Świat

Zapach czekolady i płonących śmieci

„Ten cię kontroluje, kto cię karmi” – powiedział trzydzieści lat temu Thomasa Sankara, rewolucyjny eksprezydent Burkina Faso. Jego słowa są wciąż aktualne. Kolonializm się nie skończył, przybrał tylko inną postać.

Wybrzeże Kości Słoniowej. Port San Pédro. Im bliżej oceanu, tym więcej fabryk i budynków industrialnych, restauracji i kawiarni w europejskim stylu. Nie muszę zaglądać w statystyki, by widzieć, że to największy na świecie eksporter kakao. Wielki biznes, duże pieniądze. Na ulicach pachnie spalinami i czekoladą.


Przyjechałam z leżącego przy granicy z Gwineą regionu miasta Man. Do większości wsi można się dostać tylko motorem lub pieszo. Zieleń pagórków z daleka wygląda jak gęsty las, ale w rzeczywistości to pola uprawne. Z resztek buszu, które wciąż określa się szumnym mianem forêt classée (rezerwatu), pozostały martwe drzewa. Sczerniałe od wypalania sterczą ponad plantacjami. Są tak suche, że w czasie wichury grożą zawaleniem.

Tu też unosi się zapach czekolady. Przed domami spokojnie suszą się ziarna wysypane na plandeki. Trwa pora deszczowa, ale opadów nie było od dawna. W afrykańskiej agrokulturze irygacja pól jest rzadkością. Farmerzy liczą na deszcz albo biegają z konewkami.

Trudno zburzyć mur tradycji

czytaj także

– Jeszcze niedawno las był gęsty i ciemny – wspomina Ferdynand, rolnik ze wsi Miamba. – Nawet w dzień trzeba było chodzić z latarką. Teraz żyjemy wśród plantacji.

Z każdym rokiem kolejne drzewa wycina nie tylko lokalna ludność, ale też imigranci z Burkina Faso, którego sucha ziemia nadaje się jedynie do uprawy kukurydzy i orzeszków ziemnych.

Przez ostatnie sto lat zielona Afryka Zachodnia niemal całkiem zamieniła się w pola uprawne. Gwinejskie lasy tropikalne, ostatnie w tej części kontynentu, znikają bezpowrotnie, ustępując miejsca agrokulturze i przemysłowi kopalnianemu. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej od czasu uzyskania niepodległości wycięto 90% pokrywy leśnej; tak jak w Ghanie, nie ma tu już dzikiej przyrody poza rezerwatami, a nawet one coraz bardziej się kurczą.

Heinrich: Nie mylmy lasu z uprawą drzew

czytaj także

Mimo umów zawartych między Abidżanem i Akrą a producentami czekolady, przewidujących proekologiczną politykę i troskę o prawa człowieka, koncerny wciąż skupują ziarna z nielegalnych upraw prowadzonych na obszarach objętych ochroną. Nie opłaca im się ochrona środowiska. Drzewa są wycinane, życie zwierząt – zagrożone, do pracy zatrudnia się dzieci. A półki naszych sklepów wypełniają kolorowe batony i kawa z egzotycznych krajów.

Niektóre korporacje otwarcie odmawiają wprowadzenia zmian, jednak Afryka mobilizuje się w rekonstrukcji natury. Od 2005 roku Projekt Zielony Mur prowadzi akcję zalesiania przestrzeni od Senegalu do Dżibuti.

– Staramy się powstrzymać wycinkę lasów i polowania – mówi strażnik leśny z Mahapleu na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale oboje wiemy, że to walka z wiatrakami. – Lasu już nie ma. A im mniej drzew, tym mniej deszczu. Im mniej deszczu, tym mniej drzew. Koło się zamyka. Nie pada od tygodni, a te kilka kropel co jakiś czas nie wystarczy, by nawodnić pola, a tym bardziej – resztki buszu. Zwierząt jest tak mało, że pewnie niedługo wyginą, ale ludzie i tak polują.

– Może nie mają wyboru? – pytam.

– Z głodu nie umrą. Człowiek musi przestać myśleć tylko o sobie, inaczej czeka nas katastrofa.

„Ten cię kontroluje, kto cię karmi” – powiedział 30 lat temu Thomasa Sankara, rewolucyjny eksprezydent Burkina Faso, wielbiony w całej Afryce Zachodniej. Jego słowa są wciąż aktualne. Kolonializm się nie skończył, przybrał tylko inną postać. Teoretycznie niepodległe kraje pozostają uwikłane w polityczną i gospodarczą zależność od Europy i Chin. Kawa i kakao to dla nich najważniejsze źródła dochodu, a jednocześnie – symbole wyzysku. Farmerzy czują się uwięzieni w systemie bez wyjścia. Sprzedają produkt, którego sami nie używają. Kakao, mówią, nie jest częścią ich kultury. Nie mają też narzędzi do przerabiania ziaren. To my, biali, znamy metody produkcji czekolady, a kawa wyjeżdża z Afryki i wraca do niej jako przetworzona Nescafé. Poza drogimi lokalami w dużych miastach tylko dwa razy spotkałam kawę inną niż instant: w Gwinei ludność Fulani znana jest z kultury kawiarni i serwowanej w nich mocnej café noir, parzonej jak znane nam espresso. Drugi raz – w Togo, gdzie w rejonie miasta Kpalimé można kupić gotową kawę od lokalnych producentów.

Fulgence, rolnik i syn szefa wsi Pontcassé, podaje mi pachnące ziarna.

– Wy zyskujecie, my tracimy – mówi. – Czy taką Afrykę chciałaś zobaczyć?

Europejczyk często reprezentuje w Afryce wszystkie grzechy historii i obie twarze polityki neokolonialnej. Jeden biały krzywdzi ludzi i środowisko, drugi te krzywdy naprawia. Gdy mówiłam, że nie pracuję dla żadnej organizacji humanitarnej, rozmówcy kiwali głowami: czyli przyjechałaś oglądać nasze cierpienie.

Pomoc charytatywna rodzi uzależnienie i uwstecznia gospodarkę krajów rozwijających się, ale na poziomie jednostkowym bywa jedynym rozwiązaniem. Wszystko jedno, kto pomaga, słyszałam często, Europa czy rząd krajowy. Ważne, że przychodzi pomoc.

Dlaczego Afryka nie ma dobrej prasy

czytaj także

Jednak ludzie niewiele oczekują od polityków. Wiedzą, że nie do nich powinni się zwracać, kiedy potrzebują wsparcia. W Afryce jest wszystko: złoto, diamenty, przekonywali mnie przygodni rozmówcy na ulicy, bo rozmowa o stanie kraju jest normalna jak pogawędka o pogodzie. Są i pieniądze, ale nie docierają tam, gdzie trzeba. Znikają w rządowych kieszeniach. A ściślej, dodawali bez wahania, w kieszeniach francuskich polityków i szefów korporacji, którzy za zgodą władzy okradają kontynent z surowców.

Pieniądze nie docierają tam, gdzie trzeba. Znikają w w kieszeniach francuskich polityków i szefów korporacji.

Mieszkańcy Agokpala w Togo chwalili się toaletami postawionymi przez Czerwony Krzyż. Sąsiednie wsie miały mniej szczęścia. Termin zgłoszeń minął i ludzie nadal korzystają z wykopanych w lesie dołów. Podobnie jest z wodą. Wiele pomp powstało z inicjatywy europejskich lub chińskich organizacji. Tam, gdzie ich nie ma, wciąż są studnie i rzeki wśród zarośli i malowniczych skał. Ale wizja unii z naturą rozbija się o rzeczywistość. W tej samej rzece, z której ludzie piją i w której się kąpią, myją motory i piorą. Lasy, wodospady i ziemia to nie rajskie krajobrazy, ale źródło utrzymania. Kiedy się żyje za euro dziennie, odpowiedź na pytanie: środowisko czy ja, jest prosta. A niedbale wyrzucane do rzek papierosy i puszki po konserwach to tylko konsekwencja przekonania, że natura po to istnieje, by służyć człowiekowi.

