🗳️ W Hiszpanii od kilku lat utrwala się dwublokowy układ polityczny: z jednej strony PSOE wraz z partiami lewicowymi i regionalistami, z drugiej Partia Ludowa (PP) oraz Vox. Układ ten zastąpił wcześniejszą bardziej rozproszoną scenę partyjną.
🇪🇸 Pedro Sánchez sprawuje urząd premiera od 2018 roku i tym samym jest drugim najdłużej urzędującym szefem rządu w demokratycznej historii Hiszpanii.
👏🏻 Hiszpania w ostatnich latach notuje wysokie tempo wzrostu gospodarczego na tle Unii Europejskiej oraz spadek bezrobocia.
📈 W ostatnich wyborach regionalnych w kilku wspólnotach autonomicznych Hiszpanii odnotowano wzrost poparcia dla partii prawicowych, w tym PP i Vox. Andaluzja pozostaje jednym z kluczowych politycznie regionów, często traktowanym jako wskaźnik nastrojów ogólnokrajowych.
W połowie maja Pedro Sánchez został drugim najdłużej urzędującym premierem w historii demokratycznej Hiszpanii. Przebił Zapatero oraz Aznara, i chociaż do Felipe Gonzáleza sporo mu brakuje, to i tak jest to wynik robiący wrażenie. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że przez te blisko osiem lat (rocznica objęcia urzędu przypada na 2 czerwca) Sánchez nigdy nie dysponował stabilną większością parlamentarną i cały czas musiał opierać się na chwiejnych sojuszach z pomniejszymi partiami.
Wiele jednak wskazuje na to, że rządy PSOE (Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej) dobiegną końca po zaplanowanych na przyszły rok wyborach parlamentarnych. Sondaże są niekorzystne i przepowiadają zwycięstwo prawicy, czyli konserwatywnej Partii Ludowej (PP) oraz nacjonalistycznego Vox. Negatywne tendencje potwierdzają ostatnie wybory regionalne.
Andaluzja złym prognostykiem?
W niedzielę 17 maja odbyło się głosowanie w Andaluzji, które po wyborach w Aragonii i Kastylii przyniosło już trzeci od początku roku triumf prawicy. Tym razem porażka była dla PSOE tym boleśniejsza, że mowa o najludniejszej ze wspólnot autonomicznych Hiszpanii, a do tego tradycyjnym bastionie socjalistów. Co prawda do jego utraty doszło już w 2018 roku, ale niezdolność do odwrócenia sytuacji nie świadczy pozytywnie o szansach PSOE na utrzymanie władzy w całym kraju. Na dodatek w Andaluzji samodzielną większość straciła PP, co oznacza wspólne rządy z Vox, a każda kolejna taka koalicja na poziomie regionalnym normalizuje radykalną prawicę, sprzyjając dalszemu wzrostowi poparcia dla niej, które już teraz wynosi ok. 17 proc.
Stanowi to obecnie jeden z większych problemów Pedro Sáncheza. Przez lata premier Hiszpanii potrafił przedstawić siebie jako ostatnią zaporę przed skrajną prawicą, polityka zdolnego utrzymać kraj na stabilnym kursie mimo polaryzacji, kryzysów i rozpadu tradycyjnego systemu partyjnego. W ostatnich latach wyraźnie ukształtował się jednak system dwublokowy, gdzie z jednej strony jest PSOE wraz z partiami lewicowymi oraz regionalistami, a z drugiej PP oraz Vox, przy czym ci ostatni wywierają coraz słabszy efekt odstraszający. Po latach dosyć chwiejnych rządów różnorodnej koalicji skupionej wokół Sáncheza to dwupartyjny prawicowy sojusz może wydawać się lepszym gwarantem stabilności.
Dla opozycji korzystne są również problemy prawne przedstawicieli władzy. Przez niemal dekadę rządów PSOE w niepamięć odeszło skorumpowanie PP, a na pierwszy plan wysunęły się skandale z udziałem socjaldemokratycznych polityków. W czasie bieżącej kadencji parlamentu oskarżenia korupcyjne dotknęły m.in. byłego ministra transportu, premiera José Luisa Rodrígueza Zapatero, a także osoby z najbliższej rodziny Sáncheza – jego żonę oraz młodszego brata. Premier ataki na tych ostatnich uznaje za bezpodstawne i oskarża prawicę o instrumentalizację wymiaru sprawiedliwości, ale jego administracja coraz częściej kojarzona jest z malwersacjami finansowymi. To pozwala przyćmić sukcesy lewicowego rządu oraz uczynić daremnymi różne wysiłki jego lidera.
Mocne karty Sáncheza
Na korzyść PSOE przemawia efektywność w zarządzaniu krajem. Hiszpańska gospodarka rośnie w tempie trzykrotnie szybszym niż wynosi średnia dla strefy euro, aż pięciokrotnie przewyższając pod tym względem np. Włochy. Bezrobocie spadło do poziomu najniższego od kryzysu finansowego z 2008 roku, a realne płace wrosły bardziej niż w innych krajach zachodniej Europy. Popularny za sprawą takich wyników minister ekonomii Carlos Cuerpo został niedawno awansowany do pozycji wicepremiera i spekuluje się czasem, że mógłby on w przyszłości stanąć na czele centrolewicowego rządu. Pytanie, czy byłby w stanie dorównać znanemu ze zręczności politycznej Sánchezowi, który jak mało kto umie czytać nastroje społeczne i prowadzić debatę publiczną na własnych warunkach.
