Gospodarka, Świat

Krócej znaczy lepiej. Jak Islandia skraca czas pracy

Postulat ograniczenia czasu pracy nie jest wyrazem lenistwa, lecz racjonalności. To nie wymówka dla nierobów, tylko próba sprawniejszego zorganizowania naszej aktywności zawodowej, która nie powinna wypełniać całej treści życia człowieka. Udowodnił to eksperyment przeprowadzony w Islandii.

„Chcę świata, w którym pracujemy 4 dni w tygodniu” – napisała na Twitterze Hanna Zagulska, a ten niewinny tweet wzbudził zadziwiająco wiele niezdrowych emocji. „Chcę świata, w którym w ogóle pracujecie, wy nieroby śmierdzące” – odpowiedział jej Paweł Wyrzykowski reprezentujący Konfederację. Pan Paweł faktycznie może się nie orientować, że w Polsce generalnie ludzie pracują – wszak jest członkiem rady Kongresu Polskiego Biznesu, a tego typu ciała są zwykle dosyć oderwane od rzeczywistości. Ich zdaniem nieco więcej czasu wolnego niechybnie sprowadzi człowieka na drogę lenistwa, rozpusty i ogólnego obtłuszczenia, zarówno mentalnego, jak fizycznego.

Jak widać, postępowe idee, mające troszkę ucywilizować otaczający nas świat, w Polsce mają pod górkę. Wystarczy powiedzieć głośno, że coś mogłoby działać lepiej, żeby momentalnie zbiegły się tabuny obrażonych pokrzykiwaczy, którzy za dziecka pracowali w kopalni uranu, a do szkoły pokonywali pięć kilometrów przez las pełen potworów, więc teraz każdy powinien przejść podobnie ciężką szkołę życia.

Na szczęście w wielu innych państwach świata teorie zwolenników uporczywego gnębienia człowieka nie są tak popularne jak w Polsce, dzięki czemu mogą one testować progresywne rozwiązania na większą skalę. Najnowszy przykład nadszedł z niewielkiej Islandii, w której władze stolicy oraz administracja rządowa postanowiły przetestować skrócony tydzień pracy.

Nie jesteśmy wolni, bo życie marnujemy w pracy

Islandzki eksperyment

Na przekór nadwiślańskim malkontentom Islandia istnieje i ma się całkiem nieźle. A szczególnie dobrze mają się pracownicy oraz instytucje objęte pilotażem programu skracania czasu pracy.

Władze miejskie w Reykjavíku zdecydowały się sprawdzić w praktyce skrócony czas pracy w 2014 roku. Celem pilotażu miało być uzyskanie odpowiedzi na dwa pytania: czy dzięki skróconym godzinom pracy łatwiej będzie wiązać życie osobiste z aktywnością zawodową oraz czy krótszy tydzień pracy faktycznie będzie skutkować poprawą produktywności.

Początkowo do pilotażu włączono jedynie małą grupę pracowników dwóch niewielkich instytucji publicznych ze stolicy Islandii, którym skrócono tydzień pracy z 40 do 36 lub 35 godzin. Od tamtego czasu pilotaż rozrastał się prawie trzydzieści razy, a podczas kolejnych rozszerzeń włączano do niego między innymi pracowników przedszkoli, administracji publicznej czy domów opieki. Pod koniec pilotażu dołączyć do niego mógł każdy publiczny zakład pracy w stolicy, który tylko sensownie uargumentował swoją strategię i cele ograniczania pracogodzin.

W 2015 roku podobne testy uruchomił islandzki rząd centralny, zachęcany przez związek zawodowy BSRB. Pod koniec 2016 roku wszystkie instytucje państwowe mogły dołączyć do eksperymentu związanego z ograniczaniem czasu pracy. Na początku znów wybrano cztery państwowe instytucje – między innymi urząd do spraw migracji oraz jedną z komend policji. Następnie program rozszerzano na przykład o placówki ochrony zdrowia.

Łącznie oba pilotaże objęły ponad 2,5 tysiąca osób, czyli 1,3 proc. islandzkiej siły roboczej, której skrócono tygodniowy czas pracy o cztery lub pięć godzin. Pilotaż w instytucjach stolicy trwał do września 2019 roku, a w instytucjach państwowych do 2021 roku. Jakie przyniósł rezultaty?

