Unia Europejska

Ułomne prawo do naprawy

Elektryczna szczoteczka do zębów wystarcza na dwa lata, laptop na cztery, lodówka na siedem. Potem to wszystko trafia na śmietnik: świat generuje rocznie 54 mln ton elektronicznych odpadów. Unia Europejska postanowiła zadbać o „prawo do naprawy” zepsutych urządzeń, ale nowe przepisy są pełne luk.

W 2014 roku w USA wytoczono pozew zbiorowy przeciw producentowi drukarek, firmie Canon. Według skarżących w zakupionych przez nich drukarkach tej firmy nastąpiły awarie głowicy drukującej. Dziwnym zbiegiem okoliczności awarie te miały zwykle miejsce krótko po wygaśnięciu gwarancji. W związku z tym producent odmawiał bezpłatnej naprawy wadliwego sprzętu, a jej koszt miał być tak wysoki, że właściwie bardziej opłacalne było kupienie nowego. Canon wszystkiemu zaprzeczył, jednak przystał na ugodę, która kosztowała go niecały milion dolarów. Trudno powiedzieć, żeby klienci na tym wygrali – otrzymali 50 dolarów w gotówce lub voucher wysokości 75 dolarów na zakupy w sklepie Canona. Dla samego producenta milion dolarów to też raczej drobne, więc można uznać, że spółka wypłaciła te pieniądze dla świętego spokoju, by nie ryzykować procesu. To znaczy: można by tak było uznać, gdyby nie sporo poszlak przemawiających za tym, że producenci elektroniki i sprzętu AGD celowo projektują swoje produkty w taki sposób, by nie można było ich użytkować zbyt długo.

Stary dwuletni telefon

Niemiecka Federalna Agencja ds. Środowiska kilka lat temu opublikowała raport, według którego czas życia produktów znacznie się skrócił. Odsetek urządzeń gospodarstwa domowego, które doznały usterki w ciągu pięciu lat od dnia zakupu, wzrósł 3,5 proc. w 2004 roku do 8,3 proc. w roku 2012. Po pięciu latach psuje się więc mniej niż co dziesiąty sprzęt, nie tak znowu wiele. Z drugiej jednak strony przypadki awarii wzrosły ponaddwukrotnie w ciągu niecałej dekady. Według niemieckiego raportu drastycznie skrócił się też cykl życia telewizorów – telewizor wymieniany w 2012 roku przeciętnie miał 5,6 lat, tymczasem w okresie 2005–2012 średni wiek wymienianego telewizora wynosił 10–12 lat. Przy czym warto zaznaczyć, że 60 proc. zanotowanych wymian nie dotyczyła awarii, tylko chęci zastąpienia urządzenia lepszym. Mimo to co czwarta wymiana była spowodowana usterką.

Rosną góry plastikowych śmieci

Zadziwiająco krótki czas życia produktów elektronicznych zauważyła również Komisja Parlamentu Europejskiego ds. Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO Committee). W raporcie A Longer Lifetime for Products zauważa, że przeciętny czas życia tak zwanej małej elektroniki, a więc nie tylko telefonów, ale też np. elektrycznych szczoteczek do zębów czy maszynek do golenia, wynosi obecnie 1–2 lata. Nieco dłużej, bo 3–4 lata, użytkowane są komputery osobiste oraz pozostałe urządzenia mobilne. 5–6 lat funkcjonują urządzenia małego AGD, kamery oraz zmywarki do naczyń. Natomiast telewizory, kuchenki oraz lodówki „żyją” zwykle 7–10 lat. Zastanawia szczególnie krótki czas życia dużego AGD. Zapewne każdy milenials doskonale pamięta wysłużoną lodówkę z czasów PRL, która za nic w świecie nie chciała się zepsuć.

Kontener ze śmieciami

Oczywiście, powodów tego stanu rzeczy jest sporo. Bez wątpienia gra rolę konsumencki styl życia współczesnych społeczeństw rozwiniętych, których członkowie lubią mieć nowe rzeczy. Szczególnie dotyczy to odzieży (noszonej zwykle 1–2 lata) oraz małej elektroniki. Producenci umiejętnie podsycają te nastroje, wydając regularnie nowe edycje swoich sprzętów, ogłaszając wszem wobec, że te najnowsze są już absolutnie najlepsze, choć nie różnią się one od swoich poprzedników na tyle, by je tak celebrować. Właściwie często te zmiany są kosmetyczne i dotyczą poprawy niektórych parametrów. Za dwa lata wychodzi kolejny flagowiec, więc stary idzie w odstawkę.

