UE

Majmurek: Lekcje z Budapesztu dla Warszawy

Dlaczego Orbán wygrywa, a lewica nie jest w stanie odbić się od dna?

Warszawie nigdy nie udało się i chyba już nie uda zostać drugim Paryżem, ale z Budapesztem szanse wydają się większe. Ku radości i nadziei sympatyków PiS, a zarazem przerażeniu nie-prawicowej opozycji, Jarosław Kaczyński przy kolejnych kontrasygnatach prezydenta Dudy faktycznie wydaje się bowiem naprawdę budować „Budapeszt w Warszawie”.

Oczywiście, jak każda analogia, i ta obarczona jest ryzykiem. Między sytuacją w Polsce w 2016 roku a na Węgrzech w 2010 są istotne różnice. Orbán obejmował władzę w warunkach głębokiego kryzysu ekonomicznego: rosło bezrobocie, gospodarka stała w miejscu, realizowana przez centrolewicowy rząd polityka austerity uderzała w żywotne interesy milionów Węgrów. Zapalną kwestią pozostawała sytuacja ponad 2 milionów Węgrów żyjących w krajach ościennych, na terenach, które Węgry utraciły po pierwszej wojnie światowej w wyniku pokoju z Trianon. Same Węgry liczą dziś niecałe 10 milionów mieszkańców, więc skala tej diaspory jest ogromna i ma nieporównanie większe znaczenie niż np. sytuacja Polaków na Litwie czy Ukrainie. Żadna poważna siła polityczna w Polsce nie wysuwa jakichkolwiek związanych z tymi mniejszościami roszczeń wobec Wilna, czy Kijowa; na Węgrzech takie roszczenia wobec Bratysławy czy Bukaresztu pojawiają się w głównym nurcie polityki, a mapa Wielkich Węgier (obejmujących wszystkie ziemie Korony świętego Stefana z czasów habsburskich) jest jedną z najpopularniejszych wlepek na ulicach. Polityczne emocje i społeczne napięcia na niespotykaną w Polsce skale wywołuje także mniejszość romska, licząca na Węgrzech ponad 3% ludności. Węgry mają korzystniejsze geopolitycznie położenie, nie są skonfliktowane z Rosją, polityki nie organizuje nic na kształt naszego mitu „zbrodni smoleńskiej”.

Orbán rządzi w imieniu nowej węgierskiej burżuazji, a sam – podobnie jak Berlusconi – używa władzy jako narzędzia wzbogacenia swoich kolegów i najbliższej rodziny. Kaczyńskiemu o interesy nigdy nie chodziło, od dawna pragnął za to – jak mówił Teresie Torańskiej – zostać „emerytowanym zbawcą narodu”. Obojętność Kaczyńskiego na gromadzenie osobistego majątku ma z pewnością wiele zalet, ale i tę wadę, iż czyni go to politykiem o wiele mniej przewidywalnym niż Orbán. Wreszcie, Węgry są nieporównanie bardziej zsekularyzowanym krajem od Polski, a Kościół katolicki odgrywa tam o wiele mniejszą polityczną rolę.

Trzy klęski opozycji

Jednak między Polską Kaczyńskiego a Węgrami Orbána istnieją także liczne podobieństwa, które wyznaczają pewne ogólne współrzędne sceny politycznej. W obu państwach mamy słabą lewicę i silną prawicową hegemonię. W obu dominuje – zarówno na poziomie produkowanych przez państwowe instytucje narracje, jak i w oddolnie tworzonych przekazach – polityka historyczna łącząca mocarstwowe fantazje z resentymentem, poczuciem krzywdy i pretensji wobec Zachodu. W obu krajach silny jest indywidualizm, słaba solidarność społeczna i społeczeństwo obywatelskie, wysoki poziom akceptacji dla autorytaryzmu i nierówności społecznych. W obu słabą pozycję mają związki zawodowe.

Ale podobieństwa zauważyć można także na poziomie dynamiki sytuacji rozwijającej się po przejęciu władzy przez antysystemowe siły: Fidesz w 2010 i PiS w 2015 roku. Polska opozycja wobec Jarosława Kaczyńskiego szczególnie uważnie powinna przyjrzeć się dziś tej dynamice i wyciągnąć z niej wnioski dla siebie.

Na Węgrzech, podobnie jak dziś w Polsce, objęcie władzy przez Fidesz od początku łączyło się z gwałtownym przyspieszeniem. Wszystkie swoje najbardziej kontrowersyjne projekty: ustawę medialną, zmiany w sądzie konstytucyjnym, czystki w służbie cywilnej i sądach, nowe prawo o związkach zawodowych (znacznie ograniczające możliwość prowadzenia strajków) rząd Orbána w błyskawicznym tempie przeprowadził w pierwszych dwóch latach swoich rządów. Miał do nich o wiele silniejszy mandat, niż dziś do swoich zmian ma PiS – na partię Orbána głosowało ponad 2,7 miliona Węgrów, z niecałych pięciu, które wzięło udział w głosowaniu. Tym niemniej, wszystkie te zmiany wywoływały gwałtowny opór w parlamencie i na ulicach. Sondaże szalały, wielokrotnie pokazywały pikujące poparcie Fideszu.

Wszystko to jednak w małym stopniu przełożyło się na wyniki wyborów w 2014, w których Fidesz nie tylko utrzymał władzę, ale także konstytucyjną większość w parlamencie. Tę drugą w dużej mierze dzięki napisanej pod siebie ordynacji i pracującym na rzecz partii prywatno-publicznemu imperium medialnemu. Pomogło też drobne ożywienie gospodarcze, maksymalnie wykorzystane przez manipulującą statystykami rządową machinę medialną. Wielu uboższych Węgrów przekonało obniżenie cen gazu i innych mediów, możliwe dzięki nacjonalizacji odpowiednich spółek przez rząd.

Prawda o wyborach wydaje się jednak taka, iż bardziej niż Orbán zwyciężył, to opozycja wobec niego poniosła w zeszłym roku klęskę.

I to potrójną. Wczesną wiosną przegrała wybory parlamentarne, późną wybory do Parlamentu Europejskiego, a jesienią wybory samorządowe.

Choć w stosunku do wyborów z 2010 roku Fidesz stracił około 600 tysięcy głosów, to i tak pozostaje największą siłą – opozycja wobec niego podzielona jest na dwa bloki, z jednej strony centrolewicowo-zielony, cieszący się poparciem około 1,3 miliona wyborów, z drugiej skrajnie prawicowy Jobbik, cieszący się poparciem około miliona głosujących. Fakt, że te dwa skrzydła opozycji w żaden sposób nie potrafią się porozumieć i nie mają platformy do wspólnego działania, gwarantuje Fideszowi hegemonię na scenie politycznej.

Jak twierdzą autorzy raportu o wyborach na Węgrzech z 2014 roku, przygotowanego dla Fundacji Eberta, żelazny elektorat Fideszu to około 1,5 miliona wyborców. To głównie wykształcona, dobrze sytuowana, antykomunistyczna i nacjonalistyczna klasa średnia, raczej w średnim wieku i starsza niż młodzież. Ten elektorat zawsze będzie stał przy Fideszu, ale sam nigdy nie wystarczy do utrzymania takiej hegemonii, jaką partia sprawuje obecnie na scenie politycznej. Jak twierdzi związany z węgierskimi Zielonymi analityk Kristóf Szombati, kluczem do obu ostatnich zwycięstw Fideszu było dotarcie do elektoratu plebejskiego, proletariatu miejskiego i niezamożnej ludności wiejskiej.

Jeśli lewica na Węgrzech chce pokonać Fidesz, to musi mu ten elektorat odebrać. Na razie nie tylko nie potrafiła tego zrobić, ale i przyciągnąć do siebie elektoratu, który sam od Fideszu odpływa.

Te ponad pół miliona wyborców, których partia rządząca straciła w ciągu czterech lat po 2010 roku, w przeważającej większości zostało w domach, a część poszła głosować na Jobbik. Wybory w 2014 roku odbyły się pod znakiem zniechęcenia wyborców do polityki w ogóle. Frekwencja była najniższa od 1998 roku. Cenę za ciągły konflikt z lat 2010-2012 zapłaciła i władza, i opozycja – wyborcy mieli po prostu dość wszystkich skłóconych ze sobą polityków.

Cena podziałów

Lewicowa opozycja nie bardzo miała też pomysł na to, co chce zaproponować Węgrom – poza tym, że nie jest Orbánem. Nigdy nie rozliczyła się z czasów kryzysu i austerity, które doprowadziły do załamaniu poziomu życia w kraju. Co więcej, w wyborach na fotel burmistrza Budapesztu (miasta tradycyjnie mniej sprzyjającego Fideszowi niż reszta kraju), centrolewica wystawiła liberalnego ekonomistę, ministra finansów z lat 90., Lajosa Bokrosa. Bokros, trudny do zaakceptowania dla lewego skrzydła antyfideszowskiej opozycji, przegrał z kandydatem Fideszu.

Opozycja zapłaciła też cenę za to, iż w oczach wyborców pozostawała głównie zaabsorbowana samą sobą. Elektorat męczyły ciągłe dyskusje na temat tego, czy będzie, czy też nie będzie jednej centrolewicowej listy. W końcu, na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi, taka lista powstała. Miała ona jednak trzech liderów: przewodniczącego węgierskiej socjaldemokracji Attilę Mesterházy’ego, byłego premiera Ferenca Gyurcsány’ego – od którego podsłuchanej rozmowy zaczął się upadek poprzednich rządów lewicy – oraz ostatniego szefa rządu przed objęciem władzy przez Fidesz, przedsiębiorcę Gordona Bajnaia. W trakcie kampanii każdy z nich bardziej niż z Fideszem walczył z pozostałymi o to, kto zostanie główną twarzą antyorbanowskiej opozycji.

Po rozczarowującym wyniku z wyborów parlamentarnych panowie uznali, że nie ma sensu tworzyć wspólnego klubu parlamentarnego i wyborach do parlamentu europejskiego wystartowali osobno. W sumie zdobyli 5 mandatów na 21 przysługujących Węgrom w PE, Fidesz zdobył 12, Jobbik 3, Zieloni 1.

Oprócz trzech centrolewicowych komitetów w węgierskim parlamencie zasiadają też bowiem Zieloni. W wyborach zdobyli trochę ponad pięć procent i trzysta tysięcy głosów. Partia przedstawia się jako siła antysystemowa, dystansująca się od całej klasy politycznej. Jednak, jak oceniają autorzy przywoływanego tu już raportu Fundacji Eberta, jest to partia zbyt przeintelektualizowana i wielkomiejska, by ten język mógł się przełożyć na szeroką, populistyczną mobilizację rozczarowanych Fideszem.

Baza i hegemonia

Klęski opozycji węgierskiej z roku 2014 pokazują, jak trudno odebrać władzę nawet podejmującego niepopularne działania rządowi, jeśli nie ma się dwóch rzeczy: materialnej bazy integrującej zwolenników i ideologicznej hegemonii. Orbán posiada obie.

W ciągu czterech lat rząd zbudował wokół siebie potężną materialną bazę. Z jednej strony składa się na nią klasa pracownic i pracowników sektora publicznego, która dostała pracę dzięki Orbanowskim czystkom w administracji i sądownictwie (by usunąć niezwiązanych z Fideszem sędziów, w nowej konstytucji radykalnie obniżono wiek emerytalny sędziów). Z drugiej strony jest też cały splot interesów na styku sektora prywatnego i publicznego, który pozwala rosnąć w siłę związanym z Fideszem biznesowej oligarchii. Najbardziej intratne interesy robić bowiem mogą na Węgrzech tylko osoby zaprzyjaźnione z partią rządzącą i ideologicznie jej bliskie.

Opozycja nie ma takiej bazy. Nie może stanowić jej słaby i sparaliżowany nowym prawem ruch związkowy. Znaczącej siły nie ma społeczeństwo obywatelskie. Poza kilkoma, finansowanymi na ogół z zagranicy wielkimi watchdogami, organizacje są małe, działające od akcji do akcji, pozbawione stabilnego finansowania. W kraju nie ma znaczących, gotowych przeciwstawić się Orbánowi związków wyznaniowych. Niski poziom solidarności, a wysoki indywidualizmu wśród Węgrów dodatkowo utrudnia sprawę.