Do dobrych przykładów należy niedawna legalizacja pobytu pół miliona imigrantów – był to krok, przed którym PSOE długo opierała się, widząc w nim ryzyko polityczne, a głównym promotorem operacji byli lewicowi sojusznicy Sáncheza oraz organizacje pozarządowe. Jednak gdy rząd przystał na tę propozycję, premier nie próbował wykręcać się i przerzucać odpowiedzialności, a wręcz przeciwnie, przyjął na siebie wywołaną tym posunięciem burzę polityczną. Wystąpił w roli czołowego humanitarysty i przystąpił do punktowania antymigracyjnej retoryki, w pewnym stopniu monopolizując przekaz medialny. Taka postawa Sáncheza z jednej strony utrwala jego dominację po lewej stronie sceny politycznej, z drugiej zapobiega oddaniu pola nacjonalistom w newralgicznych tematach, takich jak imigracja.
Kolejnym atutem hiszpańskiego premiera jest jego polityka zagraniczna. Sánchez w ostatnich miesiącach stał się bohaterem nawet poza granicami własnego kraju za sprawą jednoznacznie propalestyńskiej postawy oraz asertywności względem Donalda Trumpa. Premier Hiszpanii jako jeden z niewielu europejskich przywódców jest w stanie postawić się Amerykanom, co przysparza mu sympatii rodaków – zamieszanie wokół Palestyny i Iranu doprowadziło do odbicia się PSOE w sondażach, choć wciąż niewystarczającego, aby myśleć o zwycięstwie wyborczym. Niezrażony Sánchez poszedł za ciosem, organizując w kwietniu w Barcelonie szczyt progresywistów z całego świata, na którym zebrali się lewicowi przywódcy w rodzaju Claudii Sheinbaum czy Luli da Silvy. Celem było tchnięcie nowej nadziei w obóz postępowy oraz pokazanie, że można dać odpór prawicowej ofensywie.
W samej Hiszpanii niepewne jest powodzenie tych działań. Sánchez pozostaje skutecznym graczem parlamentarnym, ale z coraz większym trudem przychodzi mu mobilizacja swoich wyborców. Niektórzy są rozczarowani niespełnieniem części obietnic – przykładowo wspierający rząd katalońscy regionaliści zablokowali reformę skracającą tydzień pracy, co nie jest jedynym przykładem pokrzyżowania planów rządu przez pomniejszych partnerów – podczas gdy innym przeszkadzają kolejne skandale korupcyjne. Do tego dochodzi jeszcze poważniejsze zniechęcenie u kluczowych sojuszników socjaldemokratów.
Sama PSOE nie wystarczy
Nawet gdyby w najbliższych wyborach Sánchez znowu na ostatniej prostej zdołał wrzucić wyższy bieg i zapewnić PSOE wynik powyżej oczekiwań, to nic to nie da, jeśli socjaldemokratom zabraknie partnerów na lewicy bardziej radykalnej. Ta tymczasem jest obecnie w stanie rozkładu – Podemos stanowi cień dawnej potęgi, Sumar także wytraciło impet i jego liderka Yolanda Diaz zapowiedziała już, że po następnych wyborach usunie się w cień. Gdyby odbyły się one dziś, partie na lewo od PSOE łącznie mogłyby liczyć na kilkanaście mandatów, również za sprawą systemu wyborczego premiującego największe partie (w danym regionie, niekoniecznie krajowe). To sprawia, że rozważane są różne koalicje, które dałyby lewicy szansę na utrzymanie się u władzy.
Najbardziej oczywistym rozwiązaniem jest ponowne zjednoczenie się Sumar i Podemos (obie partie startowały razem w 2023 roku), ale w takim scenariuszu lewica przy obecnym poparciu wciąż byłaby daleka od większości parlamentarnej. Stąd na popularności zyskuje pomysł dodania do tej koalicji lewicowych regionalistów, na czele z katalońską ERC (Republikańska Lewica Katalonii) Gabriela Rufiána, którego typuje się na potencjalnego lidera takiego sojuszu. Zmaksymalizowałby on liczbę uzyskanych mandatów, przynosząc lewicy ok. 60 miejsc w parlamencie, co mogłoby zapobiec powstaniu rządu PP-Vox.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że takie kalkulowanie i liczenie mandatów świadczy o aktualnej słabości sił progresywnych, których stan posiadania mogą ocalić tylko tego typu wybiegi taktyczne. Zastanawiający przy tym jest fakt, że lewica nie zmierza ku porażce ze względu na złe zarządzanie krajem – wskaźniki makroekonomiczne są dla Hiszpanii korzystne, zwłaszcza na tle innych państw Europy zachodniej oraz południowej. Mimo to po ośmiu latach rządów Sáncheza u jego zwolenników oraz sojuszników czuć przede wszystkim zmęczenie. Chociaż może ono być naturalne przy tak długim sprawowaniu władzy, a swoje piętno odcisnął obstrukcjonizm części partnerów koalicyjnych, to niedawne wybory regionalne powinny dać hiszpańskiej lewicy do myślenia. Albo dojdzie do poważnego wstrząsu wewnątrz obozu rządowego, albo pozostaje czekać na zwycięstwo prawicy za rok.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.