Świat

Gdula: Kto zapłaci za zmiany klimatyczne?

Na szczycie w Doha kraje rozwinięte zostały uznane za sprawców zmian klimatu. To krok w dobrą stronę, ale czy przełom?

W Polsce do dobrego tonu należy chłodny dystans do ocieplenia klimatu. Nie mogą sobie na niego jednak pozwolić ani mieszkańcy małych wysp na Pacyfiku, zalewani przez ocean, ani ofiary ostatniego tajfunu na Filipinach. Widziana z ich perspektywy konferencja klimatyczna ONZ w Doha może dawać trochę nadziei.

Zakończone w ostatnią sobotę rozmowy trwały niemal dwa tygodnie. Delegacje spotkały się przede wszystkim po to, żeby po fiasku szczytu w Kopenhadze w 2009 roku przedłużyć działanie protokołu z Kioto ograniczającego emisję gazów cieplarnianych. Był to w zasadzie ostatni moment: protkół obowiązujący od 2005 roku miał wygasnąć z końcem 2012. Udało się wynegocjować jego przedłużenie do roku 2020.

Oczywiście nie jest to jakiś ogromny sukces, bo protokołu nie ratyfikowały Stany Zjednoczone, Kanadyjczycy wystąpili z niego w 2011, a takie państwa jak Chiny, Indie i Brazylia, choć gazów cieplarnianych emitują na potęgę, potraktowane są w nim ulgowo – jako kraje rozwijające się. Optymistyczne jest natomiast postanowienie uczestników konferencji, że w 2015 podpiszą nowe globalne porozumienie w sprawie redukcji emisji, które zastąpi Kioto po 2020.

O wiele ważniejszym wydarzeniem konferencji jest pojawienie się w jej końcowych dokumentach zapisu o zadośćuczynieniu za skutki zmian klimatycznych.

Kraje rozwinięte – jako główni emitenci gazów – uznane w nim zostają za sprawców zmian klimatu i wezwane do płacenia za skutki, jakie przynoszą one krajom biednym. Tego typu rozwiązanie pojawia się oficjalnie po raz pierwszy i może być kamieniem milowym w walce z emisją gazów. Konieczność płacenia odszkodowań zmienia bowiem logikę działania emitentów. Wcześniej skutki niekorzystnej dla klimatu polityki przemysłowej rozkładały się na wszystkich, co nie znaczy, że równo, bo kraje biedne i o niekorzystnym położeniu geograficznym cierpiały bardziej. Płacenie za szkody sprawia, że możliwość przenoszenia na innych kosztów emisji zostaje niejako opodatkowana. Powstaje mechanizm ekonomiczny zachęcający do redukcji emisji.

Nie można jednak cieszyć się za wcześnie. Choć dokument jest oficjalny i stwierdza odpowiedzialność krajów rozwiniętych za szkody wywołane zmianą klimatu, to zadośćuczynienie nie jest zdefiniowane w taki sposób, żeby można było domagać się odszkodowań na drodze prawnej. Pieniądze przekazywane na likwidację szkód wciąż będą miały po prostu charakter dobrowolnej pomocy międzynarodowej.

Część delegatów mimo wszystko cieszy się z nowych zapisów, mówiąc, że otwiera się furtka do walki o pieniądze, które są niezbędne, by kraje południa mogły zmierzyć się ze skutkami zmian klimatu. Pojawiają się jednak i bardziej sceptyczne wypowiedzi. Robert Jumeau, negocjator Seszelów, archipelagu wysp na Oceanie Indyjskim, stwierdził dość gorzko: „Gdybyśmy mieli więcej ambicji w redukowaniu emisji, nie byłyby potrzebne pieniądze na adaptację. Gdyby pieniędzy na adaptację było wystarczająco dużo, nie musielibyśmy mówić o pieniądzach na szkody. Co będzie dalej? Utrata naszych wysp?”.

Być może więc „przełom” oznacza tylko tyle, że w walce z ociepleniem osiągnęliśmy nowy etap w stosowaniu spóźnionych środków zaradczych. 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Maciej Gdula

| Poseł Lewicy
Poseł Lewicy, socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: „Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z Przemysławem Sadurą), „Nowy autorytaryzm” (2018). Od lat związany z Krytyką Polityczną.