Także na gruncie „nadbudowy” Fidesz dominuje. Jego ideologiczna narracja bardzo przypomina tę PiS. Jako źródło sukcesu PiS w roku 2005, wymienia się Muzeum Powstania Warszawskiego. Najczęściej cytowaną przez Orbána intelektualistką jest historyczka Mária Schmidt, dyrektorka budapesztańskiego Domu Terroru – muzeum „dwóch totalitaryzmów” – nazistowskiego i komunistycznego, jakie dotknęły Węgry. Dom i dominująca narracja mówią: Węgry to ofiary. Od pokoju z Trianon, przez nazizm, stalinizm, krwawo stłumione powstanie z 1956 roku, po lata 90. Węgrów mordowali naziści, Sowieci, zdradzał, a następnie wykorzystywał ekonomicznie Zachód. Ale teraz pojawia się Viktor Orbán i Węgrzy w końcu będą panami we własnym domu. Nie może się z tym pogodzić tylko odsunięta od władzy „liberalno-lewicowa elita”. Jak w triumfalnym tekście po zwycięstwie 2014 roku pisała Schmidt, największy problem z tą elitą polega na tym, że:

[…] określenie „węgierski interes narodowy” jest jej obce. Zamiast tego, wszelkimi siłami określa się jako „postępowa”, a przez to bardziej zaawansowana niż po prostu narodowa. Myśli o sobie, jako o kosmopolitycznej grupie, wspanialszej niż naród. Niektórzy z jej członków nie zauważyli, że faktycznie służą obcym interesom. Rzecz jasna, część z nich bywa za tę służbę hojnie wynagradzana. […] Te same grupy, którego kiedyś broniły interesów imperium radzieckiego, dziś posłuszne są ośrodkom władzy w Stanach i Unii Europejskiej, głównie w Niemczech.

Przy tak ustawionym polu dyskusji, każda krytyka któregoś z aspektów rządu Fideszu staje się narodową zdradą, próbą uniemożliwienia się wybicia Węgrów na prawdziwą narodową, kulturową, gospodarczą i polityczną suwerenność. Bez zaproponowania swojej mocnej narracji bardzo trudno wygrać na takim polu jakikolwiek polityczny spór.

Ruchy oddolne nie wystarczą

Potrójna klęska węgierskiej opozycji sprzed roku pokazuje jeszcze jedno: by odsunąć partię rządzącą od władzy, potrzebna jest inna partia zdolna wygrać wybory. Nie wystarczą oddolne, antypolityczne ruchy społeczne, artykułujące moralny, obywatelski sprzeciw, wobec tego, co robi władza.

Eksperci Eberta wskazują właśnie na rozejście się obywatelskiego oporu i jego politycznej, partyjnej artykulacji jako na podstawową przyczynę słabości węgierskiej opozycji. Rządy Orbána wiązały się bowiem z eksplozją oddolnych, apolitycznych organizacji sprzeciwu, dystansujących się wobec całej klasy politycznej. Ich atlas można znaleźć w raporcie opracowanym przez brytyjski think tank Demos. Są wśród nich organizacje studenckie (HaHa), związkowe (Węgierski Ruch Solidarności), ekologiczne, a nawet rowerowe.

Najważniejszą była powstała w sprzeciwie wobec planom nowego porządku medialnego, powstała na Facebooku, organizacja Milla – Milion na Rzecz Wolności Prasy. Organizacja w latach 2010-2012 stała się jedną z głównych platform sprzeciwu wobec władzy Fideszu. W 2011 roku w najważniejsze węgierskie święta narodowe – 15.03. (rocznica powstania 1848 roku) i 23.10. (rocznica powstania 1956) – Milla wyprowadziła na ulice Budapesztu odpowiednio 30 i 70 tysięcy ludzi. W proteście przeciw zmianom prawa o związkach zawodowych też wyszło 30 tysięcy. Orbán atakował te demonstracje, które przedstawiał jako machinacje Sorosa zmierzającego do obalenia demokratycznej władzy na Węgrzech, i organizował kontrwiece poparcia dla siebie.

Protesty Milli i innych nie znalazły jednak żadnego realnego przełożenia politycznego. Politycy i sztandary partyjne nie były na nich mile widziane. W 2013 roku Milla zadeklarowało przystąpienie do koalicji montowanej przez Gordona Bajnaia, ale szybko ją opuściło. Do wyborów w 2014 impet oddolnego protestu opadł – a przynajmniej nie przełożył się na odsunięcie od władzy Fideszu.

W tym samym roku na ulicę znów wyszły dziesiątki tysięcy Węgrów, tym razem w sprzeciwie wobec planu specjalnego podatku od ściągniętych z sieci danych w wysokości około 2,2 euro od gigabajta. Choć protestujący zmusili Orbána do wycofania się z tych planów, to w ciągu czterech lat energia społeczna i organizacyjna, jaka się przy tym wyraziła, może znów zupełnie się rozproszyć i nie znaleźć politycznej artykulacji.

Wnioski dla Warszawy

Jakie wnioski z tego wszystkiego płyną dla Warszawy? Myślę, że jest ich przynajmniej sześć.

1. Pamiętajmy, że do następnych wyborów najpewniej cztery lata. Rozpad obozu PiS jest mało prawdopodobny w tym czasie. Obecne tempo zmian może być grą na zmęczenie opozycji i opinii publicznej ciągłym konfliktem, na wyczerpanie potencjału sprzeciwu, tak by nie wyartykułował się on w samych wyborach, by zdążył do nich opaść. Podobnie jak Orbán z gazem, PiS będzie chciał – po okresie burzy i naporu – „kupić” elektorat: 500 złotymi na dziecko, większą kwotą wolną itd.

2. Opozycja nie może pozwolić PiSowi na triangulację: ustawienie się w centrum sceny politycznej między lewicowo-liberalną opozycją, a jeszcze bardziej antysystemową siłą, skupioną wokół Kukiza, lub Ruchu Narodowego. Do tej pory także sam Jarosław Kaczyński kierował się doktryną, iż nie może mieć opozycji z prawej strony. Dziś jest to także w interesie jego opozycji, nie może dopuścić do wzrostu znaczenia i zalegitymizowania Kukiza, narodowców, czy kolejnej mutacji UPR.

3. PiS zapowiada „wzmacnianie polskiego kapitału”, dzięki partii dobre posady w czyszczonym sektorze publicznym znajdą wierni jej ludzie.  Za cztery lata będziemy mieli silny blok osób zainteresowanych materialnie pozostaniem PiS przy władzy. Opozycja nie może prowadzić polityki w oderwaniu od materialnej bazy. Musi mieć społeczne zakorzenienie, w organizacjach społecznych, obywatelskich, związkach i korporacjach zawodowych.

4. PiS ma bardzo mocną opowieść o Polsce, podobną do autonarracji węgierskiej. Dzięki kontroli nad mediami publicznymi, edukacją i własnym imperium medialnym, będzie ją nieustanie wzmacniał i upowszechniał. PO przegrało także dlatego, że tej opowieści nie miało, uznało, że starczy materialny awans i ciepła woda w kranie, ideolo zrobi się samo. Dziś już chyba nawet bliscy PO intelektualiści widzą, że chyba jednak nie. Ważne jest więc wobec ofensywy PiS wyprodukowanie mocnej narracji o Polsce – może w kilku wersjach, przynajmniej lewicowej i liberalnej – i wysiłek na rzecz budowy infrastruktury do jej upowszechnienia.

5. Wyborcy karzą partię za brak silnego przywództwa i zbytnie zaabsorbowanie sobą. Ale fałszywa jedność, której jedyną przesłanką jest to, że nie jest się Orbánem/Kaczyńskim, także niekoniecznie działa.  Że sklecona naprędce jedność nie działa, pokazała zresztą klęska Zjednoczonej Lewicy.

6. Władzę partii politycznej może odebrać tylko inna partia. Ruchy społeczne są konieczne, ale jeśli nie znajdują partyjnej artykulacji, są bezsilne. Jedyna zmiana może przyjść ze strony partyjnej opozycji. Dlatego wysiłki, zwłaszcza słabszych dziś podmiotów (więc całej lewicy), powinny iść niekoniecznie na budowę szerokich koalicji czy oddolnych inicjatyw społecznych, ale na pracę partyjną.

**Dziennik Opinii nr 6/2016 (1156)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.