Latarnia morska na wybrzeżu Islandii. Fot. IraGirichBO/depositphotos.com

Same plusy

Poszczególne instytucje przeorganizowywały swoją pracę na różne sposoby. W niektórych powoływano specjalne komisje, a w innych postanowiono dopracowywać nowe zasady na bieżąco.

W wielu instytucjach nowe zasady pracy kierownictwo ustalało wspólnie z załogą. Dbano, by nadgodziny nie zastąpiły obciętych godzin, co nie wszędzie się udało i w niektórych instytucjach nieznacznie wzrosła liczba nadgodzin. W innych jednak znacznie spadła – na przykład w urzędzie do spraw imigracji liczba nadgodzin spadła trzykrotnie. Generalnie skupiono się na likwidacji niepotrzebnych zadań, skracaniu „meetingów” czy ograniczaniu komunikacji opartej na wiadomościach przesyłanych drogą elektroniczną.

Przyjrzyjmy się efektom eksperymentu z krótszym czasem pracy.

Najwyraźniejsze rezultaty odnotowano w zakresie samopoczucia i dobrostanu pracowników. Niemal wszędzie spadł poziom stresu, za to wzrósł poziom energii. Dodatkowe wolne godziny w tygodniu pracownicy poświęcali między innymi na aktywność fizyczną, spotkania towarzyskie oraz rozwijanie zainteresowań, czyli ogólnie na to, na czym powinno opierać się szczęśliwe życie.

W wielu przypadkach deklarowano poprawę sytuacji osobistej i redukcję napięć w domach. Deklarowane relacje w rodzinach uczestników pilotażu się poprawiły, co świadczy o tym, że postulat ograniczenia czasu pracy ma charakter prorodzinny. Powinien być przez to zdobyć uznanie konserwatystów.

Wzrosła też satysfakcja z pracy, która objawiała się między innymi mniejszą skłonnością do przechodzenia na część etatu w stosunku do grupy kontrolnej. Ograniczenie czasu pracy skutkowało także bardziej egalitarnym podziałem obowiązków domowych – mężczyźni przejmowali więcej zadań od swoich partnerek.

A produktywność? – zapytają sceptycy. Wskaźniki produktywności oraz jakości wykonywanych zadań utrzymały się na wcześniejszym poziomie lub nawet się poprawiły. Dowodzi tego mnóstwo zgromadzonych wskaźników opisujących chociażby szybkość rozpatrywania wniosków w urzędzie imigracyjnym czy poziom zadowolenia z obsługi obywateli w urzędach.

Czterodniowy tydzień pracy dałby odetchnąć planecie

Mniej godzin pracy to mniej kosztów

Choć pilotaże się skończyły, zmieniły one islandzki świat pracy. W latach 2019–2020 podpisano kilkadziesiąt porozumień między czołowymi związkami zawodowymi i konfederacjami pracodawców, które gwarantowały zatrudnionym krótsze godziny pracy lub mechanizmy negocjowania skrócenia pracogodzin. W czerwcu tego roku nowe układy zbiorowe obejmowały 170 tysięcy pracowników, czyli 86 proc. tamtejszej siły roboczej.

I w sumie nie ma w tym niczego zaskakującego. Dowody na skuteczność ograniczania czasu pracy można mnożyć. Dotychczasowe doświadczenia z czterodniowym tygodniem pracy dowiodły już przecież, że krótszy czas pracy sprzyja wyższej produktywności, zdrowiu oraz rzadszym absencjom.

Piętnastogodzinny tydzień pracy? Czemu nie!

czytaj także

W 2019 roku naukowcy z Uniwersytetu w Reading przeanalizowali sytuację w brytyjskich firmach, które zdecydowały się wprowadzić czterodniowy tydzień pracy bez utraty wynagrodzenia. W dwóch trzecich z nich stwierdzono niższy poziom absencji w pracy przy jednoczesnym skoku produktywności. W ponad połowie udało się dzięki temu ograniczyć koszty stałe. Łącznie przełożyło się to na 92 miliardy funtów oszczędności rocznie.

Pozytywne efekty przyniósł także eksperyment w japońskim oddziale Microsoftu, w którym pracownikom w piątki udzielano płatnego urlopu, co zaowocowało skokiem produktywności i znacznym spadkiem kosztów, szczególnie wydatków na energię elektryczną.

Postulat ograniczenia czasu pracy nie jest więc wyrazem lenistwa, lecz racjonalności. Zwolennicy krótszej pracy nie chcą po prostu pracować mniej – chcą pracować lepiej, sprawniej i z większym zaangażowaniem. Krótszy tydzień pracy nie jest więc wymówką dla nierobów, tylko próbą sprawniejszego zorganizowania naszej aktywności zawodowej, która nie powinna wypełniać całej treści życia człowieka.

Krajobraz Reykjavíku, stolicy Islandii. Fot. Wikimedia Commons

Przynajmniej spróbować

Jeśli tę samą pracę można wykonywać w krótszym czasie, to dlaczego tego nie robić?

Sztuczne wydłużanie czasu pracy, byle tylko wyrobić święte osiem godzin, jest wyrazem przywiązania do jakiejś magicznej liczby, która lata temu została określona jako właściwa. Nawet jeśli nie stoi dziś za nią jakieś konkretne uzasadnienie ani siła dowodów.

Skrócenie tygodnia pracy na przykład do czterech dni nie musi oznaczać, że przedsiębiorstwa lub instytucje zaczną pracować na 80 proc. Dodatkowy dzień wolny może być ruchomy, co zapewni podmiotom możliwość utrzymania pięciodniowego tygodnia działalności, dzięki odpowiedniemu dostosowaniu grafiku.

Właściwy tydzień pracy w gospodarce nadal może trwać pięć dni, jednak poszczególni pracownicy będą pracować cztery. Dzięki temu na ulicach miast zrobi się nieco więcej luzu, bo dzienne obłożenie dróg dojazdowych i transportu miejskiego w godzinach szczytu spadnie. Zamiast wysiadywać bezproduktywne godziny w pracy, zatrudnieni skupią się na wykonaniu swoich obowiązków w krótszym czasie, a zyskany w ten sposób dzień spożytkują na rozwijanie relacji rodzinnych i towarzyskich lub własnego potencjału. Krótszy tydzień pracy to inwestycja w kapitał społeczny i rodzinę.

Zapewne nie wszędzie uda się wdrożyć krótszy tydzień pracy, a przynajmniej nie od razu. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba najpierw zacząć próbować.

Zawisza: Czas zawalczyć o to, żeby pracować krócej

W Polsce można na wzór Islandii zacząć od sektora publicznego – urzędów, agencji rządowych i spółek skarbu państwa. Gdy sektor publiczny wypracuje dobre praktyki, można stopniowo rozszerzać nowe regulacje dotyczące czasu pracy na wybrane przedsiębiorstwa z sektora prywatnego – szczególnie te największe, w których potencjał dostosowawczy jest ogromny.

Niemożliwe? Przecież dopiero co duża grupa pracowników płynnie przeszła na pracę w pełni zdalną, co jeszcze przed pandemią wydawało się niewyobrażalne. Nie tak dawno niewyobrażalne wydawało się też prawo wyborcze dla kobiet, długie urlopy macierzyńskie, powszechny system ubezpieczeń społecznych czy nawet 500+. Wszystko to obecnie uważane jest za oczywistość.

Tak zresztą zwykle wygląda wdrażanie społecznego postępu – najpierw jakieś grupki freaków zaczynają postulować „niewyobrażalne rozwiązania”, które szybko zaczynają wyśmiewać tabuny „zdroworozsądkowców”. Następnie postulaty te powoli się przebijają do głównego nurtu, ktoś je zaczyna testować, okazuje się, że faktycznie działają, następnie są wdrażane na dużą skalę. Po latach stają się czymś zupełnie normalnym, natomiast niewzruszeni „zdroworozsądkowcy” znajdują sobie nowe pole do popisu, o tamtym płynnie zapominając. Tak to już bywa, że tacy „zdroworozsądkowcy” zwykle stoją po złej stronie historii.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij