Świat

Od walki z gender do tej z Ukrainą

Powiązania pomiędzy wojną kulturową, społeczną polaryzacją i prawdziwą wojną, z którą mamy do czynienia w przypadku agresji na Ukrainę, są niezaprzeczalne. Kampanie przeciwko „ideologii gender” pokazują, jak kwestia polityki łączy się z religią – mówi nam dra hab. Elżbieta Korolczuk.

Kto finansuje Ordo Iuris? Ile pieniędzy przeznaczono na kampanie antygenderowe i dlaczego Rosja maczała w nich palce? Na te i wiele innych pytań odpowiada opublikowany niedawno, opracowany przez Neila Dattę z Europejskiego Forum ds. Praw Seksualnych i Reprodukcyjnych Kobiet i zaprezentowany w polskim Sejmie raport Wierzchołek góry lodowej. Fundatorzy ekstremistów religijnych przeciwko prawom człowieka do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego w Europie w latach 2009–2018.

„To pierwsza próba zrozumienia ruchu antygenderowego w Europie z perspektywy jego zaplecza finansowego. Przedstawiamy tu dane finansowe ponad 50 antygenderowych postaci na europejskiej scenie dla określonego przedziału dziesięciu lat. Przedstawiamy także pogłębioną analizę tego, jak ekstremiści religijni zdobywają fundusze na ograniczenie praw człowieka do seksualności i reprodukcji” – czytamy w publikacji. O wnioskach z raportu rozmawiamy z socjolożką, drą hab. Elżbietą Korolczuk.

Paulina Januszewska: Jak to w końcu jest z Ordo Iuris? Można mówić, że „są opłacanymi przez Kreml fundamentalistami”, czy jednak nie?

Elżbieta Korolczuk: Nie możemy wykluczyć, że dziś Ordo Iuris nie potrzebuje już pieniędzy z zagranicznych źródeł, bo świetnie sobie radzi w lokalnym kontekście: dostaje duże dotacje od państwa z różnych programów i ma bazę lokalnych darczyńców. Dzięki temu prawdopodobnie nie tylko nie musi brać pieniędzy od Rosji, ale także staje się prężnie działającą organizacją wspierającą kampanie antygenderowe i rozwój polityki ultrakonserwatywnej w innych krajach, jak Chorwacja. Byłabym więc ostrożna z tą tezą, bo ona najpewniej nie jest już dziś prawdziwa.

W takim razie jakie dane z Wierzchołka góry lodowej mogą zrobić na nas wrażenie?

Ten raport pokazuje, że Rosja od mniej więcej 2012 roku stała się bardzo istotnym graczem na polu ekspansji ultrakonserwatywnej polityki w Europie. To moment, w którym Putin zaczął promować obronę tzw. tradycyjnych wartości, czyli walkę z osobami LGBT+, równościowymi rozwiązaniami, feminizmem, rozwojem społeczeństwa obywatelskiego. Jego celem było także zdławienie opozycji w kraju i wzmocnienie antyeuropejskiego, antyzachodniego dyskursu, w ramach którego kraje demokratyczne stanowią poważne zagrożenie dla Rosji, a Rosja musi się bronić przed kulturową kolonizacją Zachodu. Dzisiaj jednak to nie Federacja Rosyjska gra pierwsze skrzypce w finansowaniu kampanii antygenderowych w Europie.

A kto?

Największa część tych pieniędzy, których pochodzenie udało się zidentyfikować, pochodzi z krajów członkowskich Unii Europejskiej. Autor raportu, Neil Datta, udowodnił, że w latach 2009–2018 na działania sprzeciwiające się dążeniom do osiągnięcia równości płci, respektowania praw mniejszości i reprodukcyjnych w Europie wydano ponad 707 mln dolarów. Z tego aż 61 proc., czyli mniej więcej 437 mln dolarów – to środki pozyskane z samej Wspólnoty. Z Federacji Rosyjskiej pochodzi 188 mln dolarów, ze Stanów Zjednoczonych – 81. To pokazuje, że mamy do czynienia z wielką machiną wewnątrz Starego Kontynentu oraz bardzo sprawnymi organizacjami, instytucjami i politykami, którzy są w stanie przekierowywać ogromne pieniądze na wojnę kulturową.

Rosja płaci i wymaga. Co robi prawica za pieniądze Putina

Dlaczego rok 2012 jest w tym kontekście tak kluczowy?

Moim zdaniem – i to jest teza, którą opisujemy z Agnieszką Graff w książce Kto się boi gender – w latach 2010–2012 na rozwój antygenderowej krucjaty nałożyło się na siebie kilka czynników. Z jednej strony nastąpił globalny wzrost znaczenia prawicy, będący efektem niedocenionego w Polsce, ale istotnego i zmieniającego oblicze polityki na całym świecie kryzysu ekonomicznego z 2008 roku. To moment, w którym dramatycznie obniżył się poziom życia wielu dużych grup społecznych. Ci, którzy dostali po kieszeni, swoje niezadowolenie przekuwali w poszukiwanie politycznych odpowiedzi na ten kryzys.

I znajdowali je po prawej stronie?

Owszem. W różnych krajach wzmocniły się tendencje prawicowo-populistyczne, reprezentowane przez polityków, którzy twierdzili, że w przeciwieństwie do liberalnych poprzedników i oponentów chcą działać na rzecz ludu, a nie elit. To trend, który narastał, gdy w Rosji wybuchły protesty wywołane – powiedzmy to wprost – zamachem stanu w tym kraju.

W 2012 roku Putin uznaje, że nie będzie już się przejmował konstytucją i zasadami praworządności, które pozwalały mu na sprawowanie tylko dwóch kadencji prezydenckich. Najpierw wymienił się z Miedwiediewem pozycjami, a później przestał udawać, że kiedykolwiek na Kremlu nastąpi zmiana władzy. Doszło do zaostrzenia kursu w kierunku autorytarnym, ale także antyeuropejskim, antyzachodnim i właśnie w tym czasie z Rosji zaczęły wypływać potężne środki na organizację działań mających na celu destabilizację Unii Europejskiej, pogłębienie politycznej polaryzacji oraz mobilizację skrajnych środowisk prawicowych. O tym jest m.in. książka Klementyny Suchanow, ale o neokonserwatywnym trendzie w Rosji pisały również badaczki z Niemiec i innych krajów, jak Katharina Bluhm czy Kristina Stoeckl.

Niektóre organizacje prężnie działały już od dawna.

To prawda. Przykładowo Światowy Kongres Rodzin powstał w 1997 roku, Fundacja Lux Veritatis Rydzyka w 1998, ale intensyfikacja współpracy pomiędzy organizacjami ultrakonserwatywnymi a polityczną skrajną prawicą przypadła na ostatnią dekadę. Wówczas powołano Ordo Iuris w Polsce, Hazte Oir w Hiszpanii, a także Agendę Europe – międzynarodówkę organizacji i partii ultrakonserwatywnych. Również wtedy w dyskursie publicznym mocno zaczęło wybrzmiewać słowo „gender”, które stało się synonimem zagrożenia, zgnilizny moralnej i „tej strasznej” zachodniej libertariańskiej moralności. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze pamięta, że w Polsce w 2013 roku „gender” zyskało miano słowa roku.

Parę lat później, w 2020 roku, Wielka Koalicja za Równością i Wyborem opublikowała dość obszerny raport Kontrrewolucja kulturowo-religijna. Czy Polsce grozi prawo podporządkowane ideologii chrześcijańskich fundamentalistów?, w którym już wtedy wskazywano na finansowe powiązania Kremla z Ordo Iuris i innymi skrajnymi organizacjami w Polsce. Praca Neila Datty nie powtarza znanych nam już wniosków?

Raport Wielkiej Koalicji bazował częściowo na poprzednich analizach Datty. Co więcej, moim zdaniem ta wiedza wcale nie jest oczywista i powszechna, a najnowszy raport zdecydowanie ją pogłębia, bo jasno pokazuje przede wszystkim skalę finansowania ekstremistów religijnych na przestrzeni dekady. Wskazuje też palcem najważniejszych aktorów działających w poszczególnych regionach i konkretne sumy, które fundatorzy wydali na realizację antygenderowej strategii w Europie. To niezwykle cenne informacje, ponieważ do tej pory pojawiały się w przestrzeni publicznej jedynie ich szczątki, a część polegała bardziej na domysłach niż niepodważalnych dowodach. W Wierzchołku góry lodowej mamy czarno na białym wykazane, kto sponsoruje nam wojnę kulturową.

Ordo Iuris weszło w nasze życie

Oligarchowie rosyjscy na tej liście darczyńców są dość ważnymi postaciami.

Rzeczywiście, wśród najhojniejszych fundatorów kampanii antygenderowych w Europie trzecie miejsce zajmuje Władimir Jakunin, sponsorujący Światowy Kongres Rodzin, bliski przyjaciel Putina i eksszpieg, a szóste – Konstanty Małofiejew, który wspierał finansowo napaść na Ukrainę, a także organizację CitizenGo. W sumie przeznaczyli prawie 200 mln dolarów na działania fundamentalistów religijnych. Czy robili to, ponieważ wierzą, że „tradycyjną rodzinę” trzeba chronić, czy raczej po to, żeby wzmocnić w Europie społeczną polaryzację i żeby zbudować narrację, zgodnie z którą Rosja jest nieustannie atakowana przez Zachód, będąc ostatnim obrońcą prawdziwych wartości?

Widzimy tym samym, że powiązania pomiędzy wojną kulturową, mającą korzenie jeszcze w USA lat 70., społeczną polaryzacją, obserwowaną dzisiaj w Europie, a prawdziwą wojną, z którą mamy do czynienia w przypadku agresji na Ukrainę, są niezaprzeczalne. Latami bardzo skutecznie budowano rosyjską opowieść o tym, że Zachód czy Unia Europejska (albo „Gejropa”) to miejsca wymagające odnowy moralnej, bo stanowią źródło kolonizacji kulturowej i narzucania wartości rzekomo obcych Rosjanom, ale też innym narodom. Kampanie przeciwko „ideologii gender” pokazują, jak kwestia polityki łączy się z religią.

Zawsze tak było.

Owszem, ale dziś dostrzegamy to w sposób o wiele bardziej wyraźny. Spora część intelektualistów i badaczy przez dłuższy czas była przekonana, że religia w dzisiejszym zlaicyzowanym społeczeństwie straciła na znaczeniu i że nie musimy się nią już zajmować. Niestety, to nieprawda. Wystarczy spojrzeć na to, jaką rolę odgrywa Patriarchat moskiewski w uzasadnianiu agresji militarnej Putina w Ukrainie, albo na wpływy Kościoła katolickiego w Polsce na promowanie rozwiązań prawnych, które dyskryminują mniejszości. Sojusz pomiędzy tronem a ołtarzem, jak go kiedyś nazwała Magdalena Środa, w każdym kraju wygląda nieco inaczej, ale bynajmniej nie osłabł, prawdopodobnie jest nawet mocniejszy niż kiedykolwiek.

Co ważne, raport Datty pokazuje, że szerzenie konfliktów wokół równości płci i praw mniejszości to zabawy elit. Wielu darczyńców wymienionych w raporcie Neila Datty, którzy finansują kampanie antygenderowe w Europie, to sympatycy chrześcijańskiej prawicy amerykańskiej, a jednocześnie śmietanka tamtejszej elity finansowej. Tu Datta wymienia chociażby rodziny DeVos, Prince’ów czy Kochów, które pławią się w kasie i wydają ją m.in. na to, by samorządy w takich krajach jak Polska mogły wprowadzać strefy wolne od LGBT+. W skrócie: wiedza przedstawiona w omawianym przez nas raporcie podważa wizję promowaną przez konserwatystów: „oto zwykły lud jest manipulowany przez libertyńskie elity”. Nie, to elity konserwatywne robią na szaro lud, w tym przede wszystkim zwykłe kobiety, których nie stać na aborcję za granicą albo wychowanie dziecka.

To powinno wkurzać ludzi?

Zdecydowanie tak. Raport Datty jednocześnie pozwala na podejmowanie różnego typu działań, w które może zaangażować się właściwie każdy i każda, np. bojkotując marki, których właściciele i sponsorzy są zaangażowani w finansowanie działań polaryzujących społeczeństwo. Wiedza na temat powiązań pomiędzy elitami ekonomicznymi, politycznymi i organizacjami ultrakonserwatywnymi daje możliwości tzw. zwykłym ludziom, żeby rozszerzyć swoje strategie i działania oporu wobec tego typu opresyjnych instytucji.

W niepewnym, rozpadającym się świecie ultrakonserwatyści karmią się strachem

W swojej książce, a teraz tekście dla „Wyborczej” stawiacie z Agnieszką Graff tezę, że walczące z gender organizacje nakręcają globalną wojnę kulturową, która odegrała ogromną rolę w doprowadzeniu do wojny prawdziwej, obserwowanej dzisiaj. To znaczy, że spychane na margines uwagi środowisk liberalnych, tzw. kwestie światopoglądowe, mają większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Czy Zachód odrobił tę lekcję?

Myślę, że coraz bardziej widać różne powiązania, ale na początek skorygowałabym jedno twierdzenie: wojna kulturowa nie tyle prowadzi do wojny realnej, ile ułatwia propagandę i indoktrynację, które z kolei mogą uzasadnić konieczność czy sprawiedliwość ataku zbrojnego. Nie chodzi tutaj o to, że jedno bezpośrednio wynika z drugiego albo że wojna kulturowa ma prowadzić do konfliktów zbrojnych, to oczywiście nieprawda. Chodzi raczej o to, że wojna kulturowa jest zjawiskiem politycznym, realizowanym przez aktorów politycznych, służy celom politycznym i wpływa na procesy, które mają charakter stricte polityczny (np. wybory i budowanie partyjnych elektoratów). Nie tylko w Polsce czy w Rosji, to zjawisko uniwersalne. Kiedy pojęcie „ideologii gender” po raz pierwszy pojawiło się w Polsce w dyskursie publicznym, wydawało się mi, że jego popularność wynika z lokalnej specyfiki. Szybko jednak zorientowałam się, że to trend globalny, którego twórcy i piewcy są na tyle elastyczni, że z łatwością dostosowują się do lokalnych kontekstów i warunków.

I tę świadomość mają też liberalne elity intelektualne?

Myślę, że chociażby czytelnicy książki Cultural Backlash rozumieją znaczenia przesunięć w politykach partyjnych i to, że przeszliśmy od sytuacji, w której kwestie związane z gospodarką i polityką społeczną były osią podziałów na scenie politycznej, ku dzisiejszej rzeczywistości, gdzie elektorat najskuteczniej buduje się w odniesieniu do zagadnień o charakterze kulturowym, jak aborcja, stosunek do in vitro, mniejszości seksualnych czy szczepionek.

To jest sytuacja, w której trzeba się zastanowić, jaką właściwie ruchy progresywne mają agendę oraz jak korespondują ze sobą wszystkie kwestie ujęte pod pojęciem gender, definiowanym tak, jak robią to konserwatyści, a nie wyłącznie jako akademickie narzędzie analityczne. Chodzi o dążenie do odświeżenia polityki progresywnej.

Tyle tylko, że lewica ma z tym od dawna problem.

To fakt. Lewicę często określa się przez pryzmat jej stosunku do kwestii kulturowych czy światopoglądowych, ale – gdy przechodzimy do konkretów – wcale nie jest do końca jasne, jak np. prawa mniejszości mają się do praw seksualnych, praw kobiet, kwestii związanych z migracją czy polityką społeczną. Moim zdaniem to, co obecnie dzieje się na świecie, jest momentem sprzyjającym znalezieniu odpowiedzi na te pytania i odnowieniu szerszych projektów ideologicznych.

Bo właśnie na ideologię – jak już wspominałaś – w obliczu wojny powołuje się Putin, uzasadniając dokonywane przez Rosjan zbrodnie koniecznością ochrony przed zgnilizną Zachodu. Ochoczo wtóruje mu w tym Cerkiew. A gdzie w tym wszystkim jest milczący Watykan?

Nie ma wątpliwości, że Watykan jako instytucja o charakterze politycznym jest ultrakonserwatywna, przeciwna aborcji, małżeństwom par jednopłciowych i równości płci, czyli wszystkiemu, co składa się na „zachodnią degrengoladę”. W tym sensie Watykanowi jest po drodze zarówno z Cerkwią prawosławną, jak i linią proputinowską. Ba, mamy liczne dowody na to, że obie strony są chętne do zawierania sojuszy. Patriarcha moskiewski chętnie spotyka się z papieżem czy z Episkopatem Polski. Mamy tu zatem do czynienia ze wspólnotą poglądów na kwestie dotyczące rodziny, seksualności, płci i porządku społecznego, ale także konkretne przejawy współpracy czy deklaracje przyjaźni. Nie mam złudzeń, że Watykan potępi Rosję, bo nie chce tracić ważnego sojusznika.

Czy skala przemocy dokonywanej przez Rosjan może sprawić, że w końcu Watykan przejedzie się na swojej narracji, w której bezgłośnie zarzuca Zachodowi demoralizację, mimo że sam jest jej piewcą? Ludzie – również ci wierzący – nadal będą to kupować, patrząc na ludobójstwo i gwałty na ludności ukraińskiej?

Gdyby chrześcijaństwo nie sprzyjało popełnianiu zbrodni lub powstrzymywało przed ludobójstwami, żylibyśmy w zupełnie innym świecie, ale pod tym względem nie możemy liczyć na żadną religię czy jej wyznawców. Oczekiwałabym raczej, że do społeczeństw przemówi zwykła ludzka przyzwoitość, wrażliwość, empatia. Jeśli jednak pytasz o to, czy politycznie Watykan się na tym nie przejedzie, to moja odpowiedź brzmi: „nie”. Nie przejedzie się tak samo, jak nie przejechał się na swoim stosunku do III Rzeszy. Mało kto bowiem dziś pamięta, że urzędnicy Kościoła pomagali zbrodniarzom hitlerowskim uciekać do Argentyny. W Polsce z kolei prawie nikt nie wspomina o tym, że Kościół poparł Targowicę, a papieże potępiali powstania w czasie zaborów. Myślę, że Watykan może liczyć na krótką pamięć ludzi.

Jak Polacy powinni patrzeć na swój rząd, który deklaruje przyjaźń z Ukrainą, ale jednocześnie hojnie wspiera Ordo Iuris i innych fundamentalistów i ostrzy sobie zęby na zwiększenie kar za obrazę uczuć religijnych?

Nie mam żadnych wątpliwości, że prawica poglądów i działań specjalnie nie zmieni. Wojna nie przeorganizowuje polskiej sceny politycznej w zasadniczy sposób. Przykładem jest choćby sytuacja, w której Straż Narodowa Bąkiewicza dostaje tysiące złotych z budżetu państwa na wspieranie uchodźców, a Fundacja Ocalenie czy Homo Faber są na cenzurowanym. Jestem pewna, że ogólna linia, którą można nazwać proputinowską, w takim sensie, że zmierza w stronę autorytaryzmu i odchodzenia od wartości liberalnych, będzie kontynuowana.

Czy polska opozycja jest zdolna i gotowa do zawalczenia o te wartości lub ich wymyślenia na nowo?

Tutaj widzę kilka problemów. Polski rząd chwali się na całym świecie, jak to świetnie organizuje pomoc dla Ukraińców, a tymczasem odpowiedzialne za wsparcie są np. Lewica, która jako jedyna partia w Polsce otworzyła punkt pomocy, czy Strajk Kobiet, zajmujący się dystrybucją potrzebnych rzeczy dla uchodźców i ofiar wojny. Znowu mamy do czynienia z sytuacją, w której organizacje feministyczne czy politycy lewicowi robią robotę, którą powinien wykonywać rząd, a ten chełpi się efektami, jednocześnie cały czas podkopując swoich przeciwników politycznych. Media też nie są tu specjalnie pomocne, bo ukazały się może dwa artykuły dotyczące inicjatyw Strajku Kobiet, a punktem Lewicy chyba nawet pies z kulawą nogą się nie zainteresował.

No to może trzeba się tym bardziej chwalić? I uderzać w bezczynność PiS?

Słowem: działać także w sferze politycznej. Rozumiem, że pomagając tysiącom ludzi i wyręczając w tym państwo, ma się ograniczone zasoby na działania w sferze polityki. Ale trzeba to robić i domagać się bardzo jasnych deklaracji, np. zerwania współpracy instytucji państwa z organizacjami skompromitowanymi współpracą z rosyjskimi służbami czy instytucjami. Tu wciąż jest za mało dyskusji, ale mam nadzieję, że raport Neila Datty to zmieni, bo dostarcza argumentów obnażających hipokryzję prawicy.

**

dra hab. Elżbieta Korolczuk – socjolożka, komentatorka i aktywistka. Pracuje na Uniwersytecie Södertörn w Sztokholmie i w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka konkursu Dziennikarze dla klimatu, w którym otrzymała nagrodę specjalną w kategorii „Miasto innowacji” za artykuł „A po pandemii chodziliśmy na pączki. Amsterdam już wie, jak ugryźć kryzys”. Nominowana za reportaż „Już żadnej z nas nie zawstydzicie!” w konkursie im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją” skierowanym do młodych, utalentowanych dziennikarzy. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij