budowa koalicji okazała się nadzwyczaj trudnym procesem, a „małżeństwo z rozsądku” to chyba zbyt optymistyczne określenie dla ponownie rządzącej Niemcami Wielkiej Koalicji. Tuż po wyborach we wrześniu 2017 roku nie udało się stworzyć tzw. Jamajki, a więc koalicji CDU/CSU (czarni) z Zielonymi i liberałami (żółci), gdyż ci ostatni uznali, że taki sojusz nie spełniałby ich oczekiwań. SPD z kolei, która w chwili ogłoszenia wyników wyborów zapowiedziała pozostanie poza koalicją, w końcu zdecydowała się do niej wejść – po żmudnych negocjacjach oraz poddaniu zgody na podpisanie umowy koalicyjnej pod głosowanie członków partii.

Już w momencie zaprzysiężenia czwartego gabinetu Angeli Merkel pojawiły się jednak pytania, czy dotrwa on do końca kadencji. Wprawdzie sama kanclerz zapowiedziała, że taki ma plan, ale zarówno postawa socjaldemokratów, jak i dostrzeganie potrzeby zmian w samej chadecji, wreszcie konflikt w sprawie polityki migracyjnej z siostrzaną CSU w lecie 2018 – zrodziły wątpliwości na temat przyszłości rządu. Wzmocniły się one, gdy Angela Merkel na jesieni 2018 zrezygnowała z przewodniczenia CDU i nową szefową partii została Annegret Kramp-Karrenbauer.

Obecnie komentatorzy spekulują, czy Merkel ustąpi po wyborach europejskich lub ewentualnych porażkach chadecji w wyborach do landtagów, które odbędą się w 2019 roku. Przejęcie władzy przez AKK, jak w skrócie nazywana jest szefowa CDU, miałoby jej pomóc się wyprofilować i umocnić przed kolejnymi wyborami do Bundestagu (planowo przypadłyby one na jesień 2021) oraz uzyskać „bonus kanclerski”, czyli tradycyjnie wyższe poparcie, jakie dostaje zwykle sprawujący rządy kanclerz.

Spekulacje te są jednak mocno na wyrost. Najważniejsi politycy CDU, z Merkel i przewodniczącą partii na czele, zaprzeczają takim planom. Także organizacyjnie scenariusz ten byłby trudny do przeprowadzenia. Zmiana kanclerza wymaga bowiem konstruktywnego votum nieufności, czyli wystawienia w miejsce odwoływanej osoby jej następcy i zapewnienia dla niego lub dla niej poparcia w Bundestagu. Trudno liczyć, aby takiego poparcia udzieliła socjaldemokracja, w której od początku silne są głosy przeciwników Wielkiej Koalicji. W obliczu propozycji zmiany kanclerza zyskaliby oni konkretną możliwość uwolnienia się od niechcianego sojuszu.

Stąd też stosunkowo bardziej prawdopodobne jest to, że sami socjaldemokraci doprowadzą do jego zakończenia, jeśli ich notowania nadal będą niskie (na co się zanosi), a wyniki nadchodzących wyborów – złe. SPD będzie zatem proponować kolejne ustawy wychodzące daleko poza ustalenia umowy koalicyjnej, co spotka się z niezadowoleniem i ostatecznym sprzeciwem CDU/CSU. Już teraz z rzędów chadecji słychać niezadowolenie, że o wiele słabszy partner koalicyjny forsuje zdecydowanie więcej zmian prawnych oraz domaga się kolejnych bardzo radykalnych reform.

Sierakowski: Niemcy wciąż nie wiedzą, czego chcą

Przykładem może tu być tzw. emerytura podstawowa, która w formie proponowanej przez SPD spotyka ostry sprzeciw chadeków – według koncepcji SPD miałaby ona być wypłacona wszystkim, którzy wnosili wkład do systemu podatkowego przynajmniej 35 lat oraz niezależnie od innych dochodów. Ostatecznie może więc dojść do postawienia sprawy na ostrzu noża i rozpadu Wielkiej Koalicji.

Przeciwko zmianie inicjowanej przez samą chadecję przemawia jeszcze jeden fakt. Zmiana kanclerz na AKK oznaczałaby przynajmniej czasowe osłabienie niemieckiego głosu na arenie międzynarodowej. Obecna przewodnicząca musi bowiem sobie wypracować autorytet (Merkel też musiała i gdy zaczynała pierwszą kadencję, nie była w świecie doceniana). Sama Merkel cieszy się zaś takim samym poparciem (ponad połowy obywateli) jak w momencie utworzenia rządu. Ponadto dwie trzecie niemieckich wyborców wcale nie chciałoby zmiany na stanowisku szefowej rządu.

Obecnie komentatorzy spekulują, czy Merkel ustąpi po wyborach europejskich lub ewentualnych porażkach chadecji w wyborach do landtagów, które odbędą się w 2019 roku.

W ostatnim sondażu aż 67 proc. z nich odrzuca pomysł ustąpienia Merkel i życzy sobie, aby dotrwała do końca kadencji. Jest to wzrost, w porównaniu z lutym, aż o 12 punktów procentowych. Odmiennego zdania jest jedynie 29 proc. Niemców. Jeśli jednak doszłoby do odejścia obecnej kanclerz, 56 proc. badanych opowiedziałoby się za nowymi wyborami, a 17 proc. za koalicją chadeków z liberałami i zielonymi. Jedynie 12 proc. chciałoby kontynuacji dotychczasowej Wielkiej Koalicji CDU/CSU z SPD, a 8 proc. wolałoby w tym wypadku rząd mniejszościowy chadecji z Partią Zieloni.

Z kolei jeśli chodzi o następcę Merkel na jej stanowisku, największa grupa wyborców – 39 proc. – widziałaby na tym miejscu nową przewodniczącą CDU, Kramp-Karrenbauer, 28 proc. jej konkurenta w jesiennych wyborach na szefa partii – Friedricha Merza, jedna trzecia zaś kogoś innego.

Podziały wewnątrz chadecji, tak wyraźne w 2018 roku, straciły obecnie na znaczeniu. Ma to związek z polityką nowej przewodniczącej, która dopuszcza wewnątrzpartyjną krytykę, prowadzi wiele dyskusji w regionach, obiecała wypracowanie nowego „programu podstawowego” partii oraz wychodzi naprzeciw oczekiwaniom różnych jej skrzydeł, angażując także swojego wyborczego konkurenta, Friedricha Merza. Jednocześnie zmiana na stanowisku szefa CSU z Horsta Seehofera na Markusa Södera doprowadziła do zniwelowania nabrzmiałego konfliktu Merkel–Seehofer.

Uchodźcy i wojna o duszę Niemiec

Spokojniejsza sytuacja wokół polityki migracyjnej oraz wspólny „Spitzenkandidat” – jak i w Polsce określa się czołowego kandydata będącego  „jedynką” w wyborach do Parlamentu Europejskiego – Manfred Weber z CSU dodatkowo sprzyjają zwarciu szeregów CDU–CSU. Z drugiej strony sytuacja wokół migracji nadal będzie wykorzystywana przez Alternatywę dla Niemiec, a konserwatyści w kręgach chadecji (a także wpływowy głos w CDU – przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble) wracać będą do pomysłu innego niż AKK kandydata na kanclerza. Stąd też trudno wieszczyć zupełny spokój.

W przypadku konieczności zmian – wskutek wyjścia SPD z koalicji czy porażki chadecji w wyborach do landtagów w 2019 roku – ta ostatnia może jeszcze liczyć na powrót idei Jamajki, czyli na sojusz z liberałami i Zielonymi. Szef tych pierwszych, Christian Lindner, podczas poprzednich negocjacji zerwał rozmowy, ale teraz wydaje się bardziej gotowy współtworzyć rząd. Ponowne uchylenie się od odpowiedzialności przejęcia władzy jego wyborcy źle by odebrali. Także postulat niewchodzenia do rządu pod przewodnictwem Angeli Merkel, którym Lindner posługiwał się po ostatnich wyborach, byłby teraz nieaktualny – stąd z kręgów FDP docierają sygnały o gotowości do współpracy.

Porządek w strefie euro. Rozmowa Maurizio Ferrery z Clausem Offe

Drugim partnerem niezbędnym do zbudowania poparcia dla nowej kanclerz byliby Zieloni. Z nową szefową CDU w wielu kwestiach jest im po drodze, mają jednak obecnie w sondażach na tyle dobrą sytuację (ok. 18 proc.), że przy nowych wyborach mogliby liczyć na zwiększenie liczby mandatów. A to oczywiście kusi ich, by nie popierać zmiany rządu bez wcześniejszych wyborów. Obecne wyliczenia pokazują, że przy aktualnych odsetkach poparcia umożliwiłyby one koalicję chadecji z Zielonymi.

Po wyborach, przed wyborami

Wiele zależy od tego, co stanie się w najbliższych miesiącach, a w całym 2019 roku spokojnie raczej nie będzie. Wybory europejskie podobnie jak w całej UE nie budzą w Niemczech wielkich emocji, ale jednak więcej znaczą niż np. w Polsce. Do tego parlamenty regionalne wybierać będą mieszkańcy Bremy, Saksonii, Brandenburgii i Turyngii. Żaden z tych przypadków nie jest łatwy.

Zamieszki w Chemnitz jako dwie opowieści o współczesnych Niemczech

W pierwszym z nich (wybory równolegle z europejskimi) dojdzie zapewne do historycznego zwrotu, po którym SPD pierwszy raz od II wojny światowej może nie uzyskać w swym bastionie największej liczby głosów. Do tej pory socjaldemokraci tworzyli tam rządy samodzielnie lub jako wiodący koalicjant. Ostatnie sondaże dają jednak niewielką przewagę CDU, co oznacza, że koalicja mogłaby zostać stworzona pod jej sztandarem – w zależności od ostatecznych wyników z SPD, ewentualnie z liberałami i Zielonymi.

Wiadomo jednak, że poważnie rozmawia się o wariancie czerwono-czerwono-zielonym, czyli o porozumieniu socjaldemokracji z partią Die Linke i Zielonymi. Tak czy inaczej, zajęcie dopiero drugiego miejsca przez SPD i tak będzie symbolicznym ciosem, który wzmocniłby przeciwników trwania w Wielkiej Koalicji na poziomie federalnym. Nerwowe zgłaszanie licznych ostatnio postulatów socjalnych przez tę partię należy więc rozumieć właśnie w kontekście tych obaw.

Jak Niemcy zrywają z uzależnieniem od węgla

czytaj także

Jak Niemcy zrywają z uzależnieniem od węgla

Johan Rockström, Owen Gaffney

Trzy landy byłych Niemiec Wschodnich, gdzie w ostatnich latach sukcesy odnotowywała AfD, to wyzwanie dla SPD, ale i dla CDU. Socjaldemokraci, podobnie jak w Bremie, muszą zawalczyć o pierwsze miejsce w Brandenburgii, gdzie wystawiają premiera nieprzerwanie od 1990 roku. Nawet jeśli nie zdobędą największej liczby głosów, zapewne dalej będą rządzić, ale i tu bardzo osłabieni prestiżowo – przy wsparciu Die Linke i Zielonych.

Z kolei CDU niezbyt komfortowo może czuć się w Saksonii. Sondaże wskazują, że realne jest nawet uzyskanie przez AfD wyniku zbliżonego do chadecji, a warto pamiętać, że partie protestu w ankietach są zwykle niedoszacowane. Jeśliby Alternatywa prześcignęłaby CDU, dla tej drugiej będzie to historyczną porażką, nawet jeśli zdoła utworzyć rząd, bo z populistami nikt w koalicję wchodzić nie chce.

Sierakowski: Nowy podział w Europie – prawica vs prawica populistyczna

Wreszcie Turyngia to dziś jedyny land rządzony przez premiera z partii Die Linke. I on jednak musi czuć się zagrożony, gdyż partia ta w sondażach osiąga tyle samo co CDU i AfD. Dodatkowo obecna szefowa frakcji Lewicy w Bundestagu, Sahra Wagenknecht, zapowiedziała wycofanie się z pierwszego szeregu partii na arenie federalnej z powodów zdrowotnych. Ta wyrazista polityczka, choć polaryzowała działaczy wewnątrz ugrupowania, potrafiła charyzmą przyciągać wyborców. Po ogłoszeniu jej decyzji w marcu wyniki partii delikatnie spadły, choć wahania na granicy błędu statystycznego należy czytać ostrożnie.

Populiści z Alternatywy dla Niemiec mimo dobrych wyników w sondażach nie mogą spać zupełnie spokojnie. Wyciszenie sporów związanych z napływem migrantów i uchodźców oraz postulaty nowej przewodniczącej chadecji w kwestii usprawnień polityki migracyjnej powodują, że mniej wyborców ucieknie od CDU na prawo. Dodatkowo na jaw wychodzą kolejne afery związane z finansowaniem poprzednich kampanii wyborczych Alternatywy.

Narzekanie nas nie uratuje. Zielono-liberalna koalicja może

We wszystkich tych przypadkach na wzrost liczby mandatów cieszą się zaś Zieloni. W skali kraju osiągają w sondażach od 16 do 20 proc., czym wyprzedzają marudzącą socjaldemokrację. Jest to zauważalny skok, jeśli porównać z wynikiem 8,9 proc., jaki uzyskali w wyborach do Bundestagu w 2017 roku (cztery lata wcześniej – 8,4 proc.).

Coraz bardziej zielono…

Skąd to poparcie dla partii, która przez lata wydawała się projektem niszowym, bo skierowanym do protestujących kręgów lewicowych i proekologicznych? Od momentu jej powstania wyborcy mocno się zmienili. To już nie są osoby poniżej 35 roku życia, jak było na początku istnienia założonych w 1980 roku Zielonych (wówczas było to 80 proc. głosujących). Tych jest obecnie około 10 proc., stąd eksperci mówią o „siwieniu Zielonych”, jako że część elektoratu przez te wszystkie lata została partii wierna (choć nadal ponadprzeciętnie, w porównaniu z innymi partiami, przyciąga ona młodych). Są to obecnie osoby raczej zamożne, stosunkowo lepiej wykształcone, pracujące w usługach i sektorze edukacji.

Z tego wynikają też ich obecne postawy polityczne. Wyborcy ci zdecydowanie na lewo plasują się dziś jedynie w tematach socjokulturowych i politycznych, ale nie w gospodarczych czy socjalnych. Odrzucają przykładowo podwyższanie podatków. Tak samo zachowują się obecnie politycy tej partii: głównymi ich tematami są kwestie klimatyczne, proekologiczne rolnictwo, integracja europejska, bezpieczeństwo cybernetyczne i cyfryzacja. W odróżnieniu od wielu innych partii z rodziny Zielonych niemieccy działacze nie są też prorosyjscy, a wręcz przeciwnie – wielu polityków jest bardzo krytyczna wobec Putinowskiej Rosji. Partia prezentuje się jako poważna siła, która jest w stanie poprowadzić Niemcy i Europę w XXI wieku.

Wreszcie jako partia opozycyjna na szczeblu federalnym Zieloni mogą sobie pozwolić na twarde, jednoznaczne stanowiska bez konieczności natychmiastowej realizacji obietnic. To zawsze pozwala partii na wypracowanie wyrazistego profilu i zdobycie poparcia. Z drugiej strony w niektórych landach wchodzą oni do koalicji, przez co pokazują się jako partia zdolna przejmować odpowiedzialność. Wszystko to powoduje, że Zieloni przyciągają wyborców z różnych stron sceny politycznej – nie tylko lewej, do której tradycyjnie się zaliczali.

Obecnie wielu wyborców zwyczajowo popierających CDU twierdzi, że poważnie rozważa oddanie głosu właśnie na nich. Analiza przepływów wyborczych pokazuje, że część zrobiła to już w 2017 roku, kiedy na stronę tej partii przeszło 330 tysięcy wyborców chadecji (należy jednak zauważyć, że podobną liczbę Zieloni stracili na rzecz CDU/CSU), choć Zieloni zyskali głównie rozczarowany elektorat SPD – 760 tysięcy (tu strata na rzecz SPD była o połowę mniejsza) oraz tych, co nie głosowali cztery lata wcześniej – ponad pół miliona. Ilustracją tych nowych procesów w Niemczech jest fakt wystawienia pierwszego „zielonego” premiera landu – Badenii-Wirtembergii – który rządzi od 2011 roku.

… i konserwatywnie

Równie ciekawe trendy zachodzą na dokładnie przeciwnym biegunie niemieckiej sceny politycznej, gdzie w siłę urosła populistyczno-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec. Założona została jako liberalno-konserwatywne ugrupowanie, mające na sztandarach likwidację euro jako waluty, przed wyborami 2013, a więc na fali kryzysu finansowego w strefie euro.

Żadnych złudzeń, alternatywy nieciekawe

Rozpędu nabrała jednak po 2015 roku, kiedy jej głównymi hasłami stał się sprzeciw wobec polityki migracyjnej Angeli Merkel. Dzięki temu AfD w wyborach do Bundestagu 2017 prawie potroiła liczbę uzyskanych głosów, stając się trzecią co do wielkości frakcją, a w wyniku stworzeniu Wielkiej Koalicji – największą partią opozycyjną w Bundestagu.

Statystycznie rzecz biorąc, największe sukcesy partia odnosi w landach wschodnich – w okolicach 20 procent (w 2017 w dwóch z nich była druga, a w Saksonii prześcignęła nawet CDU z wynikiem 27 proc.), gdzie też największy jest strach przed migrantami, których przez lata było tam zresztą niewielu. Poparcie zyskuje zwłaszcza na terenach wyludniających się, a jej elektorat stanowią głównie mężczyźni w wieku średnim, często obawiający się o swoją przyszłość w wyniku zachodzących zmian społecznych. Wśród wyborców jest ponadprzeciętnie wielu bezrobotnych, ale nie są oni w całej grupie zwolenników dominujący.

Zieloni przyciągają wyborców z różnych stron sceny politycznej – nie tylko lewej, do której tradycyjnie się zaliczali.

Elektorat Alternatywy cechuje znaczne niezadowolenie z otaczającej rzeczywistości i to właśnie jako partia protestu i „antyestablishmentowa” AfD odnosi sukcesy. W sferze wartości społecznych partia reprezentuje pozycje konserwatywne, opowiadając się za ochroną tradycyjnego modelu rodziny (co nie przeszkadzało jej wybrać na szefową lesbijkę wychowującą w Szwajcarii ze swoją partnerką przysposobione dzieci).

W kwestiach gospodarczych nie ma już takiej zgody, gdyż hasła rozciągają się od liberalnych aż po socjalne. Także w podejściu do integracji europejskiej spektrum poglądów jej działaczy obejmuje pomysły dążenia do wyjścia Niemiec z UE (nie uzyskały one poparcia na zjeździe partii dotyczącym wyborów do PE, ale niektórych wyborców mogły odstraszyć), ale przede wszystkim jej reform w kierunku wzmocnienia roli państw narodowych.

Są wreszcie głośne skrzydła formułujące jasne komunikaty zaprzeczające faktom z niemieckiej historii, umniejszające niemiecką winę podczas II wojny światowej, promujące antysemityzm, nacjonalizm i ksenofobię. Doprowadziły one niemiecki Urząd Ochrony Konstytucji do podjęcia decyzji o wstępnej obserwacji AfD i poinformowania o tym opinii publicznej. Był to pierwszy taki przypadek w historii Niemiec, gdyż wcześniej postanowienia tego rodzaju pozostawały tajne. Wyrok sądu przyznał rację partii, która zaskarżyła decyzję jako „stygmatyzującą”, a Urząd wyrok uznał. Dalej obserwuje natomiast działalność ekstremistycznych skrzydeł partii i jej młodzieżówki.

Populiści wyzwaniem dla pozostałych partii

Pojawienie się i umacnianie populistycznych konserwatystów stanowi wyzwanie dla całej reszty niemieckiej sceny politycznej. Każda z partii próbuje znaleźć na nich sposób, aby nie tracić wyborców.

Długie pożegnanie z Merkel i spółką

Najbardziej oczywistym zagrożeniem Alternatywa jest dla CDU/CSU, której wyrosła nagle po prawej stronie poważna siła odbierająca chadecji w 2017 około miliona wyborców. Tym samym zakończył się okres, kiedy regułą było, że „na prawo od CDU jest tylko ściana”. Wpływa to na domaganie się przez konserwatywne kręgi chadecji powrotu do haseł bardziej prawicowych. Pod rządami Angeli Merkel partia przesunęła się bowiem ku centrum, a co bardziej konserwatywni członkowie zarzucają jej wręcz lewicowość.

Zwłaszcza bardziej konserwatywna w tym duecie bawarska CSU wykonywała w ostatnich miesiącach ruchy mające przekonać wyborców o prawicowych poglądach, że to u nich, a nie u populistów, mogą znaleźć to, czego szukają. Wyraźnie było to widać w postulatach dotyczących polityki migracyjnej, czyli obszarze tradycyjnie zdominowanym retorycznie przez AfD.

Konserwatywni populiści to także zagrożenie dla liberałów z FDP, którzy po jednej kadencji przerwy wrócili w 2017 roku do Bundestagu, ale starają się pozyskać elektorat konserwatywny, a więc również z obszaru połowów AfD. Stąd hasła w polityce migracyjnej stawiają ich w kontrze do działań Angeli Merkel, jako zbyt otwierających Niemcy na przybyszów z Południa.

Uchodźcze dzieci dużo rozumieją

czytaj także

Chęć wyprofilowania się w opozycji do chadecji była jednym z argumentów za niewchodzeniem z nią w koalicję rządową. Elektorat partia ta wabi liberalnymi hasłami ważnymi dla gospodarki, stąd też silna jest w ekonomicznie rozwiniętych regionach Niemiec, jak Nadrenia czy Frankfurt, rzadko zaś na wschodzie (nie ma reprezentacji w żadnym z landtagów w byłych Niemczech Wschodnich); stara się też przyciągnąć ich obietnicami szybkiej cyfryzacji kraju i większych inwestycji w edukację. W systemie wartości FDP pozostaje liberalna, ale w zależności od potrzeb dostosowuje wypowiedzi do sytuacji.

Również po lewej stronie sceny politycznej AfD wprowadziła niepokój. Wprawdzie w 2017 przeszło tam o połowę mniej wyborców z SPD niż z CDU/CSU (około pół miliona), ale i te liczby nie są niskie, zwłaszcza że AfD nadal kusi Niemców obietnicami socjalnymi, charakteryzującymi zwyczajowo socjaldemokrację. Stąd w ramach inicjatyw partii koalicyjnej kolejne pomysły SPD z obszaru polityki socjalnej – należy rozumieć je nie tylko jako dbanie o swój wizerunek partii socjaldemokratycznej, ale i jako sposób na zatrzymanie odpływu wyborców do AfD.

Nazistowska narzeczona

Jeszcze większe obawy może mieć partia Die Linke, która jako zdecydowanie mniejsza straciła relatywnie więcej, bo aż 420 tysięcy wyborców na rzecz AfD w 2017 roku. „Wyborcy protestu”, przede wszystkim niezadowoleni z przemian mieszkańcy landów wschodnich, to tradycyjnie elektorat Lewicy, obecnie skutecznie zabierany przez populistów z prawej strony. W celu odzyskania części tych wyborców niektórzy liderzy, jak Sahra Wagenknecht, odeszli nawet od tradycyjnie przychylnych migrantom lewicowych haseł i zaczęli głosić postulaty radykalnie antyimigranckie.

Najmniej AfD w kontekście odbierania głosów obawiają się Zieloni – ci budują wręcz swój wizerunek na opozycji do Alternatywy, uwypuklając różnice i pokazując się jako skuteczna zapora przed populistycznymi hasłami. W najbliższych miesiącach może więc pogłębiać się polaryzacja i konflikt pomiędzy tymi dwoma biegunami.

Nienawidzimy zwolenników PiS-u bardziej niż oni nas?

Zmiany horyzontalne

Na te wszystkie zmiany zachodzące wewnątrz niemieckiej sceny politycznej nakładają się typowe dla całej Europy zmiany „horyzontalne”. Po pierwsze, tradycyjne partie, w tym wielkie „partie ludowe”, jako model domyślny tracą na znaczeniu, a przychylność wyborców ad hoc zdobywają nowe ruchy czy wyraziści działacze, niekoniecznie partyjni politycy. Ponadto socjaldemokracja jako idea słabnie praktycznie we wszystkich krajach. Wiąże się to częściowo z kolejnym zjawiskiem – traci na znaczeniu podział bogaty-biedny na rzecz podziałów tożsamościowych.

Po drugie, w krajach UE coraz mocniej słychać głosy narodowe czy wręcz nacjonalistyczne, wzywające do silniejszej obrony własnych interesów. Niemcy też, po dziesięcioleciach, jakie minęły od II wojny światowej, coraz odważniej posługują się podobną argumentacją, przychylnie spoglądając na dopasowywanie europejskich rozwiązań do własnego modelu.

Ekstrema przejmuje niemieckie państwo

Wreszcie pod znakiem zapytania staje trwałość i dotychczasowy kształt relacji transatlantyckich. Na scenie międzynarodowej pojawił się dodatkowy silny gracz w postaci Chin, który wymusza ustosunkowanie się do wyzwań gospodarczych i bezpieczeństwa, jakie to ze sobą niesie. Te wszystkie tendencje wpisują niemiecką politykę w nowe ramy.

Sprawa polska

Zmiany na niemieckiej scenie politycznej wpłyną na przyszłość relacji polsko-niemieckich. Zdecydowanym uproszczeniem byłoby jednak przypisywanie źródeł nowych wyzwań dla naszych stosunków różnicom programowym czy przynależności partii rządzących (teraz lub w niedalekiej przyszłości) do różnych europejskich rodzin politycznych. Istotna będzie przede wszystkim sama dynamika zmian i zajmowanie się Niemców krajowymi rozgrywkami, co odsunie sprawy zagraniczne i europejskie na dalszy plan, ewentualnie podporządkuje je jeszcze bardziej walkom partyjnym i sporom wewnątrzniemieckim.

Armia europejska, czyli konkretnie co?

czytaj także

Dodatkowo zmiana pokoleniowa na niemieckiej scenie politycznej powoduje, że postrzeganie wschodniego sąsiada przez pryzmat wspólnej, trudnej historii będzie coraz rzadsze. Młodsi politycy, choć zostali wychowani w poczuciu odpowiedzialności za przeszłość, nie kierują się nią jako nadrzędną zasadą i zdecydowanie częściej patrzą na współpracę z Polską pragmatycznie, w perspektywie politycznych interesów. W obydwu krajach brakuje jednocześnie zainteresowania i chęci polityków do budowania konstruktywnych relacji nie na poziomie retoryki, lecz konkretnych działań.

Nowe przywództwo chadecji musi zbudować sobie pozycję wewnątrz partii i w kraju, dopiero w dalszej kolejności zwracając się ku sprawom poza granicami Niemiec. Co prawda Annegret Kramp-Karrenbauer w swoim polemicznym wobec Emmanuela Macrona tekście dotyczącym wizji Europy poświęciła cały akapit Europie Środkowo-Wschodniej, uznała jej wkład w jednoczenie się kontynentu i podkreślała konieczność uwzględniania także innych, poza zachodnimi, poglądów na kształt przyszłości UE, ale nie należy się spodziewać, że będzie zabiegać bardziej o interesy naszego regionu niż Angela Merkel.

Geopolityka – produkt przeterminowany

Wręcz przeciwnie, bowiem to doświadczenia dorastania w bloku socjalistycznym pozwalały obecnej kanclerz wyrobić sobie szczególną wrażliwość na specyfikę tej części Europy – z oczywistych powodów AKK jej mieć nie będzie. To głównie pragmatyczna rachuba skłoni ją do współpracy i pozyskiwania partnerów w Polsce lub wśród naszych sąsiadów, w razie potrzeby. Z pewnością mniej w tym będzie historycznego poczucia powinności i osobistego doświadczenia niż aktualnie.

Także w osobie Paula Ziemiaka, wschodzącej gwiazdy młodego pokolenia niemieckiej polityki, z jego polskim pochodzeniem i wychowaniem, nie należy szukać silnego orędownika spraw polskich. Po pierwsze, jako sekretarz generalny partii zorientowany jest głownie na procesy wewnątrzpartyjne, a nie problemy polityki zagranicznej CDU. Po drugie, jako młody polityk, który zaszedł już tak wysoko, będzie musiał w najbliższym czasie zabiegać o poparcie i umocnienie pozycji. Zajmowanie się relacjami zagranicznymi generalnie w tym nie pomaga.

Zmiana pokoleniowa powoduje, że postrzeganie wschodniego sąsiada przez pryzmat trudnej historii będzie coraz rzadsze.

Oczywiście wrażliwość na tematy polskie i polsko-niemieckie, znajomość języka i polskiej rzeczywistości z pewnością nie zaszkodzi w budowaniu bardziej otwartej atmosfery i relacji chadeków z partnerami z Polski, tym bardziej że kluczowe w tej sferze będzie też nastawienie drugiej strony. Nie zmienia to faktu, że w Bundestagu nie ma obecnie posła chadecji – ani w CDU, ani w CSU – który specjalizowałby się w relacjach z Polską i był orędownikiem budowania porozumienia z Warszawą.

Podobnych polityków brakuje też po stronie liberałów, choć pewną nadzieję daje Michael Link, były wiceszef niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych, a od 2014 do 2017 roku szef mieszczącego się w Warszawie biura OSCE/ODIHR, rozumiejący po polsku. Tu jednak dodatkową barierę we współpracy tworzyć będzie – przy obecnej władzy w Polsce – zdecydowana po stronie FDP krytyka dotycząca dziedziny praworządności u wschodniego sąsiada. Ten ostatni temat polaryzuje również polski rząd w relacjach z Zielonymi. Chadecja, choć również krytyczna, jest tu retorycznie ostrożniejsza, wykluczając jednak zdecydowanie możliwość dołączenia PiS do rodziny Europejskiej Partii Ludowej.

Tak czy inaczej, kwestie praworządności staną ponownie na agendzie, zmuszając niemiecki rząd do zajęcia wyraźnego stanowiska – w momencie, kiedy dojdzie do ostatniej fazy negocjacji kolejnych wieloletnich unijnych ram finansowych. Niemieckim przywódcom, niezależnie, czy w obecnym czy zmienionym składzie, trudno będzie tłumaczyć wyborcom, że ogromne fundusze z unijnego budżetu idą na wsparcie niedemokratycznie postępujących rządów. Nawet jeśli takie stanowisko nie będzie wyrażone wprost, lecz Berlin dołączy po prostu do innych krytyków, zaostrzy to nasze relacje. Więcej zależy tu jednak od postawy rządu PiS niż konkretnego postępowania Niemców.

PiS ma rację, czyli czyja dupa jest najpiękniejsza

Pod względem personaliów najlepiej z polskiego punktu widzenia wypadają Zieloni, których znaczący polityk, Manuel Sarrazin, zna Polskę, mówi po polsku i jako przewodniczący niemiecko-polskiej grupy parlamentarnej realnie angażuje się na rzecz porozumienia między obydwoma krajami. Jako osoba specjalizująca się w tematyce europejskiej ma też znaczący głos wychodzący poza kwestie czysto bilateralne i umie osadzić je w tematyce europejskiej. Z Parlamentu Europejskiego Polską interesuje się z kolei Reinhard Bütikofer.

W te wyzwania związane z dynamiką na niemieckiej scenie politycznej wpisują się konkretne obszary tematyczne, w których nie będzie brakowało dziedzin spornych. W temacie ogólnej wizji przyszłości Unii Europejskiej, spraw związanych z ochroną klimatu, w tym odejścia od węgla, czy przyjmowania migrantów podejście trzech powyższych partii zasadniczo różni się od pozycji Prawa i Sprawiedliwości. Takie postulaty, jak lepsza ochrona praw mniejszości seksualnych czy równouprawnienie płci, dodatkowo jeszcze bardziej oddalą od siebie Zielonych i obecny polski rząd.

Jako wcielenie stereotypu niemieckich ambicji eksportowych musieliśmy skończyć pod pręgierzem

Nadal napięcia wywoływać będzie również dyskusja o prawach pracowników delegowanych; widoczna zaczyna być też rywalizacja Niemiec i Polski o wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej, choć dominująca w Polsce narracja nie dopuszcza wciąż takich kontrowersji na ten temat, jak ma to miejsce w Niemczech.

W kwestiach podejścia do integracji europejskiej polskiemu rządowi najbliżej chyba do Alternatywy dla Niemiec. W stosunkach z tą partią tematyka praworządności również nie będzie osią sporu. Natomiast obie partie wyraźnie dzieli spojrzenie na Rosję oraz opinie części polityków AfD dotyczące niemieckiej historii, co skutecznie wyklucza podjęcie współpracy z tą partią przez PiS.

Jak Ukraińcy, Polacy i Niemcy patrzą dziś na Rosję?

czytaj także

Doświadczenie kształtowania się relacji między poszczególnymi krajami UE wskazuje, że nawet znaczące różnice w podejściu do poszczególnych tematów nie wykluczają dobrej, twórczej współpracy. Warunkiem jest jednak wola polityczna takiej kooperacji i opowiedzenie się za nią silnych i przekonanych o jej konieczności polityków. Dodatkowo, co w stosunkach polsko-niemieckich szczególnie ważne (i nieraz już okazało się rozstrzygające), osoby te i ich otoczenie muszą być zdolne się komunikować.

Tymczasem Polacy i Niemcy porozumiewają się na innych częstotliwościach, różna jest ich kultura polityczna, co doprowadza do napięć nieraz uniemożliwiających dobrą współpracę. Przyczyną tego są: doświadczenie historyczne, polskie (nadal często występujące) kompleksy i poczucie niższości oraz niemiecki brak zainteresowania krajem sąsiada, wreszcie przekonanie o wyłącznej słuszności własnych pomysłów na świat. Zderzone ze sobą te wszystkie różnice – przy niedostatku osób decyzyjnych zdolnych nad nimi zapanować i wyczulonych na ryzyka – powodują, że łatwo rezygnujemy z mozolnej pracy na rzecz dochodzenia do wspólnych polsko-niemieckich rozwiązań. Odpowiedzialne za taki stan rzeczy są obie strony.

Poza opisaną sytuacją polityczną w Niemczech na kształt relacji polsko-niemieckich wpływać będzie postawa polskiego rządu. Wyniki kolejnych polskich wyborów w 2019 roku mogą zdecydowanie bardziej wpłynąć na relacje polsko-niemieckie niż przemiany na scenie politycznej w Niemczech. Prawo i Sprawiedliwość instrumentalizuje bowiem stosunki z Niemcami do celów wewnątrzpolitycznych. Jeśli uzna, że warto w danym momencie negatywnie rozhuśtać atmosferę, dochodzenie do porozumienia będzie utrudnione lub wręcz niemożliwe.

Jeśli zaś – z uwagi na ogólnie proeuropejskie nastawienie społeczeństwa i chęć uzyskania poparcia Berlina w negocjacjach budżetowych – słuszne się wyda odejście od jawnej konfrontacji, wówczas pojawi się szansa znalezienia wprawdzie niewielkich, ale konstruktywnych punktów wspólnych. Tu jednak z kolei niemieckie rozczarowanie obecną sytuacją w Polsce, bazujące w dużej mierze na niezrozumieniu i nieznajomości polskiej specyfiki, utrudni współpracę.

Co istotne, również obecna polska opozycja nie może być stawiana za wzór szukania współpracy z zachodnim sąsiadem. Kontakty na szczeblu politycznym są nikłe, pomysłów programowych na wspólną z Niemcami politykę w Europie ciężko się doszukać.

Czy ta polsko-niemiecka równia pochyła nie ma więc szans na zmianę tendencji? Nie z takich kryzysów polsko-niemieckich udawało się nam wyjść, aby widzieć wszystko w negatywnych barwach. Fundamenty nadal jednak wymagają wzmocnienia, aby coś na nich budować długofalowo. A to zależy, ponownie, od woli politycznej, ale i zaangażowania oddolnego. Obydwu stron.

***

dr Agnieszka Łada – dyrektor Programu Europejskiego i starszy analityk Instytutu Spraw Publicznych. Doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowała nauki polityczne w Warszawie i Berlinie. Visiting fellow w European Policy Centre w Brukseli (2011), visiting research fellow na University of Sussex (2012), visiting scholar w Alfred von Oppenheim Center for European Policy Studies, German Council on Foreign Relations (DGAP) w Berlinie (2013), visiting researcher w Stiftung Wissenschaft und Politik w Berlinie (2016/17). Specjalizuje się w następujących zagadnieniach: Niemcy i stosunki polsko-niemieckie, polska polityka zagraniczna i europejska, postrzeganie Polaków za granicą i obcokrajowców w Polsce.

Tekst powstał w związku z seminarium z udziałem autorki oraz red. Kai Puto i dr Anny Kwiatkowskiej-Drożdż w dniu 3 kwietnia 2019 w Warszawie. Projekt organizowany przy wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.