UE

Sutowski: Złudzenia Tuska

Można stłamsić głosy wołające o inną Europę, ale nie powstrzyma się w ten sposób jej rozkładu.

Mawiają, że władza deprawuje. Przypadek Donalda Tuska dowodzi, że może być dokładnie odwrotnie: to właśnie utrata realnego wpływu na rzeczywistość, połączona ze splendorem, dodaje buty i arogancji – i jednocześnie upośledza myślenie. Smutnym tego świadectwem jest wywiad, jakiego „prezydent Europy” udzielił kilku ważnym gazetom, w tym naszej „Rzeczpospolitej” i niemieckiej „FAZ”.

Polskie media ukazują byłego premiera jako zbawcę Unii – i on sam prezentuje się w tej roli, opowiadając, jak uratował brukselski szczyt, powstrzymując Greków i Niemców przed odejściem od stołu negocjacyjnego. „Już w czasie samego szczytu przywódców był taki jeden moment, gdy czułem, że jesteśmy blisko katastrofy. To było o 7 rano w poniedziałek, gdy oboje protagonistów – Cipras i Merkel – chciało przerwania szczytu i odłożenia sprawy na później”. Kompromis tu i teraz, natychmiast, po kilkunastu godzinach negocjacyjnego waterboardingu – czy coś nam to przypomina? Owszem. Siedem lat temu Slavoj Žižek w ten sposób pisał o przepchnięciu przez Kongres gigantycznego bailoutu dla Wall Street: „W obliczu katastrofy, na którą nie mamy realnego wpływu, ludzie mówią często – i głupio: przestańcie tyle gadać, zróbcie coś! Ale może ostatecznie okazuje się, że robimy zbyt dużo. Może czas na to, by się zatrzymać, pomyśleć i powiedzieć coś właściwego. To prawda, często o czymś gadamy tylko, zamiast naprawdę to zrobić – ale czasem robimy różne rzeczy tylko po to, by uniknąć mówienia i myślenia o nich. Jak na przykład wyrzucenie 700 miliardów dolarów na załatwienie jakiegoś problemu, zamiast zastanowienia się, skąd się tak naprawdę wziął”.

Ale po co się zastanawiać, skoro nie ma innego wyjścia? Zdaniem Tuska „zdobywa teraz zwolenników ideologia ekonomicznej iluzji, że jesteśmy w stanie zbudować system alternatywny dla obowiązującego obecnie w Europie. To jest ryzykowne. Szczególnie ta zmasowana krytyka fiskalnej surowości i oszczędności. Przecież na oszczędnościach zbudowana jest zamożność Europy”. Doprawdy?

Ten sam polityk, który na czele polskiego rządu rozumiał doskonale (a może rozumiał to tylko Jacek Rostowski?), że recesja to nie jest czas na równoważenie budżetu, bo polityka państwa powinna być antycykliczna, domaga się od Grecji tego samego dogmatycznego podejścia, w imię którego przez lata atakowano rząd PO.

Jasne, Polska to nie Grecja, a nasz dług wynosi poniżej 60 procent PKB, podczas gdy grecki – prawie 180. To prawda. Tyle że zasady mnożnika inwestycyjnego (czyli tego, jak wydatki z budżetu zwiększają PKB) nie unieważnią zaklęcia o tym, że „nie ma alternatywy” i moralizowanie, że „Grecy żyli ponad stan”. Tak, żyli. Tylko że radykalne cięcia wydatków publicznych i pospieszna wyprzedaż aktywów państwa muszą zamienić kryzys w depresję, o czym mówią już kohorty ekonomistów i zaświadcza co najmniej pięć lat gospodarczej empirii. A bez (długo)trwałego wzrostu gospodarczego nie będzie możliwa spłata nawet części greckiego zadłużenia – bo całość nie będzie spłacalna nigdy.

Zamiast dojrzeć zależność między cięciami a brakiem wzrostu w Europie, Donald Tusk wygodnie ustawia sobie przeciwnika, zamieniając poważną debatę ekonomiczną na zestaw frazesów – bo krytycy nie twierdzą wcale, że można się zadłużać bez końca, tylko wyliczają, że polityka cięć dług wyłącznie powiększy. Przewodniczący Rady Europejskiej reprodukuje w ten sposób mantrę niemieckiego ministra finansów; niczym rzecznik prasowy Wolfganga Schäuble opakowuje w obłudną dyplomację to, co niemiecki jastrząb mówi bez ogródek. Bo przecież wspomniany w wywiadzie (z nadzieją!) „zdrowy rozsądek zwykłych ludzi”, oznaczać ma tyle, że być może fanaberie Syrizy o innej Europie i innej strefie euro szczęśliwie odchodzą na śmietnik historii, wraz z upokorzonym greckim premierem na urzędzie i dumnym ministrem finansów po dymisji.

Utyskiwanie, że główny konflikt toczy się dziś wewnątrz Unii, świadczy o piramidalnym pomieszaniu pojęć i rzeczy. Bo tak, to prawda, że „jest trochę taki nastrój… może nie rewolucji, ale powszechnego zniecierpliwienia. Kiedy zniecierpliwienie przestaje mieć wymiar indywidualny, a staje się powszechne, to jest to wstęp do rewolucji”. Prezydentowi Europy przypomina to rok 1968. Ciekawa by to była analogia, gdyby Tuskowi chodziło o symptomy wyczerpania starych instytucji, o smutny fakt, że stare pokolenie o odmiennym doświadczeniu formacyjnym nie rozumie problemów prekariatu – i o konieczność daleko posuniętych reform na poziomie społeczeństwa, gospodarki, ale przede wszystkim społecznej wyobraźni. Ale chodzi o co innego: „Zarażenie ideologiczne sprawia, że kwestionuje się samą idę Unii, jakby niektórzy już byli nią znudzeni. I uważają, że trzeba zmienić wszystko, poczynając od traktatów, a kończąc na tradycyjnych wartościach”.

Paulowi Krugmanowi łaskawie przypisuje Tusk „błyskotliwość”, odmawiając mu jednak kontaktu z rzeczywistością. Inni malkontenci, w rodzaju Stiglitza, Habermasa, Sachsa czy Piketty’ego, nie zasłużyli nawet na wzmiankę. Arogancję dla peryferii UE i nonszalancję wobec rzeczywistości skrywa Tusk za tonem powagi: „Największe wrażenie robi na mnie taktyczny sojusz tych obozów politycznych. Dyskusja o Grecji zamienia się w protest przeciwko surowości fiskalnej, europejskim wartościom i przeciw Niemcom. Ten sojusz jest symboliczny. Jako historyk wiem, że największe tragedie w Europie były poprzedzane sojuszem radykałów z różnych stron”. To znaczy: Syriza i Orban, Le Pen i Podemos – to wszystko (obiektywnie) jedna sitwa. Koalicja ekstremów zagraża Europie. To też brzmi znajomo.

Kiedy urzędujący prezydent w kampanii wyborczej dzielił Polskę na racjonalnych entuzjastów i radykalnych malkontentów, nawet życzliwi mu komentatorzy czuli zażenowanie; wyborcy podziękowali mu za współpracę. Za podobną sklerozę unijny establishment wyraża Tuskowi wdzięczność.

Kłopot polega na tym, że siła (Niemiec, Północy, trojki…), zdolna stłamsić głosy na rzecz innej Europy, może nie powstrzymać jej rozpadu. Wyborców Podemosu można zastraszyć, prezydenta Hollande’a (dość łatwo) spacyfikować, a premiera Renziego nauczyć rozumu. Można też wywrzeć na Bałtach (i Polakach) wrażenie, że wspólne z Niemcami gnojenie peryferii przybliża ich do centrum, ba – czyni z nich solidny filar europejskiej Północy. Ale tak jak cięcia nie przywrócą Unii Europejskiej trwałego wzrostu, tak moralizowanie o europejskiej idei nie powstrzyma ruchów odśrodkowych na Południu, a piętnowanie sprzeciwu nie zaczaruje rzeczywistości.

Heiner Flassbeck, ekonomista od dawna wołający na puszczy o zmianę polityki Niemiec, trafnie podsumował samozachwyt rzeczników Północy, którzy wszelkie głosy krytyki spychają do rewolucyjno-oszołomskiego kąta: „Wygląda na to, że marksizm jednak pokona gospodarkę rynkową, aczkolwiek w bardzo chytry sposób. Dobije ją, gdyż rządzący marksizmu boją się tak bardzo, że myślą wyłącznie o starciu między dwoma systemami – zamiast konstruktywnie zmierzyć się z tym systemem, który jest. Brawo Karolu Marksie – oto najwyższa forma dialektyki”.

 **Dziennik Opinii nr 198/2015 (982)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.