Świat

Gra o życie

Poznałam Faheda z Syrii, który w ciągu ostatniego roku dokonał dwudziestu prób. Teraz Fahed próbuje wrócić do swojej rodziny do Grecji – przyszła zima i przejścia są coraz niebezpieczniejsze. Oprócz dwudziestu „rund” w Bośni Fahed ma za sobą trzy próby podróży przez morze z Turcji do Grecji, kilka lat życia w obozie w Turcji oraz kilka lat studiów inżynierskich w Jordanii. „Gra” toczy się dalej.

Po zabiciu generała Kasema Sulejmaniego można się spodziewać pogorszenia sytuacji w regionie Bliskiego Wschodu – a w związku z tym również kolejnych fal migracji. Trasa, którą obecnie uchodźcy próbują dostać się do państw UE, przebiega przez bośniacko-chorwacką granicę. Liczbę nielegalnych migrantów w Bośni i Hercegowinie szacuje się obecnie na blisko dziesięć tysięcy. Co się stanie, jak nagle wzrośnie? Już dziś wiadomo, że ani Bośnia, ani kraje Unii Europejskiej na taki scenariusz nie są przygotowane.

Sasnal: Amerykanie przestraszyli się tego, co zrobili [rozmowa]

Bośniackim pociągiem relacji Sarajewo–Bihać nie wszyscy mogą dotrzeć do stacji końcowej. Na przedostatnim przystanku Bosanska Otoka policjanci wsadzają uchodźców do autobusu, który wraca do stolicy Bośni. W ten sposób policja próbuje zmniejszyć liczbę tych, którzy codziennie, małymi grupami próbują nielegalnie przekroczyć granicę z Chorwacją.

– Zwykle na pięćdziesięciu uchodźców przypada z naszej strony tylko dwóch strażników – mówi pracownik służby granicznej w Bihaciu, Daniel Trivunić. – Grupy nielegalnych migrantów w towarzystwie jednego strażnika kierujemy do obozów. Nie mamy wystarczających sił, żeby nad wszystkim zapanować, jednak warto podkreślić, że nigdy nie spotkała nas agresja ze strony migrantów.

Pociąg do Bihaciu, fot. Agnieszka Zielonka

Niestety agresja napotyka migrantów po drugiej stronie granicy. Uchodźcy się nie buntują, gdy chorwacka straż graniczna zabiera ich ubrania, obuwie, smartfony i wysyła z powrotem do Bośni. Dwudziestoczteroletni Marokańczyk, z którym rozmawiałam, przyznał z bólem, że funkcjonariusz oddawał na niego mocz. Chorwaccy pogranicznicy nadużywają swojej władzy: pisano o tym w prasie, alarmowały o tym NGO-sy. Mówią o tym również migranci. Jasne stało się również, dlaczego w obozie Vučjak, dziesięć kilometrów od Bihaciu, przebywało wielu mężczyzn bez obuwia.

Podczas wizyty w obozie Vučjak na początku grudnia komisarz praw człowieka Rady Europy Dunja Mijatović powiedziała, że „jeśli nie zamkniemy obozu dzisiaj, jutro ludzie zaczną tu umierać”. Po jej reakcji obóz Vučjak został zlikwidowany w ciągu tygodnia. Ale pytań bez odpowiedzi ze strony władz bośniackich pozostaje wiele.

Dlaczego obóz Vučjak powstał na terenach skażonych i zaminowanych i przetrwał aż 179 dni? Dyrektor bośniackiego biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) w Bośni i Hercegowinie, Peter Van Der Auweraert, zaznacza, że alarmował w tej sprawie zarówno instytucje UE, jak i lokalne.

– Obóz Vučjak od początku był złym pomysłem – ocenia Van Der Auweraert. – Warunki panujące w obozie były nieludzkie. Mówiliśmy władzom lokalnym, że pomożemy im go zamknąć, co zostało ostatecznie zrobione. Ale nikt do tej pory nie ma pomysłu, co zrobić z ludźmi.

Planu B nie mają ani władze bośniackie, które określają się jako ofiary tej sytuacji, ani sama UE. 10 grudnia czterystu mieszkańców obozu Vučjak decyzją władz lokalnych zostało przeniesionych do obozu Ušivak pod Sarajewem. Przenosiny odbyły się z dala od kamer i trwały sześć godzin – mniej więcej tyle, ile zajmuje podróż z Vučjaku do Sarajewa.

Około dziesięciu procent przeniesionych uchodźców choruje obecnie na świerzb – tu również panują parszywe warunki – a wszyscy bez wyjątku są przeziębieni. W obozie Ušivak nie przygotowano właściwie dodatkowych miejsc, a jego „powiększenie” było zaskoczeniem zarówno dla dotychczasowych mieszkańców, jak i pracowników obozu. W zimnych, ciemnych i śmierdzących barakach, w których mnożą się choroby, musi teraz starczyć miejsca dla wszystkich.

Obóz Vučjak, fot. Agnieszka Zielonka

Władze bośniackie wyraziły obawę, że ulice Sarajewa zapełnią się osobami żebrzącymi, ponieważ migranci i tak będą próbowali wracać do Bihaciu. Nie jest to proste, bo pociągi i autobusy jadące ze stolicy w kierunku chorwackiej granicy kontrolowane są przez policję.

– Bośniacy nie czują, że są odpowiedzialni za ludzi, którzy znajdują się na ich terytorium – mówi ekspert EUROPEUM Institute for European Policy, Michal Vít. – Przeciwnie, uważają, że odpowiedzialność ta spoczywa na Unii Europejskiej, ponieważ to właśnie tam uciekinierzy chcą ubiegać się o azyl. Dlatego otwarte pozostaje pytanie, czy Bośnia odpowiada politycznie za tych, którym nie udało się dostać do Europy i pozostają na jej terytorium, jak również to, czy odpowiada za nich humanitarnie lub prawnie. Na razie nawet nie ma na ten temat dyskusji.

Około dziesięciu procent przeniesionych uchodźców choruje obecnie na świerzb.

W Bihaciu łatwo rozpoznać migrantów. Podeszłam do małej grupy młodych ludzi z plecakami i zapytałam ich, czy są migrantami, skąd pochodzą i gdzie spędzili ostatnią noc. Po likwidacji obozu Vučjak niektórzy nadal spędzają noce w opuszczonych namiotach lub tym, co po nich zostało. Młodzi Marokańczycy pokazali mi na smartfonie filmik z opuszczonego budynku, w którym rozpalili ogień, żeby się ogrzać. Skarżyli się na swędzenie ciała. Zaprosili mnie do kawiarni, gdzie przesiadują inni migranci.

Później poszliśmy do baru w pobliżu dworca autobusowego. Ostrzegli mnie, żebym nie była zaskoczona, kiedy wszyscy „goście” zaczną uciekać na widok policji. Później faktycznie stałam się świadkiem takiej akcji. I zapytałam, jak z ich perspektywy wygląda „gra” – bo tak migranci nazywają próbę przekroczenia granicy.

Poznałam Faheda z Syrii, który w ciągu ostatniego roku dokonał dwudziestu prób. Teraz Fahed próbuje wrócić do swojej rodziny do Grecji – przyszła zima i przejścia są coraz bardziej niebezpieczne. Oprócz dwudziestu „rund” w Bośni Fahed ma za sobą trzy próby podróży przez morze z Turcji do Grecji, kilka lat życia w obozie w Turcji oraz kilka lat studiów inżynierskich w Jordanii. Dzisiaj jego celem są Niderlandy – na razie bez skutku. „Gra” toczy się dalej.


W barze dowiedziałam się również, że koszt przekroczenia chorwackiej granicy w pojeździe przemytnika kosztuje pięćset euro, włoskiej – pięć tysięcy euro. Przemytników opłaca się w przypadku powodzenia akcji. Można jednak próbować iść pieszo, korzystając z Google Maps.

Fahed zastanawiał się, dlaczego Marokańczycy, Algierczycy czy Pakistańczycy, którzy dominują wśród „graczy”, odważyli się na tę wyprawę, choć w ich krajach nie ma wojny, a podczas „gry” można stracić jeśli nie życie, to na pewno zdrowie.

Puto: Czy Europa ma już plan Ż?

Pierwsza myśl, która pojawia się, kiedy patrzymy w oczy zmęczonych tą „grą” nastolatków, to „wykluczenie”. Homo sacer, termin wprowadzony przez Giorgia Agambena, opisuje więźniów obozów koncentracyjnych, których można zabijać bezkarnie, pozbawić ludzkiej twarzy. Ten „podczłowiek”, pisze Agamben, „torturowany głodem stracił chęć do życia, stał się istotą pozbawioną własnego i właściwego miejsca”. Z powodu konfliktów zbrojnych, terroru władz i ubóstwa homo sacer ucieka z domu i – za naszym przyzwoleniem – podąża tam, gdzie nie ma dla niego miejsca oprócz wzniesionego za unijne fundusze baraku w Bośni i Hercegowinie.

Współpraca: Minority Rights Group International

**

Anastasiya Ilyina – absolwentka Wydziału Historii Brzeskiego Uniwersytetu, absolwentka Studiów Wschodnich Uniwersytetu Warszawskiego, doktorka nauk humanistycznych w zakresie socjologii Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Studiowała prawa człowieka na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. W latach 2010–2019 redaktorka Europejskiego Radia dla Białorusi, w latach 2017–2018 współpracowała z telewizją Biełsat. Pisze o ruchach migracyjnych, prawach mniejszości oraz zagadnieniach tożsamościowych.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.