Serwis klimatyczny, Świat

Jeden Biden klimatu nie czyni, ale się stara

W kampanii wyborczej wyraźnie słyszeliśmy od Bidena i Kamali Harris, że reprezentują partię kapitalistyczną, co na ambitnej polityce klimatycznej kładzie się dużym cieniem. Nieco światła wpuszcza wprawdzie młoda lewica, ale czy zmieni podejście demokratów? Rozmowa z Joanną Flisowską z Greenpeace Polska.

Paulina Januszewska: Joe Biden ma bardzo ambitne plany dotyczące polityki klimatycznej USA, jednak nie tak odważne jak te, które w Zielonym Nowym Ładzie proponuje lewicowe skrzydło demokratów. Czy zatem przewidywania, że prezydentura niedawno zaprzysiężonego polityka ma szansę stać się najbardziej „zieloną” w historii USA, nie są przypadkiem na wyrost?

Joanna Flisowska: Na pewno nie można zaprzeczyć temu, że pod względem ambicji klimatycznych Joe Biden wypada zdecydowanie lepiej od swoich poprzedników. Oczywiście nie jest sztuką w tych „zielonych zawodach” pokonać Donalda Trumpa, który podjął mnóstwo decyzji w kierunku pogłębienia kryzysu klimatycznego, chociażby wycofując się z porozumienia paryskiego i stając się bliskim politycznym sprzymierzeńcem koncernów paliwowych.

Pamiętajmy jednak, że wielkie nadzieje pokładano też w Baracku Obamie, który w swojej agendzie nie pomijał kwestii redukcji emisji gazów cieplarnianych i „zielonej transformacji”. Do niego Biden będzie zapewne porównywany najbardziej, ale już teraz widać, że nowy prezydent znacząco się wyróżnia. Najpierw w deklaracjach wyborczych, a teraz – podpisanych rozporządzeniach uczynił klimat priorytetem swoich działań, m.in. w zakresie bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej. To bardzo ważny i dobrze rokujący sygnał, ale czy powód do hurraoptymizmu? Moim zdaniem nie.

Dlaczego?

Bo jego prezydenturę i skuteczność będziemy mogli ocenić dopiero po czynach. Na razie mamy ostrożną nadzieję na zmiany na podstawie dobrze zapowiadającego się opublikowanego pod koniec stycznia pakietu rozporządzeń wykonawczych, mających na celu przeciwdziałanie katastrofie klimatycznej. O studzeniu nadmiernego entuzjazmu mówię też dlatego, że Joe Biden nie jest w stanie wszystkich zapowiadanych reform przeprowadzić sam.

Potrzebuje poparcia Kongresu.

Owszem. Wprawdzie demokraci mają w parlamencie większość, ale dyscyplina wewnątrzpartyjna jest tu znacznie mniejsza niż chociażby w Polsce. Należy się więc spodziewać, że prezydent będzie musiał niejednokrotnie ścierać się z nieprzychylnymi odważnej polityce klimatycznej lub powiązanymi z „brudnym” biznesem kolegami również ze swojego ugrupowania. Pod uwagę należy też wziąć fakt, że USA jest drugim co do wielkości emitentem gazów cieplarnianych na świecie, więc Biden ma przed sobą wielkie wyzwania. Z jednej strony musi wreszcie dokładnie i rzetelnie wyznaczyć cele redukcji emisji gazów cieplarnianych w taki sposób, jakiego wymaga stanowisko nauki, a z drugiej – zacząć faktycznie radykalnie redukować emisje.

Nie ma szczepionki na katastrofę klimatyczną

czytaj także

Biden proponuje całkowitą dekarbonizację energetyki do roku 2035. Z kolei 15 lat później Stany Zjednoczone mają wedle jego planu osiągnąć neutralność klimatyczną. Czy paliwowi potentaci na to pozwolą?

To jedna z przeszkód, której należy obawiać się najbardziej. Już w czasie kampanii wyborczej larum podniosło lobby gazowe, uznając, że odejście od paliw kopalnych do 2035 roku nie powinno obejmować tego sektora energetyki. Powstaje pytanie, czy politycy ugną się pod ciężarem podobnych protestów. Od tego zależy, czy Stany osiągną cele proponowane przez Bidena. Ale nie tylko. Pod uwagę należy też wziąć transport, który w USA generuje duże emisje. Amerykanie bardzo lubią swoje duże samochody, więc przekonanie ich do bardziej przyjaznych planecie rozwiązań nie będzie łatwe. Wprawdzie Joe Biden zapowiedział nakładanie coraz bardziej restrykcyjnych limitów emisji, ale to nie wystarczy. W którymś momencie ten rodzaj transportu trzeba będzie zmienić na oparty o elektryfikację. Nie można zapomnieć również o tym, że w USA ogromny ślad węglowy generuje branża lotnicza. Jeśli pasażerowie nie przesiądą się do transportu naziemnego, w tym środków komunikacji zbiorowej, postulat o zeroemisyjności okaże się jedynie pustą obietnicą Bidena.

Na Bidena czeka wyzwanie, z jakim nie mierzył się dotąd żaden prezydent USA

Nowy prezydent sporo mówi też o klimacie w kontekście polityki zagranicznej, chcąc „przywrócić Ameryce pozycję lidera w dziedzinie zmian klimatycznych”.

I zdaje się, że na razie słowa dotrzymuje. Zaraz po zaprzysiężeniu wrócił do porozumienia paryskiego, a kilka dni temu ogłosił się organizatorem szczytu klimatycznego dla światowych przywódców w Dzień Ziemi, który przypada 22 kwietnia. Poza tym jedno z podpisanych przez niego rozporządzeń wykonawczych uchyla pozwolenie na budowę amerykańsko-kanadyjskiego rurociągu Keystone XL. To dopiero początek, bo Ameryka zobowiązała się do realizacji wielu innych szkodliwych inwestycji (np. Dakota Pipeline), z których – miejmy nadzieję – Biden się wycofa. Nie mam natomiast wątpliwości, że Stany Zjednoczone mają ogromny potencjał, by zostać przewodnikiem i moderatorem międzynarodowej współpracy oraz negocjacji.

To znaczy?

Polityka Bidena może odegrać istotną rolę we wpływaniu na innych wielkich emitentów, jak Kanada, Australia, ale też – mimo zaciętej rywalizacji – Chin. Może będzie się to odbywać w duchu „zielonego wyścigu”, może w ramach wzajemnych nacisków, ale oby – z pozytywnym skutkiem dla planety. Mam tylko nadzieję, że rozmowy na szczycie okażą się czymś więcej niż „zielonym PR-em”, bo USA mają wszelkie narzędzia do tego, by być liderem i wprowadzić nową energię do dynamiki międzynarodowej i działań na rzecz ochrony klimatu. Ale z doświadczenia wiemy, że bywały też wielkim hamulcowym i naczelnym greenwasherem.

A czy w takim kraju jak USA da się przeprowadzić sprawiedliwą „zieloną transformację”? Republikanie krzyczą m.in., że wstrzymanie przez Bidena dzierżaw terenów federalnych pod wydobycie ropy lub gazu odbierze ludziom miejsca pracy.

Pod kątem techniczno-geograficznym USA mają mnóstwo przestrzeni i warunków, by zainwestować w zielone źródła energii – stworzyć elektrownie wiatrowe, słoneczne itd. Analizy ekonomiczne w niemal każdym kraju pokazują, że branża OZE oraz sektor związany z efektywnością energetyczną to kopalnia nowych miejsc pracy. W dodatku jest ich znaczniej więcej i są to zajęcia zdecydowanie lepszej jakości niż te związane z paliwami kopalnymi. Inwestycja w zielone branże to także sposób na wyjście z kryzysu, który wywołała pandemia. Joe Biden zdaje się rozumieć, jak wysoki jest koszt klimatycznej bierności i jak bezsensowne – utrzymywanie coraz bardziej nierentownej branży paliw kopalnych, która pochłania w tej chwili 6,5 proc. światowego PKB. Pytanie tylko, czy prezydentowi uda się otworzyć na to oczy innym.

Jak Biden może jednostronnie przywrócić multilateralizm

Ale czy sam Biden jest w stanie dostrzec, że Ameryka musi przeformułować myślenie o ekonomii i przestać wierzyć w nieskończony wzrost gospodarczy?

Trafiła pani w najsłabszą stronę programu Bidena. Nie możemy zapominać o tym, że jego plan pomija konieczność myślenia o gospodarce w kategoriach postwzrostu. W kampanii wyborczej wyraźnie słyszeliśmy od niego i Kamali Harris, że reprezentują partię kapitalistyczną, co sprawia, że na ambitnej polityce klimatycznej kładzie się duży cień. Nieco światła wpuszcza wprawdzie młoda lewica, ale czy zmieni podejście demokratów? Trudno powiedzieć, choć jest na to coraz bardziej uświadomione zapotrzebowanie społeczne. Kwestie klimatu i zmian systemowych w obrębie gospodarki stają się ważnym filarem w dyskusji o przyszłości USA wśród młodych pokoleń.

Jakie są najmocniejsze i najsłabsze punkty opublikowanego 27 stycznia proklimatycznego pakietu rozporządzeń wykonawczych Bidena?

Ten pakiet to ważny pierwszy krok do koniecznych dalszych zmian systemowych. Wstrzymanie wydawania nowych licencji na wydobycie gazu, węgla czy ropy to absolutna konieczność, ale oczywiście to wciąż za mało. Jednak najsłabszym punktem rozporządzeń wykonawczych prezydenta jest fakt, że są to…  tylko rozporządzenia wykonawcze prezydenta, czyli narzędzie do zmian tu i teraz. Tymczasem historia już nieraz pokazała, że kolejny prezydent może je odwołać równie szybko, jak w tej chwili podpisuje je prezydent Biden. Konieczne jest również wsparcie pozostałych organów władzy i innych aktorów, a przede wszystkim podjęcie działań na poziomie legislacyjnym – Kongresu. To one zapewniają trwałość i pewność podjętych decyzji.

A jak ocenia pani zespół specjalistów ds. klimatu, który wszedł w skład administracji Bidena?

Ta grupa jest bardzo zróżnicowana, ale reprezentuje wysoki poziom kompetencji. Wiele osób, jak chociażby John Kerry, który został mianowany specjalnym wysłannikiem prezydenta do spraw klimatu, ma już ogromne doświadczenie z okresu kadencji Baracka Obamy. To na pewno będzie działało na ich korzyść i może przyczynić się do większej sprawności w działaniu administracji Bidena.

Piszemy o kryzysie klimatycznym:

**
Joanna Flisowska
– szefowa zespołu Klimat i Energia w Greenpeace Polska. Ma wieloletnie doświadczenie w pracy w dziedzinie energetyki i klimatu na polu krajowym i europejskim. W przeszłości pracowała m.in. dla CEE Bankwatch Network czy Climate Action Network (CAN) Europe.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij