Świat

Trump nie był pierwszy, nie będzie ostatni. Po nim przyjdzie ktoś jeszcze bardziej bezwzględny

Fot. Backbone Campaign/Flickr.com

Przed Trumpem byli inni politycy, którzy słowami o wolności jednostki i oszczędnym gospodarowaniu przykrywali mizoginię, rasizm i nazistowskie ciągoty. Po Trumpie też przyjdzie ktoś taki, cwańszy od niego i skuteczniej trzymający się władzy.

Uff… Joe Biden oficjalnie został prezydentem USA. Ulga jest niemała, w końcu ktoś przewidywalny zasiądzie u sterów światowego mocarstwa – od którego, jakkolwiek by nie patrzeć, zależy bezpieczeństwo sporej części świata, w tym Polski. A nerwy były. Proces przekazania władzy, zazwyczaj śmiertelnie nudny i śledzony z uwagą jedynie przez nałogowo konsumujących kanały informacyjne, tym razem budził sporo emocji. Po miesiącach mniej lub bardziej legalnych prób zakwestionowania wyników wyborów doszło do czegoś w rodzaju próby zbrojnego przejęcia władzy, a kolejne doniesienia o możliwych celowych zaniedbaniach ze strony służb federalnych i ich powiązaniach ze skrajną prawicą oraz planach kolejnych działań zbrojnych nie uspokajały nastrojów.

Jeszcze nigdy Kongres USA nie uznawał zwycięzcy wyborów prezydenckich w takich warunkach

Odchodzący Donald Trump zapowiedział, że wystartuje w prezydenckim wyścigu jeszcze raz, w 2024 roku. Demokraci zrobią, co mogą, by mu to uniemożliwić – ale jeśli nie będzie to Trump, to pojawi się zapewne inny, podobny kandydat – i jeśli nie w 2024 roku, to cztery lata później. Prawda jest taka, że będziemy mieli do czynienia z lepszym, cwańszym Trumpem dlatego, że sam Trump jest udoskonaloną wersją innego amerykańskiego polityka, nazisty i byłego przywódcy Ku Klux Klanu – Davida Duke’a. I nie chodzi nawet o to, że raz wypuszczonego z butelki dżina nie da się łatwo poskromić. Trump, wkraczając do Białego Domu, wcale nie otworzył żadnej puszki Pandory. Wszystkie elementy układanki były dobrze znane od bardzo dawna.

Trump odchodzi, wyborcy zostają

Republikanie wiedzą, że jakiś Trump jest im potrzebny – a mówiąc bardziej precyzyjnie, są im potrzebni jego wyborcy. Świadczą o tym reakcje na wspomniane już krwawe zamieszki na Kapitolu.

Pozornie było to wydarzenie, które pozwoliło im z Trumpem zerwać. Jeden z senackich lojalistów byłego prezydenta Lindsey Graham powiedział 7 stycznia, że Trump „musi zrozumieć, że jego działania są problemem”. Wezwał też, by nie ułaskawiać uczestników szturmu na Kapitol (tak, prezydent USA może ułaskawiać osoby, którym nawet nie postawiono jeszcze zarzutów). Lider senackiej większości Mitch McConnell stwierdził z kolei, że tłum, który zdemolował amerykański parlament, karmiono kłamstwami – i mówiło się nawet, że rozważa poparcie impeachmentu Trumpa w Senacie. Co więcej, amerykańscy parlamentarzyści, którzy podważali wygraną Bidena, zaczęli tracić swoich korporacyjnych sponsorów.

Historyczny impeachment Trumpa przegłosowany. „Podżegał do obalenia władzy”

Jednak bliższe przyjrzenie się zachowaniu republikanów sugeruje, że ich reakcja była dużo bardziej dwuznaczna, zwłaszcza w obliczu sondaży, które pokazują, że ponad 40 proc. republikańskich wyborców popiera wydarzenia z 6 stycznia, a aż 70 proc. nie wierzy, że listopadowe wybory były „wolne i uczciwe”.

Podczas jednej z konferencji prasowych ten sam Lindsey Graham winą za polaryzację nastrojów obarczał media. Żona McConnella, Elaine Chao, ogłosiła rezygnację z funkcji sekretarza transportu, kiedy media doniosły o zakulisowych rozmowach zastosowania 25. poprawki do amerykańskiej konstytucji. Pozwala ona odebrać prezydentowi władzę głosami większości członków rządu, jeśli uznają, że nie jest on w stanie wykonywać swoich obowiązków. Szkopuł w tym, że aby móc głosować nad odsunięciem prezydenta od władzy, trzeba być członkiem rządu – rezygnacja Chao wygląda więc nie jak gest oburzenia, ale umywanie rąk. Koniec końców, Trumpa można się będzie pozbyć, ale raczej nie w taki sposób, by uniknąć przy tym zantagonizowania kilkudziesięciu milionów wyborców, którzy wierzą, że były prezydent ma rację.

Wygrana wielkiego guślarza

Trumpowi szlak przetarł inny polityk, David Duke. Łatwo zbywać go jako wariata. Obecnie pamiętany jest głównie ze swojego gorącego poparcia dla Trumpa podczas spędu skrajnej prawicy wszelkich odcieni w Charlottesville w Wirginii w 2017 roku. Duke przepowiadał wtedy, że „Trump odzyska nasz kraj”; maszerujący z pochodniami i swastykami dziarscy chłopcy krzyczeli „Żydzi nas nie zastąpią”, a potem prawicowy terrorysta wjechał samochodem w tłum kontrdemonstrantów, mordując jedną osobę.

Charlottesville i długi romans Trumpa ze skrajną prawicą

Ci z lepszą pamięcią pewnie wymienią takie pozycje z jego z CV jak szefowanie Rycerzom Ku Klux Klanu (jego oficjalny tytuł brzmiał Grand Wizard), utratę przywództwa nad rzeczoną organizacją za rozwiązłość seksualną (co uznano za zachowanie niegodne białego rasisty XD), szerzenie antysemickich teorii spiskowych (łącznie z negowaniem Holokaustu), odsiadkę w więzieniu za oszustwa i niejeden przegrany wyścig na polityczne stanowisko.

Historia Duke’a – przerażająco wiernego swoim poglądom nazisty i rasisty, prywatnie czarującego kobieciarza, a publicznie rzecznika prawicowej ekstremy spod znaku hakenkreuza, cwaniaka, który z działalności politycznej uczynił sposób na zarabianie pieniędzy – brzmi równie fascynująco, co groźnie. Wszystkim zainteresowanym polecam doskonały, czwarty sezon podcastu „Slowburn”, który opowiada historię wielkiego guślarza.

Przy tych wszystkich perypetiach nie należy jednak zapomnieć, że w 1989 roku Duke zdobył fotel w stanowej legislaturze w Luizjanie. W prawyborach pokonał republikanina Johna Speira Treena, brata ówczesnego gubernatora stanu, kandydata popieranego przez całą wierchuszkę partii, w tym urzędującego prezydenta George’a Busha seniora i jego poprzednika, Ronalda Reagana. W 1991 roku, kiedy ubiegał się o fotel gubernatora Luizjany, co prawda przegrał, ale otrzymał niemal 39 proc.głosów. Zwycięstwo jego kontrkandydata uznano za miażdżące, ale fakt, że aż taka część elektoratu zdecydowała się poprzeć byłego członka KKK i American Nazi Party, powinna być sygnałem ostrzegawczym.

Trumpizm avant la lettre i koalicja sfrustrowanych

Swój krótkotrwały sukces polityczny Duke zawdzięczał temu, że nie prezentował światu jednej twarzy. Bardzo skutecznie manipulował swoim wizerunkiem publicznym. Zmieniał retorykę i główne przesłanie w zależności od publiki, do której mówił. Kiedy spotykał się ze sfrustrowanymi białymi, nie stronił od rasistowskich podtekstów, ale w wystąpieniach przed szerszą i bardziej zróżnicowaną publicznością umiał tonować swoje wypowiedzi.

Swoje uprzedzenia wobec Żydów i czarnych też przedstawiał na różne sposoby. Często ubierał je w język troski o ochronę białej klasy średniej przed dyskryminacją i wyrządzanymi jej krzywdami. Przed wyborami w 1989 roku stwierdził, że nawrócił się na chrześcijaństwo (okazało się, że do żadnego kościoła ani zboru nie chodził), i przekonywał, że pożegnał się z antysemityzmem i rasizmem. Teraz zamierzał strzec białych przed wysokimi podatkami, które finansowały programy społeczne. Wyborcy sami mogli sobie dopowiedzieć, że amerykański fiskus jest pod żydowską kontrolą (w co, notabene, Duke wciąż wierzy), a beneficjentami redystrybucji, akcji afirmatywnych i innych działań władz publicznych na rzecz walki o równość rasową są Afroamerykanie – oczywiście kosztem białych.

Podobieństwa między Dukiem a Trumpem są uderzające. Obaj mrugali okiem do prawicowej ekstremy, a innym segmentom elektoratu dawali plausible deniability, mówiąc o gospodarce i bezpieczeństwie – w niektórych wypadkach rzeczywistych problemach. Podobna była też reakcja partyjnego mainstreamu na Duke’a i na Trumpa. Z początku partyjny establishment starał się torpedować ich kandydatury, jednak po sukcesach wyborczych milczał wobec oczywistych skandali – w obawie przed utratą wyborców.

Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że Duke i Trump wygrywali, bo uosabiali gniew ubożejącej klasy pracującej. Duke wygrał w bardzo wymieszanym klasowo okręgu. Tym, co wyróżniało jego wyborców, był kolor skóry – w zasadzie wszyscy byli biali. Zwolennicy Trumpa średnio też należą do lepiej zarabiających (choć gorzej wykształconych). Rasizm i mizoginia również są tylko częściowym wyjaśnieniem. Paranoiczne teorie spiskowe nie trafiają przecież do wszystkich; wielu „letnich” wyborców głosowało na Trumpa pomimo – a nie z powodu – jego rasizmu i mizoginii.

Czarni, Latynosi, Chińczycy i kobiety. Dlaczego oni wszyscy głosowali na Trumpa?

Duke i Trump swoją pozornie niekonsekwentną retoryką i pozornie sprzecznymi postulatami powiązali frustracje wielu różnych grup wyborców. Jednych faktycznie irytowała obecność czarnych Amerykanów w ich dzielnicach, kolejni odczuwali na własnej skórze negatywne skutki deregulacji i wolnego handlu, jeszcze innych, o konserwatywno-autorytarnej wrażliwości, przekonywało powoływanie się na „dzieło Boże” i tradycyjne wartości (pełne hipokryzji). Zarazem Duke i Trump dawali im wszystkim do zrozumienia, że ich frustracje i resentymenty są w pełni uprawnione.

Polityczna amnezja i nowy, lepszy faszyzm

Korci, żeby w zwycięstwie Duke’a, Trumpa i im podobnych dopatrzyć się powrotu wypartego grzechu pierworodnego, którym były kolonializm i niewolnictwo. Jednak bez względu na to, jak atrakcyjnie wyglądałaby tu taka psychoanaliza, wyjaśnienie jest dużo bardziej przyziemne. Duke i Trump wykorzystali mniej lub bardziej uzasadnione frustracje drzemiące w różnych grupach elektoratu, których nikt w mainstreamie nie reprezentował i których wypowiadanie – z różnych względów – „nie uchodziło”.

Po wygranej Duke’a w 1989 roku zwycięstwo Trumpa sprzed czterech lat powinno było być do przewidzenia. Nie stało się tak ze względu na powszechną w USA tendencję do politycznej amnezji, zwłaszcza jeśli chodzi o sukcesy skrajnie prawicowych pomysłów, czasami realizowanych przez dość niespodziewanych polityków. Ma to związek z naiwnym przeświadczeniem, że dobro zawsze zwycięża, a USA zawsze stoi po dobrej stronie.

Przykłady? Pierwsze próby autorytarnego kneblowania krytyki rządu w Stanach zostały poparte przez nikogo innego jak… Alexandra Hamiltona. Ubieranie rasistowskich uprzedzeń w język konserwatyzmu fiskalnego i wolności jednostki od państwowego jarzma tak skutecznie opanował Ronald Reagan, że prezydentem został dwukrotnie. Do niebezpiecznego rozrostu aparatu bezpieczeństwa doszło za rządów George’a W. Busha, którego jeszcze niedawno lewica (całkiem zasłużenie) nienawidziła również za rozpętanie dwóch wojen pod fałszywymi pretekstami, które toczą się do dzisiaj, czy za legalizację tortur. Teraz, z powodu prezydentury Trumpa, również wśród demokratów zaczął zyskiwać sympatię, a jego rządy wspomina się z rozrzewnieniem jako czasy przewidywalności i spokoju, choć za rządów Baracka Obamy liczono na zarzuty prokuratorskie. Zbrojne najazdy na legislatury i straszenie urzędników bronią tylko w 2020 roku miały miejsce co najmniej dwa razy, gdy skrajna prawica żądała zakończenia lockdownu i zniesienia maseczkowej niewoli. Takie wydarzenia przy jednoczesnym przekonaniu, że „to [wygrana faszyzmu] nie może zdarzyć się w USA”, znieczulają amerykańską publikę po obu stronach politycznego sporu.

Prawica wyzwala Amerykę

Tym, co pogrzebało polityczne ambicje Davida Duke’a, była jego przeszłość i słabość do pieniędzy. Amerykanie walczyli z hollywoodzkim stereotypem nazisty, w brunatnej koszuli ze swastyką na ramieniu – zdjęć w takim stroju w portfolio Wielkiego Guślarza jest trochę, co zwolenników mu nie przysporzyło. Duke mówił też, że zamierza przejąć władzę i w sposób niedemokratyczny rządzić USA, co wyciągnięto mu, gdy ubiegał się o fotel gubernatora Luizjany. Zniechęciło to część wyborców, bo Amerykanie lubią (swoją) demokrację – nawet jeśli rozumieją ją dość specyficznie i uważają, że ich przeciwników politycznych trzeba pozbawić prawa głosu, aby to ich było na wierzchu.

Trump nie miał tych przypadłości. Miał z kolei inne: był gnojącym słabszych zbirem, chełpił się napaściami seksualnymi i miał zasób słownictwa na poziomie pięcioletniego dziecka. Ale to wady powierzchowne, których kolejny Duke-Trump mieć już nie będzie. Będzie miał za to prezencję i zdolności oratorskie Reagana oraz dynastyczne pochodzenie Busha. Stany Zjednoczone, jak każdy inny kraj, nie są odporne na dyskretny urok faszyzmu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jan Smoleński
Jan Smoleński
Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.
Zamknij