Obiecywane im są nagrody wszelakie – od zwolnień z zakładów karnych, przez medale, po 72 hurysy. Realnie większość zarobi garść ziemi, PTSD i kalectwo. A jednak model ten jest realizowany z niewielkimi modyfikacjami przez kolejne wieki i milenia.
Kluczowy jest nadmiar. Brzmi to okropnie, ale męskie życie to towar niezwykle tani i pieniądz łatwy do wydania. O „nadmiarowości” męskiego życia decydowała zawsze jego nadpodaż względem tego, co społeczności niezbędne do reprodukcji. Mężczyzn potrzeba do tego celu znacznie mniej niż kobiet – i tylko przyjęta aktualnie w naszym kręgu kulturowym norma sprawia, że dominują pary monogamiczne.
Modeli oczywiście jest bardzo wiele, ale zauważalnym trendem w dziejach bywała i nadal bywa poligamia. Od haremów, przez do dziś uznawane w niektórych kulturach wielożeństwo, po praktyki uprzywilejowanych mężczyzn oprócz żon mających kochanki (a czasem korzystających do tego z usług pracownic seksualnych) – jak świat światem panowie o wysokim statusie społecznym dość konsekwentnie starali się maksymalizować liczbę partnerek. W efekcie mężczyźni o statusie niższym byli w tej materii na debecie. Kiedy więc liczba młodych mężczyzn nagle rosła – a to z racji poprawy stanu zdrowia, a to większej podaży żywności – okazywało się, że dla wielu nie ma partnerek, które sami uznają za atrakcyjne.
Utylizacja albo inkarceracja
Cóż można było uczynić z tą nieszczęsną, buzującą testosteronem kohortą? Otóż, w interesie elit, które dalej pragnęłyby obcować z żoną, kochanką, drugą żoną, a i jeszcze młodą „masażystką”, nie będąc narażonym na gniew pozbawianych na starcie szans w tej konkurencji młodzików, było zająć ich czymś innym. Najlepszym zaś sposobem na „utylizację” nadmiaru mężczyzn zawsze była wojna. Jeśli przegrana – masowe groby rozwiązywały problem. Jeśli zwycięska – i tak ginęła w nich znaczna część młodych mężczyzn, a reszta mogła liczyć na rabunki i gwałty, a także niewolnice i branki. Przy dobrych wiatrach można było nawet wejść w buty wymordowanych elit podbitego ludu, tworząc przy okazji legendę o odcieniu heroicznym.
Nowoczesność dorzuciła kolejny sposób na likwidację „nadmiaru” mężczyzn: więzienie. Najpierw więc kryminalizacja, potem zamknięcie w odosobnieniu. Opcja bardziej humanitarna i sprytniejsza, bo zamiast bojowej chwały więźniowie noszą społeczne piętno. Żeby nie było: nie twierdzę wcale, że głównym motorem spisywania kodeksów karnych i budowania zakładów penitencjarnych był diaboliczny plan najbogatszych mężczyzn, którzy pragnęli tylko pozbyć się seksualnej konkurencji. Nie będę się tu kłócił z Foucaultem czy Marksem – zauważam po prostu, że ta pieczeń też się przy tym ogniu piekła. Dodatkowo „humanitarność” więzienia odbierała młodym mężczyznom opcję „heroicznego” wojennego awansu, więc jeszcze bardziej cementowała elity i likwidowała pewien systemowy „wentyl bezpieczeństwa”.
Dlatego pozyskiwanie przez Rosję ochotników do inwazyjnej armii w zakładach karnych nie jest systemową aberracją, tylko próbą przekierowania „nadmiarowego zasobu”. Ten proces jest tym lepiej widoczny, im gwałtowniej Rosji potrzeba nowych rekrutów. Oskar Dirlewanger i jego „wesoła” gromadka, radzieckie Sztrafbaty, Legia Cudzoziemska i inne jednostki kolonialne – pomysł jest nienowy i, od kiedy istnieją więzienia, z nimi równoległy.
Longue durée ekspansji przez młóckę
Pozbywanie się „nadmiaru” młodych mężczyzn poprzez wojnę jest jednak dużo starsze niż wiek XX czy nawet nowoczesność. Można powiedzieć, że leży też u podstawy globalnego rozpowszechnienia rodziny języków indoeuropejskich. Mówi nimi obecnie prawie połowa ludzkości, a zaczęło się przecież dość skromnie. Około 5700-5200 lat temu między Wołgą a Donem udomowiono bowiem konia. Kilka stuleci później powstał rydwan – starożytny odpowiednik czołgu. I tak oto dawniej nieprzebyty eurazjatycki step zamienił się w swoistą autostradę, a wcześniej przywiązani do ziemi miejscowi rozpoczęli ekspansję.
Nie była to jedna wielka inwazja, raczej seria mniejszych, pojedynczych eskapad. Ich model był powtarzalny i całkiem prosty. Kiedy rodziło się zbyt wielu synów, zaburzając prostą reprodukcję pokoleń (ówczesny system był na to bardzo wrażliwy, nie było wielkich nadmiarów żywności jak dzisiaj), usuwano ich ze społeczności w sposób dość ujednolicony i systemowy. Tworzyli bowiem grupy młodych wojowników – kóryosów. Tak wedle współczesnej naukowej rekonstrukcji w języku praindoeuropejskim brzmiał termin opisujący wojenną drużynę młodzieńców. Później nazywano ją w krajach kultur indoeuropejskich najróżniej – fianna w Irlandii, Männerbundem u Germanów, efebami w Grecji czy Marutami w Indiach.
Regularnie wysyłane w świat grupy młodzieńców albo ginęły w boju, albo podporządkowywały sobie nowe terytoria. Pozwalało to nie tylko utrzymać patriarchalny model na stepie, ale przenosić go dalej i instalować w nowych miejscach. Stąd też wzięły się nasze mity o wilkołakach, dużo – jak się okazuje – starsze niż skandynawscy berserkerzy. Ubrani w wilcze skóry i czczący wilczego boga kóryosi rozpoczęli model, który w Polsce dotrwał (dyskursywnie) aż do wierszy Herberta o „żołnierzach wyklętych”, którzy przecież także młodzi, walcząc i idąc na zmielenie, żyli „prawem wilka”. Ów topos ma, lekko licząc, skromne pięć tysięcy lat albo i więcej.
Uzbrojeni w konie i rydwany praindoeuropejczycy zmietli przeciwników z planszy. Naukowcy szacują, że wskutek tej serii inwazji zanikło na podbitych terenach 90 proc. męskich linii genetycznych. Wedle wspólnych wyliczeń archeologów i genetyków na jednego mężczyznę przypadało wówczas średnio 17 kobiet.
Dla wojowników tego „dżihadu” zastępy „hurys” nie były więc snem o pośmiertnej nagrodzie, ale całkiem realnym benefitem za życia. Jeżeli zdarzyło się kiedyś tak zapładniające umysły skrajnej prawicy „wielkie zastąpienie”, to wówczas właśnie. Dla podbijanych oznaczało to masowe mordy, gwałty i zniewolenie, a i niejeden zdobywca kończył z włócznią w piersi. Z pewnością skala możliwego sukcesu reprodukcyjnego działała młodym wojownikom na wyobraźnię albo wprost, albo poprzez heroiczne sagi i fantazje. Z takich bowiem grup inwazyjnych rekrutowały się elity podbitych społeczności; to im dostawały się lepsze pastwiska i ziemie, żony, niewolnicy. Tak postępowała, nazwijmy to roboczo, „akumulacja pierwotna” epoki brązu.
Efektem było też rozprzestrzenienie się języków indoeuropejskich. Spośród ich poprzedników w Europie uchowały się tylko baskijski w Pirenejach, języki kaukaskie, Saamowie na dalekiej Północy, języki uralskie w Rosji oraz fiński i estoński: występujące na trudno dostępnych lub pogodowo nieprzychylnych terenach. Irańczycy i Indusi, Hetyci i Ormianie, Słowianie i Bałtowie, Germanie i Celtowie, Rzymianie i Grecy – wszyscy mówili lub dalej mówią „po indoeuropejsku”.
Z czasem wskutek kolonizacji języki indoeuropejskie objęły w posiadanie również obie Ameryki i Australię, zostały też narzucone sporej części Afryki. Model zapoczątkowany przed pięcioma tysiącami lat pozwolił na ekspansję o niespotykanej wcześniej skali.
Witajcie w „przedwojniu”
Dopóki istniała duża liczba „nadmiarowych” mężczyzn, poprzez wieczne wojny i ekspansję można było reprodukować model na zewnątrz, kosztem innych społeczności. Jednocześnie to regularne „upuszczanie krwi” utrzymywało wewnątrz model „patriarchy” – zarówno na poziomie dóbr, jak i relacji. Wydawałoby się więc, że spadająca na globalnej Północy dzietność wpłynie na ograniczenie tak konfliktów, jak i liczby więźniów. Pechowo jednak na ten proces nałożyła się dzisiaj dezindustrializacja, robotyzacja i wdrażanie sztucznej inteligencji. Mimo spadku liczby narodzin rok w rok rośnie więc armia niepotrzebnych nikomu mężczyzn.
Nie wchłonie ich przemysł, nie zagospodaruje rynek, a więzienia w wielu krajach (np. w Polsce) pękają w szwach. Sami nie mają na siebie pomysłu. Boga nie ma (bośmy go pochowali i nic nie może już nikomu kazać czy wyjaśnić), kobiety nie chcą siedzieć cicho, tylko robią kariery w polityce, biznesie i nauce, a ich oczekiwania wobec partnera są, rzekłbym, dość ambitne. Rozwarstwienie majątkowe na świecie tylko wzrasta, więc ci mężczyźni są nie tylko zbędni – są także biedni.
Kochani, gotujcie się więc na wielkie mielenie, bo ono nadejdzie niedługo. Ukraina już dziś pokazuje, jak ten tragiczny proces wygląda.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.