Podprefekt ze wsi Konkouré w Gwinei, Ahmadou Bah, składa dłonie w trójkąt i pyta, jakie mam pomysły na usprawnienie tutejszej produkcji rolnej. Ubolewa nad postępującym wylesianiem i wybieraniem piasku z rzeki do budowy domów. Chwilę potem śmieje się na widok śmieci, które zebrałam. Zostaw, mówi, przyjdzie deszcz, to zmyje.

Kto posprząta po globalnym rozwoju?

czytaj także

Kto posprząta po globalnym rozwoju?

Mahmoud Mohieldin, Sameh Wahba, Silpa Kaza

I przeniesie w inne miejsce, myślę, z dala od wzroku podprefekta Baha. Wraz z tymi, które wyfruwają z okien pędzących samochodów, lądują pod stopami przechodniów, zalegają w  kanałach odprowadzających wodę. Wraz z rozwojem i modernizacją przybyło tworzyw sztucznych. Śmieci się zmieniły, ale myślenie o nich pozostało. Takie nawyki trudno kontrolować: nawet w krajach, w których jednorazowe torebki zostały zakazane, pozostają w obiegu na czarnym rynku. A plastik to nie skórka od banana – nie rozłoży się w trawie.

Gwinejscy rolnicy mają bezpośredni dostęp do podstawowej żywności, ale mieszkańcy miast zaspokajają codzienne potrzeby porcjami oleju, przypraw, ryżu – zapakowanych w woreczki z tak cienkiego materiału, że rozpadają się w rękach i nie nadają do ponownego użycia. Brakuje koszy na śmieci, plastik pokrywa chodniki i place targowe, a na górach odpadów pasą się krowy. Gwinea nie żyje z kakao i kawy, jej siła tkwi w surowcach kopalnych. Tutaj postęp nie ma zapachu czekolady, ale brudnej wody i dymu śmieci płonących na ulicach.

Płonie państwo z kartonu

Jak pokazać, że śmieci to realny problem i nie wystarczy poczekać na deszcz, który zmyje je z oczu? W ostatnich kilku latach powstało wiele ciekawych pomysłów. Fotograf Fabrice Monteiro stworzył projekt, w którym modelki ubrane w stroje z plastikowych resztek pozują na wysypisku czy zadymionej spalinami ulicy. „Aby przez połączenie sztuki, kultury i tradycji rozwinąć świadomość ekologiczną u przyszłych pokoleń” – mówi w wywiadzie. W Ghanie, Burkina Faso i Togo powstały inicjatywy promujące recykling: z saszetek po pure water powstają portfele, parasolki i torebki, instalacje artystyczne. Pytanie, na ile cała idea trafia do społeczeństwa, a jaka jej część pokutuje tylko w gronie artystów, wielbicieli sztuki i osób już zainteresowanych ochroną środowiska.

Ekologia staje się coraz silniejszym ruchem społecznym. Jesteśmy świadkami rosnącej świadomości i globalnych protestów. Ale w miejskim świecie łatwego dostępu, w którym sklepowe półki zawsze są pełne, nie widzimy na własne oczy, jak kurczą się lasy i giną zwierzęta, a konsekwencje braku deszczu nie dotykają nas bezpośrednio. Refleksje ekologiczne to luksus społeczeństw uprzywilejowanych, żyjących w przeświadczeniu o możliwości wpływu na rzeczywistość. Tymczasem ci, których kryzys klimatyczny i ekonomiczny wyzysk dotykają najbardziej, najmniej wierzą w swoją moc sprawczą.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Większość z nich nie czuje więzi z własnymi krajami; nie wierzy, że może wpłynąć ani na ich stan, ani na własny dobrobyt. Wielokrotnie zawiedzeni, wyzbyli się złudzeń co do intencji rządzących elit i ich działań. Gdy pytam, czemu wyrzucają śmieci pod siebie, wzruszają ramionami.

 

**
Weronika Ulicka – absolwentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, ilustratorka, spędziła łącznie półtora roku w Afryce Zachodniej. Publikowała w magazynach „Poznaj Świat” i „Charaktery”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.