Jednak do innych zmian konsumenci często są zwyczajnie przymuszani. Chociażby tym, że starsze telefony po aktualizacjach systemu operacyjnego stają się zwyczajnie nieużyteczne. W 2018 roku włoski odpowiednik UOKiK nałożył kary na Apple’a i Samsunga wysokości 10 i 5 mln euro właśnie za wymuszanie aktualizacji systemu do – odpowiednio – iOS 10 i Androida Marshmallow, które były stworzone pod nowsze modele. Te starsze zaczynały więc niemiłosiernie „mulić”, co czasem doprowadzało je nawet do awarii.

Szał kupowania nowego smartfona co dwa lata i nowego laptopa co trzy–cztery prowadzi w oczywisty sposób do zalewania świata elektronicznymi śmieciami. Ze starym sprzętem coś trzeba zrobić, a poddawanie go recyklingowi jest, oględnie mówiąc, skomplikowane. Trudno też znaleźć chętnych do zajęcia się tym tematem, więc trudnią się nim mieszkańcy biednych państw, robiąc to w koszmarnych warunkach – np. w Agbogbloshie, dzielnicy Akry, stolicy Ghany, która stała się jednym z największych wysypisk e-śmieci na świecie. Materiały są tam odzyskiwane w chałupniczy sposób, często ręcznie, co przynosi dramatyczne skutki zdrowotne dla tamtejszych pracowników i mieszkańców w ogóle.

Zapach czekolady i płonących śmieci

czytaj także

W 2019 roku na całym świecie wygenerowaliśmy 54 miliony ton elektronicznych odpadów, czyli jedną czwartą więcej niż przez pięć poprzednich lat. Co „ciekawe”, w tej górze odpadów najwięcej ważyły małe urządzenia domowe, które według raportu komisji PE mają najkrótszy żywot. Było ich 14,6 mln ton, a tuż za nimi uplasowało się duże AGD: 13 mln ton. Urządzenia mobilne i akcesoria komputerowe to kolejne 5 mln ton, monitory i telewizory – 7 milionów. Wciąż zdecydowanie najwięcej trafia tego do biedniejszych państw. Cała Azja przyjęła prawie połowę e-śmieci wyprodukowanych przez ludzkość w 2019 roku. Do Afryki trafiło „jedynie” 3 mln ton, jednak możemy przypuszczać, że w nadchodzących latach większość odpadów elektronicznych zacznie trafiać właśnie tam. Tym bardziej że proceder wysyłania śmieci do Afryki jest najbardziej chaotyczny i najmniej sformalizowany, co będzie ułatwiać ukrywanie tam kłopotliwych odpadów. Zaledwie 1 proc. odpadów, które trafiły do Afryki, było odpowiednio udokumentowanych i poddanych recyklingowi. Dla porównania w Azji odpowiednio zajęto się 12 proc. e-śmieci, a w Europie prawie połową.

Dopieszczanie ekoprojektu

Unia Europejska pochyliła się więc nad tą problematyczną kwestią. Już od 2009 roku obowiązuje dyrektywa zwana „ekoprojektem”, która narzuca producentom różnych dóbr odpowiednie standardy produkcji oraz wykorzystania materiałów w taki sposób, by było to najmniej obciążające dla środowiska. Co jakiś czas wychodzą do niej nowe rozporządzenia uściślające jej funkcjonowanie. W październiku 2019 roku Komisja Europejska opublikowała kilka kolejnych, odnoszących się do poszczególnych kategorii produktów. Mowa o lodówkach, pralkach, zmywarkach, wyświetlaczach elektronicznych powyżej 100 centymetrów kwadratowych (telewizory i monitory), a także kilku innych, chyba mniej interesujących (np. sprzęt spawalniczy czy transformatory).

Oprócz kolejnych wytycznych dotyczących samej budowy sprzętu i jego projektowania pojawiła się w tych rozporządzeniach nowość – mianowicie producenci muszą zacząć dbać o dostępność części zamiennych do ich produktów. Komponenty samych sprzętów muszą być dostępne przez siedem lat od wprowadzenia ostatniego modelu do obrotu, a w przypadku lodówek nawet przez dziesięć lat. Dotyczy to także części „konsumenckich”, czyli takich, które użytkownik sam może w prosty sposób wymienić – mowa chociażby o pilotach. Przepisy te obowiązują producentów od 1 marca 2021 roku.

To jednak nie wszystko. Żeby dostęp do części zamiennych miał faktyczny sens, producenci muszą również udostępnić niezależnym serwisom niektóre elementy projektów: procedury demontażu, wykazy urządzeń potrzebnych do naprawy oraz diagnostyki, schematy okablowania oraz kody diagnostyczne usterek. Bezpłatnie lub po „uczciwej, przejrzystej i niedyskryminującej” cenie producenci będą musieli także udostępniać serwisom najnowsze oprogramowanie układowe oraz jego aktualizacje.

Zapomnieli o smartfonach

Wchodzące właśnie w życie przepisy wiele mediów w Polsce i za granicą okrzyknęło realizacją „prawa do naprawy”. Faktycznie, wprowadzenie takich wymogów do prawa europejskiego jest nowością i krokiem w dobrym kierunku, jednak trudno tutaj mówić jeszcze o faktycznej realizacji prawa do naprawy. Zwracają na to uwagę aktywiści z organizacji Right to Repair, którzy opublikowali kilka głównych zastrzeżeń do nowych regulacji. Kluczowym problemem jest wyraźna selektywność przepisów. Dotyczą one jedynie kilku rodzajów produktów, a nie obejmują smartfonów ani komputerów osobistych, w tym laptopów, które są przecież najbardziej narażone na „postarzanie”. Wszak są one przez cały czas podpięte do internetu, więc wystarczy odpowiednio aktualizować oprogramowanie. Z kolei producenci małej elektroniki stosują praktyki, które utrudniają pracę niezależnych serwisów. Znany jest z tego choćby Apple, który w zeszłym roku, żeby pokazać swoją lepszą twarz, oznajmił, że nawiązał już współpracę w sumie z… 700 serwisami w USA. Tak. Apple. Siedemset niezależnych serwisów. W całych Stanach Zjednoczonych.

Jest wiele powodów, by nie kupować ubrań w sieciówkach. Wybierz swój

Aktywiści zwracają również uwagę, że dostęp do części zamiennych będzie ograniczony jedynie do profesjonalnych serwisów, więc odcięte będą od nich inicjatywy non profit lub tak zwane kawiarnie naprawcze. Co więcej, komponenty wewnętrzne urządzeń będą udostępniane dopiero po dwóch latach od wprowadzenia na rynek pierwszego urządzenia. A więc przez pierwsze dwa lata producenci zachowają monopol na naprawy. Można by to zrozumieć, gdyby producenci powszechnie dawali dwa lata gwarancji, ale w wielu przypadkach tak nie jest. Przykładowo obecnie przy zakupie konsoli PS4 gwarancja producencka trwa jedynie rok. Faktem jest, że na terenie UE produkt jest „chroniony” przez dwa lata, ale na mocy rękojmi, czyli odpowiedzialności sprzedawcy, co jest trudniejsze do wyegzekwowania, gdyż po upływie sześciu miesięcy od zakupu to na kliencie spoczywa obowiązek dowiedzenia, że produkt był wadliwy już w momencie zakupu, a to jest zwykle niemożliwe albo przynajmniej koszmarnie trudne.

Kwestia ceny

Poza tym nowe przepisy wprowadzają długi czas na dostarczenie elementów potrzebnych do naprawy. Producent będzie miał na to aż 15 dni. Do tego przecież jeszcze dochodzi czas naprawy, co może skłaniać konsumentów do zakupu nowego sprzętu. Trudno przez trzy tygodnie funkcjonować bez lodówki. Co więcej, nadal dozwolone będzie „wiązanie” części ze sobą. A więc wymiana drobnego elementu może pociągać za sobą konieczność równoczesnej wymiany znacznie większego. Na przykład w przypadku zużycia łożysk w bębnie pralki trzeba będzie wymienić cały bęben.

Zarzut największego kalibru jest jednak taki, że w nowych przepisach nie uregulowano ściśle kwestii ceny części zamiennych. A to przecież o nie rozbija się obecnie cała sprawa. Cena naprawy często przewyższa cenę nowego sprzętu właśnie dlatego, że elementy zamienne są bardzo drogie. „Robocizna” to zwykle 150 złotych, czasem więcej. Możemy sobie więc bardzo łatwo wyobrazić, że producenci postanowią storpedować nowe przepisy, ustalając po prostu zaporowe ceny.

Wielki kapitał chciał nas zatruć ołowiem. Nie tylko on

Pogłoski o wprowadzeniu w Europie prawa do naprawy są więc mocno przesadzone. Jest oczywiście za wcześnie, by ocenić efekty nowych regulacji unijnych. Nie wiemy, jaka będzie praktyka producentów, organów ochrony konsumentów oraz sądów. Wiemy za to, że prawo można interpretować na przeróżne sposoby – być może instytucje publiczne będą stosować je bardzo restrykcyjnie. A może sami producenci podejdą do tego z dobrą wolą, widząc w tym okazję do zaprezentowania swoich pięknych intencji i wykorzystania tego w swoich strategiach „społecznej odpowiedzialności biznesu”.

Całkiem jednak możliwe, że producenci pójdą w odwrotnym kierunku: ustalą najwyższe możliwe ceny komponentów, będą przeciągać ich dostawy do 15. dnia, a także dostarczać niekompletne schematy. W takiej sytuacji prawo do naprawy pozostanie jedynie na papierze, a Afryka będzie witać coraz większe liczby kontenerów z e-śmieciami.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij