Unia Europejska

Węgierscy nauczyciele i nauczycielki wychodzą na ulice

Chcą zmian w jakości kształcenia i zarządzaniu szkołami.

Węgierscy nauczyciele i nauczycielki protestują. W ubiegłą niedzielę pod parlamentem zebrało się ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, domagając się kompleksowej reformy szkolnictwa i wzięcia przez rząd pod uwagę propozycji środowiska nauczycielskiego. Demonstrację poprzedziła fala protestów z początku miesiąca, gdy 3 lutego na ulice jedenastu węgierskich miast wyszły tysiące nauczycieli, uczniów i ich rodziców.

Czego chcą nauczyciele?

Protestujący domagają się zmian w dwóch związanych ze sobą obszarach: jakości kształcenia i infrastrukturze edukacyjnej. Największa, pięciotysięczna demonstracja odbyła się we wschodniowęgierskim mieście Miszkolc – był to największy protest poza stolicą Węgier od początku transformacji postkomunistycznej. Miszkolc jest epicentrum ruchu nauczycieli; to w tamtejszej szkole średniej padła iskra, która roznieciła protesty w całym kraju. W styczniu w szkole im. Ottó Hermana ciało pedagogiczne wystosowało list otwarty do rządu, w którym postawiono postulat kompleksowej reformy systemu edukacji. Do tego wezwania szybko dołączyły inne placówki w całym kraju: dziś ponad 800 szkół i trzydzieści tysięcy osób prywatnych podpisało się pod listem.

Sygnatariuszki i sygnatariusze zwracają uwagę na fakt, że od 2010 roku drastycznie zwiększyła się ilość materiału w programie nauczania. Protestujący odrzucają argumentację rządu, który twierdzi, że szeroki program pozwala węgierskim uczniom konkurować z rówieśnikami z innych krajów – nauczyciele uważają, że zakres programu jest tak szeroki, że właściwie uniemożliwia pogłębianie wiedzy. W konsekwencji każdy z elementów programu jest „odhaczany”, by pospiesznie przerobić całość, bez zwracania uwagi na jakość nauczania. Efekty są oczywiście takie, że uczniowie są raczej gorzej przygotowani niż ich rówieśnicy na Zachodzie. Ten sam problem dotyczy przeładowania planu lekcji (średnio 32 godziny lekcyjne w tygodniu, ale nierzadko 40 lub więcej), który dokłada uczniom więcej obowiązków, niż są w stanie wykonać, i zostawia właściwie zero wolnego czasu.

Rządzący konserwatyści znacjonalizowali dystrybucję podręczników, ograniczając niegdyś szeroki wybór do zaledwie dwóch. Nierzadko te dostępne podręczniki są kiepskiej jakości i z powodu źle funkcjonującego systemu kolportażu docierają do szkół spóźnione. Także centralizacja zarządzania infrastrukturą edukacyjną rodzi problemy. Fidesz zniszczył poprzednio obowiązujący system, w którym szkoły podlegały samorządom lokalnym, dzięki czemu cieszyły się szeroko zakrojoną autonomią w podejmowaniu decyzji edukacyjnych i infrastrukturalnych – dziś zarządzanie szkołami jest dużo bardziej scentralizowane. Wprowadzając zmiany, rząd odwołał się do argumentu, że utrzymanie szkół to zbyt poważne obciążenie dla władz lokalnych, więc teraz centralna instytucja przejmie obowiązki finansowania, zarządzania i koordynowania pracy szkół. W praktyce okazało się jednak, że jedna gigantyczna instytucja centralna, tak zwany KLIK, nie jest w stanie zrealizować tych zadań.

Pomimo nieproporcjonalnie wielkich kwot, którymi zasilono budżet szkół, rosnących do tego z każdy kolejnym rokiem, wiele placówek na Węgrzech zadłuża się na wielką skalę, a wciąż brakuje im środków na najbardziej podstawowe wyposażenie (jak choćby kredki czy papier toaletowy). Spóźniają się też z wypłatami pensji.

Dyrektorów i dyrektorki pozbawiono możliwości podejmowania decyzji; oddano je w ręce władzy centralnej, która pozostaje głucha na lokalne potrzeby i uwarunkowania, w jakich działają szkoły. W efekcie procesy decyzyjne przeciągają się w nieskończoność, a proste kwestie, jak remont sali gimnastycznej, czekają miesiącami rozstrzygnięcie.

KLIK mianuje dyrektorów szkół – często wbrew woli nauczycieli, uczniów i rodziców. Pozbawieni faktycznej władzy, bez możliwości podejmowania wiążących decyzji w sprawach finansowych i zależni od centrali, dyrektorzy ci stają się tylko pasami transmisyjnymi dla decyzji podejmowanych w stolicy, które następnie mają wprowadzić w pojedynczych szkołach.

Obłożenie pracą nauczycieli również wzrosło. Każda nauczycielka i każdy nauczyciel musi uczyć teraz więcej klas, podczas gdy wynagrodzenie za nadgodziny spadło. Do obowiązków pedagogicznych doszło absurdalnie wiele zadań administracyjnych: wypełnianie formularzy, pisanie raportów i prowadzenie ewaluacji pracy koleżanek i kolegów.

Tu docieramy do kolejnego spornego punktu: pensji. Z typową dla siebie hipokryzją rząd obiecał podwyżki, ale pensje nauczycieli nie są nawet waloryzowane względem inflacji albo płacy minimalnej. Wynagrodzenia nauczycielek i nauczycieli na Węgrzech należą do najniższych w OECD, a wydatki budżetowe na edukację są mniejsze z roku na rok. W latach 2008-2012 wydatki na szkolnictwo spadły o 25%. W 2003 roku stanowiły one 5,7% PKB, dziesięć lat później tylko 3,93%.

Pozorowany dialog

Zasadniczym celem nauczycieli jest zmuszenie rządu do podjęcia sensownych negocjacji. Do tej pory gabinet Orbana pozostaje nieugięty. Niby odbywały się dyskusje w formacie okrągłego stołu, ale rząd uważnie dobierał sobie partnerów do rozmów, zapraszając przedstawicieli instytucji i agencji mu podległych, często osoby w ogóle niezwiązane z edukacją, które tylko powielały stanowisko władzy. Z dwóch największych związków zawodowych reprezentujących nauczycieli – a wcale nie są one znane z radykalizmu lub pryncypializmu – jeden odmówił udziału w pozorowanych dyskusjach, a lider drugiego dzień po rozmowach przyznał, że udział w nich był błędem.

By podtrzymać energię ruchu protestu, konieczne będzie stworzenie skutecznych i odpowiedzialnych struktur reprezentujących protestujących, takich, które stworzą koalicje z innymi segmentami społeczeństwa. Na razie Ministerstwo Kompetencji Społecznych (The Ministry of Human Capacities), odpowiedzialne za edukację podstawową i średnią, wyrzuciło szefa departamentu nadzorującego szkoły. Zdaniem protestujących to jednak pusty gest, który niczego nie zmieni. W tym samym czasie czołowi politycy rządu i premier wygłaszali deklaracje, które pokazują ich pogardę dla problemów nauczycieli.

W typowej dla siebie interpretacji wystąpień antyrządowych Viktor Orbán stwierdził, że fala protestów nie wyszła od nauczycieli, ale „sił zewnętrznych”.

Nie jest jeszcze jasne, jaki będzie kolejny krok protestujących i jak długo utrzyma się atmosfera niezgody na złe traktowanie. Z drugiej strony taka mobilizacja pracowników to rzadkość na Węgrzech, a za Orbana wręcz niespotykane wydarzenie. Nauczyciele cieszą się wsparciem pracowników z innych sektorów: taksówkarze, pracownicy transportu publicznego, służba zdrowia i strażacy – wszyscy wyrażają swoją solidarność ze protestującymi i pojawiają się na demonstracjach. Jednak rząd jest wyjątkowo sprawny, jeśli chodzi o dławienie tego rodzaju inicjatyw.

Używając siły, arogancji, swoich łamistrajków, fałszywych obietnic ugody i zdecydowanych zagrywek medialnych, Fidesz potrafi skutecznie przekierować konflikt na swoją korzyść i pozbawić protestujących wiatru w żaglach.

Co więcej, zmiany wprowadzone przez tę partię do Kodeksu pracy właściwie uniemożliwiają strajk, obezwładniając organizację pracowników.

Wysokiej jakości edukacja to poważna szansa rozwojowa dla Węgier, podobnie jak dla innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Niestety, mądra polityka inwestycji w edukację jest sprzeczna z wewnętrzną logiką rządów Fideszu, które opierają się na łupieniu zasobów państwowych i prywatyzowaniu ich na potrzeby ich własnych klientów – i na użytek ponadnarodowego kapitalizmu, który poszukuje taniej i karnej siły roboczej na peryferiach i półperyferiach. Dlatego powinniśmy wspierać protesty nauczycieli, i na Węgrzech, i na Słowacji i w innych miejscach w Europie.

**Dziennik Opinii nr 52/2016 (1202)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij