Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Mięso armatnie: długie trwanie

Najlepszym sposobem na usunięcie ze społeczeństwa nadmiaru mężczyzn zawsze była wojna. Rolę mięsa armatniego mężczyźni grają znacznie dłużej, niż im się wydaje, bo już piąte milenium. Im prędzej to zrozumieją, tym lepiej.

ObserwujObserwujesz
Dwie figurki żołnierzy z karabinami na gołej ziemi
Walka

Obiecywane im są nagrody wszelakie – od zwolnień z zakładów karnych, przez medale, po 72 hurysy. Realnie większość zarobi garść ziemi, PTSD i kalectwo. A jednak model ten jest realizowany z niewielkimi modyfikacjami przez kolejne wieki i milenia.

Kluczowy jest nadmiar. Brzmi to okropnie, ale męskie życie to towar niezwykle tani i pieniądz łatwy do wydania. O „nadmiarowości” męskiego życia decydowała zawsze jego nadpodaż względem tego, co społeczności niezbędne do reprodukcji. Mężczyzn potrzeba do tego celu znacznie mniej niż kobiet – i tylko przyjęta aktualnie w naszym kręgu kulturowym norma sprawia, że dominują pary monogamiczne.

Czytaj także Fetysz wojny. Co się dzieje, gdy mężczyznom odbiera się agresję? Przemysław Witkowski

Modeli oczywiście jest bardzo wiele, ale zauważalnym trendem w dziejach bywała i nadal bywa poligamia. Od haremów, przez do dziś uznawane w niektórych kulturach wielożeństwo, po praktyki uprzywilejowanych mężczyzn oprócz żon mających kochanki (a czasem korzystających do tego z usług pracownic seksualnych) – jak świat światem panowie o wysokim statusie społecznym dość konsekwentnie starali się maksymalizować liczbę partnerek. W efekcie mężczyźni o statusie niższym byli w tej materii na debecie. Kiedy więc liczba młodych mężczyzn nagle rosła – a to z racji poprawy stanu zdrowia, a to większej podaży żywności – okazywało się, że dla wielu nie ma partnerek, które sami uznają za atrakcyjne.

Utylizacja albo inkarceracja

Cóż można było uczynić z tą nieszczęsną, buzującą testosteronem kohortą? Otóż, w interesie elit, które dalej pragnęłyby obcować z żoną, kochanką, drugą żoną, a i jeszcze młodą „masażystką”, nie będąc narażonym na gniew pozbawianych na starcie szans w tej konkurencji młodzików, było zająć ich czymś innym. Najlepszym zaś sposobem na „utylizację” nadmiaru mężczyzn zawsze była wojna. Jeśli przegrana – masowe groby rozwiązywały problem. Jeśli zwycięska – i tak ginęła w nich znaczna część młodych mężczyzn, a reszta mogła liczyć na rabunki i gwałty, a także niewolnice i branki. Przy dobrych wiatrach można było nawet wejść w buty wymordowanych elit podbitego ludu, tworząc przy okazji legendę o odcieniu heroicznym.

Czytaj także Nie jesteśmy zimnymi draniami. Ale niektórym zależy, byśmy się tacy stali Tomasz S. Markiewka

Nowoczesność dorzuciła kolejny sposób na likwidację „nadmiaru” mężczyzn: więzienie. Najpierw więc kryminalizacja, potem zamknięcie w odosobnieniu. Opcja bardziej humanitarna i sprytniejsza, bo zamiast bojowej chwały więźniowie noszą społeczne piętno. Żeby nie było: nie twierdzę wcale, że głównym motorem spisywania kodeksów karnych i budowania zakładów penitencjarnych był diaboliczny plan najbogatszych mężczyzn, którzy pragnęli tylko pozbyć się seksualnej konkurencji. Nie będę się tu kłócił z Foucaultem czy Marksem – zauważam po prostu, że ta pieczeń też się przy tym ogniu piekła. Dodatkowo „humanitarność” więzienia odbierała młodym mężczyznom opcję „heroicznego” wojennego awansu, więc jeszcze bardziej cementowała elity i likwidowała pewien systemowy „wentyl bezpieczeństwa”.

Dlatego pozyskiwanie przez Rosję ochotników do inwazyjnej armii w zakładach karnych nie jest systemową aberracją, tylko próbą przekierowania „nadmiarowego zasobu”. Ten proces jest tym lepiej widoczny, im gwałtowniej Rosji potrzeba nowych rekrutów. Oskar Dirlewanger i jego „wesoła” gromadka, radzieckie Sztrafbaty, Legia Cudzoziemska i inne jednostki kolonialne – pomysł jest nienowy i, od kiedy istnieją więzienia, z nimi równoległy.

Longue durée ekspansji przez młóckę

Pozbywanie się „nadmiaru” młodych mężczyzn poprzez wojnę jest jednak dużo starsze niż wiek XX czy nawet nowoczesność. Można powiedzieć, że leży też u podstawy globalnego rozpowszechnienia rodziny języków indoeuropejskich. Mówi nimi obecnie prawie połowa ludzkości, a zaczęło się przecież dość skromnie. Około 5700-5200 lat temu między Wołgą a Donem udomowiono bowiem konia. Kilka stuleci później powstał rydwan – starożytny odpowiednik czołgu. I tak oto dawniej nieprzebyty eurazjatycki step zamienił się w swoistą autostradę, a wcześniej przywiązani do ziemi miejscowi rozpoczęli ekspansję.

Nie była to jedna wielka inwazja, raczej seria mniejszych, pojedynczych eskapad. Ich model był powtarzalny i całkiem prosty. Kiedy rodziło się zbyt wielu synów, zaburzając prostą reprodukcję pokoleń (ówczesny system był na to bardzo wrażliwy, nie było wielkich nadmiarów żywności jak dzisiaj), usuwano ich ze społeczności w sposób dość ujednolicony i systemowy. Tworzyli bowiem grupy młodych wojowników – kóryosów. Tak wedle współczesnej naukowej rekonstrukcji w języku praindoeuropejskim brzmiał termin opisujący wojenną drużynę młodzieńców. Później nazywano ją w krajach kultur indoeuropejskich najróżniej – fianna w Irlandii, Männerbundem u Germanów, efebami w Grecji czy Marutami w Indiach.

Czytaj także „U zarania wszystkiego”, czyli o tych, którzy nie chcieli być początkiem naszej cywilizacji Łukasz Moll

Regularnie wysyłane w świat grupy młodzieńców albo ginęły w boju, albo podporządkowywały sobie nowe terytoria. Pozwalało to nie tylko utrzymać patriarchalny model na stepie, ale przenosić go dalej i instalować w nowych miejscach. Stąd też wzięły się nasze mity o wilkołakach, dużo – jak się okazuje – starsze niż skandynawscy berserkerzy. Ubrani w wilcze skóry i czczący wilczego boga kóryosi rozpoczęli model, który w Polsce dotrwał (dyskursywnie) aż do wierszy Herberta o „żołnierzach wyklętych”, którzy przecież także młodzi, walcząc i idąc na zmielenie, żyli „prawem wilka”. Ów topos ma, lekko licząc, skromne pięć tysięcy lat albo i więcej.

Uzbrojeni w konie i rydwany praindoeuropejczycy zmietli przeciwników z planszy. Naukowcy szacują, że wskutek tej serii inwazji zanikło na podbitych terenach 90 proc. męskich linii genetycznych. Wedle wspólnych wyliczeń archeologów i genetyków na jednego mężczyznę przypadało wówczas średnio 17 kobiet.

Dla wojowników tego „dżihadu” zastępy „hurys” nie były więc snem o pośmiertnej nagrodzie, ale całkiem realnym benefitem za życia. Jeżeli zdarzyło się kiedyś tak zapładniające umysły skrajnej prawicy „wielkie zastąpienie”, to wówczas właśnie. Dla podbijanych oznaczało to masowe mordy, gwałty i zniewolenie, a i niejeden zdobywca kończył z włócznią w piersi. Z pewnością skala możliwego sukcesu reprodukcyjnego działała młodym wojownikom na wyobraźnię albo wprost, albo poprzez heroiczne sagi i fantazje. Z takich bowiem grup inwazyjnych rekrutowały się elity podbitych społeczności; to im dostawały się lepsze pastwiska i ziemie, żony, niewolnicy. Tak postępowała, nazwijmy to roboczo, „akumulacja pierwotna” epoki brązu.

Efektem było też rozprzestrzenienie się języków indoeuropejskich. Spośród ich poprzedników w Europie uchowały się tylko baskijski w Pirenejach, języki kaukaskie, Saamowie na dalekiej Północy, języki uralskie w Rosji oraz fiński i estoński: występujące na trudno dostępnych lub pogodowo nieprzychylnych terenach. Irańczycy i Indusi, Hetyci i Ormianie, Słowianie i Bałtowie, Germanie i Celtowie, Rzymianie i Grecy – wszyscy mówili lub dalej mówią „po indoeuropejsku”.

Z czasem wskutek kolonizacji języki indoeuropejskie objęły w posiadanie również obie Ameryki i Australię, zostały też narzucone sporej części Afryki. Model zapoczątkowany przed pięcioma tysiącami lat pozwolił na ekspansję o niespotykanej wcześniej skali.

Czytaj także Politycy nowej (de)kadencji mówią wprost: będzie wojna Katarzyna Przyborska

Witajcie w „przedwojniu”

Dopóki istniała duża liczba „nadmiarowych” mężczyzn, poprzez wieczne wojny i ekspansję można było reprodukować model na zewnątrz, kosztem innych społeczności. Jednocześnie to regularne „upuszczanie krwi” utrzymywało wewnątrz model „patriarchy” – zarówno na poziomie dóbr, jak i relacji. Wydawałoby się więc, że spadająca na globalnej Północy dzietność wpłynie na ograniczenie tak konfliktów, jak i liczby więźniów. Pechowo jednak na ten proces nałożyła się dzisiaj dezindustrializacja, robotyzacja i wdrażanie sztucznej inteligencji. Mimo spadku liczby narodzin rok w rok rośnie więc armia niepotrzebnych nikomu mężczyzn.

Nie wchłonie ich przemysł, nie zagospodaruje rynek, a więzienia w wielu krajach (np. w Polsce) pękają w szwach. Sami nie mają na siebie pomysłu. Boga nie ma (bośmy go pochowali i nic nie może już nikomu kazać czy wyjaśnić), kobiety nie chcą siedzieć cicho, tylko robią kariery w polityce, biznesie i nauce, a ich oczekiwania wobec partnera są, rzekłbym, dość ambitne. Rozwarstwienie majątkowe na świecie tylko wzrasta, więc ci mężczyźni są nie tylko zbędni – są także biedni.

Kochani, gotujcie się więc na wielkie mielenie, bo ono nadejdzie niedługo. Ukraina już dziś pokazuje, jak ten tragiczny proces wygląda.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x