UE

W Wielkiej Brytanii zawiódł system wyborczy

Ordynację większościową ceni się za to, że promuje stabilizację polityczną. Jednak taka stabilizacja jest iluzoryczna. Osiągnięto ją kosztem powołania rządu, w którym mniejszość może rozdeptać wolę i interesy ponad połowy obywateli.


NOWY JORK. W przypadku jednego z największych pytań we współczesnej historii Zjednoczonego Królestwa – wyjść z Unii Europejskiej czy w niej pozostać? – brytyjska ordynacja wyborcza przyniosła absurdalny rezultat. Większość obywateli Wielkiej Brytanii pragnie zostać w UE i w tym duchu zagłosowała w wyborach parlamentarnych 12 grudnia. Mimo to rezultat wyborów dał znaczną większość parlamentarną Partii Konserwatywnej, która prze do szybkiego brexitu. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest równie prosta, co niepokojąca: ordynacje większościowe, w których zwycięzca bierze wszystko (first-past-the-post), nie potrafią przekładać przekonań opinii publicznej na relatywnie reprezentatywny skład parlamentu.

Masakra lewaka i brexit za miesiąc. Ale SNP rozbija bank

W brytyjskim systemie w każdym okręgu wyborczym otrzymuje mandat ten kandydat, który dostał najwięcej głosów – niezależnie od tego, czy zyskał większość bezwzględną. Dlatego kiedy opinia większości wyborców dzieli się na różne partie, wygrywa pogląd, który nie ma poparcia większości.

Przyjrzyjmy się temu na prostym przykładzie. Wyobraźmy sobie trzy partie: anty-brexit-1, anty-brexit-2 i pro-brexit. Załóżmy, że w każdym okręgu 66 procent obywateli chce pozostać w UE, a 34 procent domaga się wyjścia z Unii, przy czym głosy przeciwników brexitu rozkładają się po równo na dwie partie. Anty-brexit-1 i anty-brexit-2 zdobywają po 33 procent w każdym okręgu, a mandat zdobywa kandydat ugrupowania pro-brexit, które ma 34 procent poparcia. Jeśli ta sama sytuacja powtarza się we wszystkich okręgach, opcja pro-brexit bierze wszystkie miejsca w parlamencie, choć ma jedynie 34 procent poparcia w skali kraju. W systemie proporcjonalnym wybory wygrałyby partie anty-brexit, które zdobyłyby 66 procent głosów i utworzyłyby rząd koalicyjny.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii jest oczywiście bardziej zniuansowana. Brexit nie był jedynym tematem kampanii wyborczej, a do wyborów stanęło więcej ugrupowań niż tylko trzy z naszego przykładu. Jedenaście partii zdobyło co najmniej 0,4 procent głosów. Osiem z nich – Partia Pracy, Szkocka Partia Narodowa, Liberalni Demokraci, Sinn Féin, Plaid Cymru, Socjaldemokratyczna Partia Pracy, Zieloni i Partia Sojuszu (APNI) – szło do wyborów z programem rozpisania powtórnego referendum („a people’s vote”) albo pozostania w Unii. Tylko trzy z jedenastu opowiadały się w kampanii za brexitem bez drugiego referendum: konserwatyści, Demokratyczna Partia Unionistyczna i Partia Brexit.

W sumie jedenaście partii otrzymało 98,6 procent głosów (pozostałe 1,4 procent zebrały dziesiątki mniejszych partii). Osiem partii, które szły do wyborów, wzywając do pozostania w UE albo do rozpisania drugiego referendum, dostało 52,2 procent głosów. Z kolei trzy, które chciały brexitu bez następnego głosowania, dostały poparcie 46,4 procent wyborców. Mimo to trzy partie opowiadające się za brexitem zdobyły 373 miejsca w parlamencie, a ugrupowania dążące do pozostania w Unii lub drugiego referendum – tylko 277.

Ten rezultat wynika z dwóch przyczyn. Prawie wszyscy wyborcy popierający wyjście z UE stanęli za jedną partią – konserwatystami, którzy otrzymali 94 procent połączonych głosów pro-brexit. Z kolei laburzyści zdobyli tylko 61 procent elektoratu ośmiu partii sprzeciwiających się brexitowi albo wzywających do drugiego referendum. Premier Boris Johnson zjednoczył brexitowców. Lider Partii Pracy, Jeremy Corbyn, podzielił zwolenników pozostania w Unii.

Referenda? To elity sprowadziły na nas brexit i Trumpa

Drugi powód jest taki, że w systemie first-past-the-post duże (ponad siedemdziesięcioprocentowe) zwycięstwa obozu przeciwnego brexitowi w niektórych okręgach (np. w Londynie albo w Szkocji) oznaczały właściwie stracone głosy. Partia zdobywała i tak tylko jeden mandat. W ordynacji proporcjonalnej głosy w tych okręgach liczyłyby się na poziomie ogólnokrajowym.

Rozkład głosów w wyborach parlamentarnych pokrywa się z najnowszymi badaniami opinii publicznej na temat brexitu. Jeden szczególnie wymowny sondaż przeprowadzony tuż przed wyborami wskazywał, że zwolennicy pozostania w UE mają przewagę liczebną nad zwolennikami wyjścia ze Wspólnoty: 53 do 47 procent. Większość elektoratu chciała pozostania, lecz właśnie wskutek ordynacji wybory wyłoniły zdecydowaną większość parlamentarną, która dąży do wyjścia z Unii.


Wielka Brytania należy do wąskiego grona państw demokratycznych o wysokich dochodach (razem ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą, dzięki spuściźnie Brytyjczyków), gdzie obowiązuje ordynacja typu „zwycięzca bierze wszystko”. Gdyby na Wyspach stosowano ordynację proporcjonalną, jak w niemal wszystkich krajach kontynentalnej Europy, z wyborów wyłoniłaby się zapewne wielopartyjna koalicja przeciwników szybkiego brexitu, a Brytyjczycy szykowaliby się właśnie do drugiego referendum i pozostaliby w Unii.

Innym ewidentnym, znacznie trudniejszym do rozwiązania problemem jest to, że zdecydowana większość młodych ludzi pragnie pozostania w UE, za to osoby starsze chcą ją opuścić. Starsi wyborcy narzucają młodym przyszłość, której ci nie chcą. W dodatku do końca życia będą musieli radzić sobie z konsekwencjami wyboru starszych.

Ostatni premier Zjednoczonego Królestwa

czytaj także

Ordynację większościową ceni się za to, że wspiera stabilizację polityczną, ponieważ prowadzi do utrwalenia systemów dwupartyjnych lub zbliżonych do dwupartyjnych. Dwa główne ugrupowania polityczne w Wielkiej Brytanii otrzymały 76 procent głosów i 87 procent miejsc w parlamencie. Jednak taka stabilizacja jest iluzoryczna. Osiągnięto ją kosztem powołania rządu, w którym mniejszość może rozdeptać wolę i interesy ponad połowy obywateli. Gdy tak się dzieje, społeczeństwo się polaryzuje.

Stabilizację osiągnięto kosztem powołania rządu, w którym mniejszość może rozdeptać wolę i interesy ponad połowy obywateli.

Na kontynencie rządy powstają zwykle jako koalicje wielu partii. Takie sojusze czasem ciężko się buduje i z trudem utrzymuje w ryzach; bywa, że podejmowanie decyzji idzie im opornie. Jednak proces tworzenia wielopartyjnych koalicji nie pozwala mniejszości na przygniatające polityczne zwycięstwo wbrew pragnieniom dużej części obywateli.

Ta sytuacja jest jeszcze groźniejsza w USA, gdzie wybory prezydenckie wyłaniają potężnego przedstawiciela władzy wykonawczej, który dominuje nad dwupartyjną legislaturą. Nad tym systemem wisi potrójna klątwa. Po pierwsze, dwie wielkie partie nie reprezentują dobrze opinii publicznej, zwłaszcza przy plutokratycznym finansowaniu kampanii do Kongresu USA. Po drugie, o wiele zbyt potężna władza trafia w ręce jednego człowieka. A po trzecie, ze względu na specyfikę kolegium elektorów prezydenturę można zdobyć, mając mniej głosów niż przeciwnik. Tak wydarzyło się w dwóch z ostatnich pięciu wyborów. W 2016 roku Donald Trump zyskał 57 procent głosów elektorskich, mimo że zdobył o 2,8 mln głosów mniej niż Hillary Clinton.

Jak to się stało, że na czele najbardziej szacownych demokracji na świecie stanęli Trump i BoJo?

Jak pisałem już wcześniej – i jak pokazują ostatnie wybory w Wielkiej Brytanii – obie największe anglosaskie demokracje zawodzą. Winna jest temu nie tylko polaryzacja elektoratu, ale także ordynacja wyborcza, gdzie zwycięzca bierze wszystko, ponieważ prowadzi ona do wyłonienia rządów, które nie są reprezentatywne dla opinii publicznej.

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jeffrey D. Sachs

| Ekonomista, Columbia University
Profesor Zrównoważonego Rozwoju oraz profesor Polityki i Zarządzania Zdrowiem Publicznym na Uniwersytecie Columbia. Jest dyrektorem Centrum ds. Zrównoważonego Rozwoju na Columbii oraz Sieci Rozwiązań na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju przy ONZ.