Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Melania Palantir: wolność silnych do poniżania słabych

Publikacja akt Epsteina wywołała wśród elit stan permanentnego zagrożenia. Nic dziwnego, że nowi technofaszyści domagają się zamknięcia tych ledwo uchylonych drzwi.

ObserwujObserwujesz
Speaker on a stage with red curtains, arms outstretched and a paper in hand while presenting.
Walka

W połowie kwietnia tego roku Palantir zaprezentował 22-punktową syntezę 320-stronicowej książki The Technological Republic: Hard Power, Soft Belief, and the Future of the West, opublikowanej na początku 2025 roku przez jednego ze współautorów, miliardera i CEO, Alexa Karpa. Oto wybrane główne tezy owego manifestu:

– Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec kraju, który umożliwił jej bujny rozkwit. Technologiczna elita z Doliny Krzemowej ma obowiązek podejmować działania na rzecz obrony narodu. Dla zwycięstwa wolnych i demokratycznych społeczeństw moralny imperatyw to za mało: tu potrzeba twardej siły, a w obecnym stuleciu twarda siła opierać się będzie na oprogramowaniu. Pytanie nie brzmi zatem, czy broń AI powstanie, tylko kto ją zbuduje i w jakim celu. Nasi przeciwnicy nie będą tracić czasu na teatralne dyskusje na temat zasadności rozwijania technologii o krytycznym znaczeniu dla armii i bezpieczeństwa narodowego. Będą przeć naprzód.

Czytaj także Żołnierz może się cofnąć, maszyna nigdy. Sztuczna inteligencja zaczyna zabijać Stuart Russell

Wszechobecnej w pewnych kręgach nietolerancji dla przekonań religijnych należy dawać odpór. Nietolerancja elity wobec religii wymownie świadczy o tym, że jej polityczny projekt jest znacznie mniej otwartym ruchem intelektualnym, niż twierdzą niektórzy w jej szeregach.

– Jeżeli zlikwidujemy przestrzeń na przebaczenie oraz wszelką tolerancję dla złożoności i sprzeczności targających ludzką psychiką, może się wkrótce okazać, że zaczniemy żałować tego, w czyje ręce oddaliśmy stery. Zbyt wielu utalentowanych ludzi nie decyduje się na służbę w ramach aparatu władzy, bo życie prywatne osób publicznych jest bezwzględnie obnażane. Sfera publiczna i wszystkie te płytkie, małostkowe ataki na ludzi, którzy mają odwagę zajmować się czymś innym niż tylko pomnażaniem własnego bogactwa, stały się tak bezlitosne, że kraj może liczyć jedynie na pokaźne grono nieudolnych, pustych naczyń, którym można by wybaczyć ambicję, gdyby tliła się w nich choćby namiastka autentycznych przekonań i wiary.

Nie należy odczytywać tych tez jako oznak konserwatywnego wypaczenia AI: one idealnie odzwierciedlają to, jak w praktyce sztuczna inteligencja działa w naszych społeczeństwach. Nie jest to jakaś ideologia narzucona z zewnątrz na AI: to ideologia, która jest wpisana w jej technologiczną organizację, uniemożliwiając czy przynajmniej marginalizując możliwe alternatywne zastosowania.

Pierwszy punkt zaleca, ni mniej ni więcej, pełną integrację AI ze strukturą obronną (czy też aparatem wojennym, ponieważ Trump zmienił nazwę Ministerstwa Obrony na Ministerstwo Wojny), co jest przedstawiane jako środek konieczny do ochrony otwartości i demokracji. (Nie trzeba chyba dodawać, że taka integracja jest już faktem).

Punkt drugi domaga się stawienia oporu „wszechobecnej w pewnych kręgach nietolerancji dla przekonań religijnych”, przy czym „kręgi” oznaczają oczywiście liberalną elitę. Oto argument, który sugeruje, że nietolerancja wobec religii jest sprzeczna z „otwartością” społeczeństwa. W pewnym stopniu jest to argument, który można zrozumieć – czyż jednak znacznie bardziej wszechobecna i niebezpieczna nie jest dziś nietolerancja zgoła przeciwna, to znaczy nietolerancja wobec krytycznych wątpliwości co do różnych przekonań religijnych?

Najciekawszy wydaje mi się punkt trzeci, czyli utyskiwanie na „bezwzględne obnażanie życia prywatnego osób publicznych”, co mogę odczytywać tylko jako reakcję establishmentu na tzw. rewelacje z akt Epsteina.Po pierwsze, nie zgadzam się na sugerowane powiązanie między punktem drugim i trzecim: „przestrzeń na przebaczenie” musi być osadzona w „autentycznym systemie przekonań i wiary” – doprawdy? Czy ateiści nie mają skłonności do wybaczania, postrzegając istoty ludzkie jako produkt otoczenia, nieponoszący pełnej odpowiedzialności za własne czyny? (Karp prawdopodobnie miał na myśli surowy, „politycznie poprawny” moralizm stosowany wobec rasistów, seksistów itd.). I czyż to nie fanatycy religijni częściej przyjmują nieprzejednaną postawę?

Czytaj także Spoglądając w technofaszystowską otchłań. Majmurek czyta manifest Palantira Jakub Majmurek

Haczyk tkwi w tym, jak rozumiemy „autentyczny system przekonań i wiary”, o którym mówi Karp. W naszych czasach, czasach sztucznej inteligencji, coraz trudniej wyznaczyć tę granicę. W niedawnym podcaście John Oliver wspomniał o niszowych usługach AI, takich jak bible.ai, która pozwala użytkownikom na interakcje z postaciami z Biblii – i zauważył, że w wersji premium przewidziano również możliwość rozmów na chacie z szatanem.

Łatwo sobie z tego drwić, ale Oliver ma rację: skoro istnieją chatboty, które przyzwoicie sprawdzają się w roli psychoanalityków, dlaczego nie może być chatbotów-księży (takowe oczywiście już istnieją), które nie tylko wysłuchają mojej spowiedzi, ale również będą cierpliwie próbowały mnie nawrócić? Gdyby nawet potraktować takie zjawiska z brutalną ironią, uważam, że efekt będzie nieodróżnialny od autentycznej, głębokiej wiary.

Uważam jednak tezę Karpa, być może nawet szczerą, za w swej istocie znacznie bardziej cyniczną. Celem jego krytyki jest sprawa Epsteina. Martwi go, że media tak bezlitośnie rozgrzebują dawne przewinienia biznesmenów, polityków i innych osób ze świecznika, nie zważając na to, że wszystko to działo się lata temu, że ludzie się zmieniają i zasługują na wybaczenie. To dlatego mówi o „okrutnym obnażaniu życia prywatnego” osób publicznych. Publikacja [częściowa – przyp. red.] akt Epsteina wywołała wśród elity stan permanentnego zagrożenia. Jak ujął to pewien komentator, gdyby doprowadzono sprawę do końca i umożliwiono opinii publicznej pełny wgląd w akta, publikując je w całości bez cenzury, cały amerykański deep state rozleciałby się w drobny mak.

I co z tego? – zapytam. Bo przecież nawet jeżeli nie zgodzimy się na nieograniczone sondowanie życia prywatnego osób publicznych, musimy pamiętać, że Karp, który usilnie sprzeciwia się ujawnianiu szczegółów prywatnego życia elit politycznych i społecznych, nawet nie zająknie się o milionach zwykłych ludzi, których tajemnice zostały wyciągnięte na światło dzienne, których życie zniszczyły fałszywe newsy rozpowszechniane przez cyfrowe media prowadzone przez oligarchów pokroju Karpa. I tak docieramy do Melanii i jej niedawnego ataku na komika Jimmy’ego Kimmela:

„Przesiąknięta nienawiścią, agresywna retoryka Kimmela ma wprowadzać podziały w naszym kraju. Jego monolog o mojej rodzinie to nie satyra, to pełne jadu wypowiedzi, które pogłębiają polityczną chorobę toczącą Amerykę. Ludzi takich jak Kimmel nie powinniśmy wpuszczać co wieczór do naszych domów, pozwalając im podsycać nienawiść. Kimmel jak zwykły tchórz chowa się za rozgłośnią ABC, bo wie, że stacja telewizyjna zapewni mu ochronę. Ale czas już powiedzieć dość. Czas, by telewizja ABC zajęła stanowisko. Ile jeszcze razy jej kierownictwo pozwoli Kimmelowi na tego typu potworne zachowania kosztem naszego społeczeństwa?”.

Napisała te słowa Melania Trump, ale uważam, że jej wpis na X powinien być podpisany „Melania Palantir”. Pierwsza dama zaatakowała w ten sposób Kimmela krótko po tym, jak w manifeście Karpa pojawiło się żądanie zaprzestania „bezlitosnego obnażania życia prywatnego osób publicznych” – a co z bezlitosnym obnażaniem prywatnego życia zwykłych Kowalskich,którzy nie są osobistościami ze sfery publicznej?

Czytaj także Polskie #MeToo: Liberalne elity, Pandora Gate, mężczyźni źle socjalizowani i kobiety, które poczuły się molestowane Patrycja Wieczorkiewicz, Maja Staśko

Kimmel – cokolwiek o nim myśleć –analizuje i naśmiewa się z publicznych działań osób takich jak Melania i Trump. O ile mi wiadomo, nie para się ujawnianiem ich prywatnych sekretów, a jedynie wyciąga wnioski z niejednoznacznych i absurdalnych aspektów ich działalności publicznej.

Problem z Melanią polega na tym, że sama napisała autobiografię, w której niektóre elementy jej dawnego życia pozostały owiane tajemnicą. W jaki sposób uzyskała w 2001 roku amerykańską wizę EB-1A uprawniającą do otrzymania zielonej karty i nazywaną „wizą Einsteina”, bo jest przewidziana dla osób mających „nadzwyczajne umiejętności” w dziedzinie sztuki, nauki czy biznesu? Co łączyło ją z Paolo Zampollim? Skoro sama postanowiła ujawnić swoją przeszłość, dopytywanie o luki i nieścisłości w tej historii jest w pełni uzasadnione. Przyglądając się dziwacznej konferencji prasowej Melanii z 9 kwietnia 2026 roku, Melissa Kita pisze:

„»Nigdy nie przyjaźniłam się z Epsteinem […] Dla pełnej jasności: nigdy nie łączyły mnie z Epsteinem ani jego wspólniczką Maxwell żadne stosunki«. Zaraz, zaraz! Odkąd Bill Clinton zaprzeczył, jakoby łączyły go »stosunki seksualne z tą kobietą«, kiedy ktoś twierdzi, że nie łączyły go z kimś stosunki, można to odczytać jako szyfr oznaczający, że łączyło go z tą osobą coś innego. Zachodzimy zatem w głowę, co też tak naprawdę musiało się wydarzyć, skoro Melania twierdzi, że nie miała żadnych »stosunków«, zamiast powiedzieć po prostu, że się nie przyjaźnili? Ale prawdziwa bomba miała dopiero nadejść.

Czytaj także Kto kształtuje moralność sztucznej inteligencji? Od Sama Altmana do Amandy Askell Mateusz Wielgosz

Melania stwierdziła: »Nie jestem ofiarą Epsteina«. Co takiego?! Trudno przecenić siłę rażenia tych słów. Przecież, o ile mi wiadomo, nikt nigdy nie twierdził, że Melania jest jedną z ofiar Epsteina. Zaprzeczając czemuś, co w ogóle nie zostało wypowiedziane, sama wypowiada taką sugestię. Rozumiem działania wyprzedzające w obliczu tego, co ma nieuchronnie nastąpić, ale takie wkładanie kija w mrowisko to coś zupełnie innego. To jej własne słowa każą mi się teraz zastanawiać, czy być może jednak w jakiś sposób, nawet bardzo pośredni, Melania nie była jednak ofiarą Epsteina. Być może błądzę w swoich rozważaniach, ale jest to myśl, którą podsunęła mi ona sama. Musiała wiedzieć, że właśnie taki będzie skutek”.

Jestem filozofem, dlatego uważam, że mamy tutaj do czynienia z negatywnością w rozumieniu Hegla: czemu Melania broni się przed czymś, o co nikt jej nie oskarżał? Dlaczego postąpiła w sposób, który nadał realne kształty temu, czemu ona sama zaprzeczyła? Jej oświadczenie należy oczywiście interpretować dosłownie: nie była ofiarą Epsteina, ale…

Ponadto, jak zauważa wielu komentatorów, gdyby Melania naprawdę zamartwiała się chorobą polityczną toczącą USA, powinna zacząć od krytyki obsceniczności i bezguścia w wydaniu własnego męża. Ona jednak woli nawoływać do otwartego, instytucjonalnego cenzurowania osób, których programy jej się nie podobają.

Zbliża ją to do Karpa, który zabiega o ochronę wolności słowa, ale tylko wolności trumpowskiej, wolności silnych, tak by mogli obrażać i upokarzać słabych (migrantów, niebiałych, mniejszości seksualne, ludzi biednych i po prostu bezsilnych), a nie o prawo prześladowanych i wykorzystywanych do bycia usłyszanym. I z pewnością nie o prawo do bezwzględnego (bo czemu nie) ujawniania przestępczego oblicza elit.

**
Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

ObserwujObserwujesz

Słoweński socjolog, filozof, marksista, psychoanalityk i krytyk kultury. Jest profesorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Ljubljanie, wykłada także w European Graduate School i na uniwersytetach amerykańskich. Jego książka Revolution at the Gates (2002), której polskie wydanie pt. Rewolucja u bram ukazało się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w 2006 roku (drugie wydanie, 2007), wywołało najgłośniejszą w ostatnich latach debatę publiczną na temat zagranicznej książki wydanej w Polsce. Jest również autorem W obronie przegranych spraw (2009), Kruchego absolutu (2009) i Od tragedii do farsy (2011).

Tagi:
Wydanie: 20260530

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x