UE

Niemcy: Wybory w cieniu Ukrainy

Kryzys na Wschodzie i dwóch europejskich kandydatów na szefa KE – to dominowało w kampanii do PE za Odrą.

Helmut Schmidt uchodzi w Niemczech za wielki autorytet polityczny. 95-letni były kanclerz z ramienia SPD, choć już w podeszłym wieku, nieustannie komentuje wydarzenia polityczne, co relacjonują media i uważnie czytają i wyborcy, i politycy. Teraz Schmidt zarzuca Europie, że za bardzo miesza się w światową politykę. „Aktualnym przykładem jest próba dołączenia Ukrainy”, mówił w wywiadzie dla brukowca „Bild”. Na celowniku Schmidt ma jednak nie Unię Europejską jako taką, ale „urzędników i biurokratów w Brukseli. Oni za mało rozumieją i stawiają Ukrainę przed domniemanym wyborem między Wschodem a Zachodem”. 

Ukraina dotychczas zdominowała kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego. Nie jest to jednak temat, który zmieniłby notowania głównych partii, a kwestie podnoszone w polskiej debacie, jak choćby stworzenie unii energetycznej, traktowane są jako marginalne. I podchodzi się do nich sceptycznie – przynajmniej do wspólnych zakupów gazu. „Nie zgodzę się na wyznaczoną politycznie jednolitą cenę. Dla UE gaz jest towarem, a nie polityczną bronią”, powiedział Günther Oettinger (CDU), komisarz UE ds. energetyki, na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Czyli: nie będzie rezygnacji Niemiec z niskiej ceny za gaz, którą płaci Rosji.

Poza tematem Ukrainy w kampanii wyborczej pojawiają się w większości mniej lub bardziej puste hasła, a wahania w sondażach w porównaniu do wyniku wyborów parlamentarnych z września ubiegłego roku są niewielkie. CDU nieco traci – obecnie otrzymałaby 37 proc. głosów – podczas gdy socjaldemokracja lekko zyskuje – ma 27 proc. Nieco lepsze notowania SPD to zapewne efekt pierwszych, głośno zapowiadanych zmian, które partia forsuje w kraju, szczególnie wprowadzenia płacy minimalnej i reformy emerytalnej. Dwóm największym partiom trudno jednak toczyć ostry spór, ponieważ od kliku miesięcy razem rządzą na szczeblu federalnym.

Europejscy kandydaci na piedestale

„Wspólnie i z sukcesem w Europie”, to główny przekaz chadecji. Czołową postacią na plakatach jest Angela Merkel, choć po wyborach kanclerz raczej nie zamierza przeprowadzić się do Strasburga. W programie wyborczym jest trochę o „imigracji do niemieckiego systemu ubezpieczeń społecznych”, którą CDU chce „efektywnie ukrócić”. Ciekawe są postulaty dotyczące rynków finansowych: „Chcemy przeforsować w Europie i na całym świecie podatek od transakcji finansowych”, ale „przy jego wprowadzaniu będziemy uważać, żeby nie dopuścić do zaburzenia konkurencji, i uwzględnimy interes niemieckiego rynku finansowego”.

Czy to propozycje warte dyskusji czy nie, w tej kampanii wyborczej nie odgrywają większej roli. W odróżnieniu od Polski, debata w Niemczech skupia się także na głównych kandydatach europejskich konserwatystów (EPL) i socjalistów (PES). Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i kandydat Europejskich Socjalistów na szefa KE, i w ostatnich tygodniach stał się prawdziwą lokomotywą wyborczą niemieckich socjaldemokratów. Kilkukrotnie spotkał się z Jean-Claude Junckerem, kandydatem Europejskiej Partii Ludowej, w starciu jeden na jednego i wszystkie były transmitowane przez niemiecką telewizję. Co prawda nie uwypukliły one większych różnic programowych między kandydatami, ale być może taki medialny przekaz sprawi, że przyszły szef Komisji będzie silniejszy i bardziej niezależny niż José Manuel Barroso.

Jak wiadomo, po raz pierwszy, zgodnie z traktatem lizbońskim, wynik wyborów do parlamentu UE musi zostać uwzględniony przy wyborze szefa Komisji Europejskiej. Merkel wskazuje jednak, że nie ma tu żadnego automatyzmu, a niektórzy komentatorzy podkreślają, że po wyborach kwestia obsadzenia Komisji będzie sporna. „Szczególnie Juncker jest silną osobowością, a takiej szefowie państw nie chcą”, komentuje politolog Oliver Treib. Jednak nawet koledzy partyjni Merkel uważają, że nie można wystawić swojego kandydata, a później się z tego wycofać. „Rada Europejska zdaje sobie sprawę, że musi przedstawić propozycję, która zostanie zaakceptowana przez parlament UE”, mówi Oettinger. Polityk ten nieoczekiwanie zdobył się także na ciepłe słowa wobec kandydata socjalistów. Popiera co prawda Junckera, ale „Martin Schulz także potrafiłby pełnić tę funkcję, on w Strasburgu i Brukseli zna niemal każdy kamień”. 

Można dodać: zna je lepiej niż kamienie niemieckie. 58-letni Schulz jest bowiem jednym z niewielu czołowych polityków UE, którzy przed karierą w Strasburgu i Brukseli nie odgrywali ważnej roli w polityce krajowej. W Niemczech nigdy nie przekroczył granic lokalnych, szczytem był fotel burmistrza Würselen, liczącego 35 tys. mieszkańców. Dlatego też Schulz, wykształcony księgarz, którego jednym z ulubionych autorów jest zmarły w 2012 r. brytyjski marksistowski historyk Eric Hobsbawm, stara się profilować jako przedstawiciel zwykłych obywateli. A także ostry krytyk sposobu działania rynków finansowych: „Obywatele widzą, że spekulanci na rynkach finansowych robią miliardowe zyski, ale nie płacą podatków, a gdy są w tarapatach, to ratują ich pieniądze podatników”, mówi. O konkretach, jak zwiększyć opodatkowanie tych spekulantów, już jednak nie wspomina. Według Schulza narodowym politykom zaciskania pasa powinny towarzyszyć programy stymulujące gospodarkę. Dlatego też jest skłonny renegocjować obowiązujące obecnie w UE kryteria deficytowe.

Takie plany to zgroza dla zwolenników Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ugrupowanie jest krytyczne wobec UE, sprzeciwia się pożyczkom dla pogrążonych w kryzysie państw strefy euro i proponuje im rezygnację ze wspólnej waluty. Przez rok swego istnienia AfD zyskała dość silne poparcie, według sondazy może liczyć na ok. 6-7 procent głosów w wyborach do PE. AfD, skupiona wokół profesora ekonomii Bernda Lucke, staje się przy tym coraz wyraźniej prawicowo-populistyczna. Wielu jej zwolenników i aktywistów nie tylko krytykuje wspólną walutę i wsparcie dla państw Południa UE, ale także politykę imigracyjną.

Bez progu

Ale nawet jeśli AfD nie otrzyma nawet 5 procent, na pewno dostanie się do PE. W Niemczech po raz pierwszy bowiem w historii wyborów do europarlamentu nie będzie obowiązywał żaden próg wyborczy. Federalny Trybunał Konstytucyjny (TK) już w 2011 r. wydał wyrok znoszący 5-procentową barierę. Jednocześnie orzekł, że nie jest to wcale sprzeczne z faktem, iż w wyborach do Bundestagu próg ten nadal będzie obowiązywał. „Parlament Europejski nie wybiera rządu, który byłby uzależniony od stałego poparcia PE”, uzasadniał przewodniczący Trybunału, sędzia Andreas Voßkuhle. Ciekawe, ile partii, które w sondażach wyborczych zazwyczaj trafiają do kategorii „inne”, z wynikiem opiewającym na ok. 5-6 proc., zyskają na tyle głosów, aby móc wysłać przynajmniej jednego posła do PE. Według sondaży zarówno skrajnie prawicowa NPD, jak i Partia Piratów mogą liczyć na jeden mandat.  

Zniesienie progu wyborczego to zbawienie nie tylko dla partii mniejszych, ale także dla liberałów z FDP, których poparcie aktualnie to ok. 3-4 proc. i którzy tracą głównie na rzecz AfD. Liberałowie nie mogą wciąż otrząsnąć się po politycznym trzęsieniu ziemi z września 2013 r., gdy po raz pierwszy w wyborach parlamentarnych w Niemczech nie dostali się do Bundestagu. Nie są jednak szczególnie widoczni w mediach i wydaje się, że coraz mniej niemieckich wyborców uznaje to za istotny brak na scenie politycznej. 

Pytanie tylko, czy z perspektywy lewicy i politycznego centrum FDP nie byłoby „mniejszym złem” w obliczu rosnącej w siłę AfD.

Trzeba jednak podkreślić, że dotychczas populistyczna Alternatywa nie uzyskuje w Niemczech tak znaczącego poparcia jak jej bardziej radykalne odpowiedniki w innych krajach UE. „Wiele partii prawicowo-populistycznych stawia na protekcjonizm i narodowe waluty, chcąc tym samym wzmocnić narodową gospodarkę”, pisze politolog Florian Hartleb. To pośredni powód, dlaczego AfD jest na ich tle raczej słaba. Sytuacja gospodarcza Niemiec jest dobra, a bezrobocie względnie niskie. „Sytuacja w Niemczech jest w UE wyjątkowa, polityczny środek jest bardzo silny. Na dodatek niemiecka skrajna prawica co prawda się radykalizuje, ale nie odniosła dotychczas większych sukcesów wyborczych – mówi profesor Frank Deppe, politolog i ekspert ds. Unii Europejskiej. – AfD przyciąga zwłaszcza rozczarowanych wyborców FDP i CDU, należących do klasy średniej. Ale także tzw. wyborcy protestujący, również lewicowi, głosują na AfD”. Według Deppe potencjał wyborczy tej partii to ponad 10 proc.

Na tyle głosów nie mogą liczyć Zieloni i Die Linke (Lewica). Obie partie tworzą w Bundestagu miniopozycję, dysponującą ok. 20 proc. mandatów, a zatem mają ograniczone prawa choćby przy ustanawianiu komisji parlamentarnych. I obie mają wyraźny problem, żeby skutecznie atakować rząd. Różnią się w poglądach na temat kryzysu ukraińskiego – Die Linke znacznie łagodniej ocenia rolę Rosji. Lewica jest wewnętrznie podzielona: „Jedno skrzydło mówi, że trzeba występować przeciw euro, ale większość uznaje, że takie pozycje są za bliskie prawicy i niosą niebezpieczeństwo powrotu do retoryki narodowej. Przede wszystkim z perspektywy Niemiec byłby to fatalny rozwój sytuacji”, komentuje Deppe, który sam jest członkiem tej partii. Lewica może liczyć na 8-9 proc. poparcia, Zieloni na 10-11 proc.

Rewolucji nie będzie

W Niemczech w ostatnich wyborach do PE głosowało 43 procent uprawnionych obywateli (Polska: 24,5 procent) – a tendencja już od pierwszych wyborów w 1979 r. jest spadkowa. „Bruksela jest co prawda coraz ważniejsza jako centrum decyzji, ale nie jest taka konkretna jak choćby rząd w Berlinie”, mówi prof. Jürgen Falter, politolog. Być może jednak temat Ukrainy skłoni więcej osób do udziału w wyborach. Sam kryzys według Franka Deppe przyczyni się do dalszej integracji UE: „Unia jest w sytuacji, w której jako imperialny gracz musi radzić sobie z konfliktami granicznymi. Takie są warunki geopolityczne, a kwestia Ukrainy tę kwestię zaostrza. UE integruje się bardziej, a tym samym inne problemy Unii schodzą na drugi plan”.

A na tym drugim planie jest choćby kontrowersyjna umowa o wolnym handlu (TTIP) między UE i USA, a także nieco wyciszony temat kryzysu gospodarczego w poszczególnych krajach UE.

Niemcy, mimo że problemów tu nie brak, nadal są gospodarczą zieloną wyspą Unii, a notowania partii pozostają stabilne. Dlatego też w wyborach do PE rewolucji nie będzie.

Czytaj także:

Kampania w UK: Putinizm po angielsku

Kampania w Hiszpanii: Nadejdzie Europejska Wiosna?

Kampania we Włoszech: Przeklęte euro!

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

 


Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Jan Opielka

| dziennikarz i publicysta
Publicysta piszący dla niemieckojęzycznych i polskich mediów, były stały korespondent z Polski dla dzienników niem. Frankfurter Rundschau i Berliner Zeitung.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.