Świat

Bauman: Handlarze strachu

Zygmunt Bauman

Strach polityczny nie jest już strachem naturalnym. Trzeba ludzi najpierw zastraszyć w taki sposób, aby państwo jawiło się niczym Bóg - przypominamy wywiad z Profesorem Zygmuntem Baumanem z 4. numeru Krytyki Politycznej

Michał Bilewicz, Krzysztof Iszkowski, Tomasz Ostropolski: W swojej ostatniej książce, zatytułowanej Społeczeństwo w stanie oblężenia (Society under siege, Blackwell 2002) poddał Pan krytyce współczesne procesy globalizacyjne. Opisał Pan świat w epoce wielkiej zmiany, w wyniku której następuje kres suwerenności społeczeństw, a co za tym idzie, kres suwerenności jednostek. Zauważa Pan, że nauki społeczne starają się znaleźć remedium na tę sytuację, choć nie zawsze im się to udaje. Przykładem są tu między innymi komunitaryści, którzy proponują odwrót w stronę wspólnotowości, lokalności. Pan pisze jednak, że lokalna polityka nie może być odpowiedzią na globalne zagrożenia. Z drugiej strony wiemy, że poszukiwanie lokalnych rozwiązań dla globalnych wyzwań nie jest jedynie domeną nauk społecznych czy filozofii. Jesteśmy przecież świadkami narodzin bardzo silnego ruchu populistycznego, który we Francji przyjął oblicze lepenowskiej skrajnej prawicy, w Holandii nacjonalistycznego liberalizmu Pima Fortuyna, w Austrii faszyzującej FPÖ Haidera…

Zygmunt Bauman: …a w Polsce – Samoobrony.

Czy zatem Pańska krytyka dotyczy również tych wszystkich ruchów politycznych, które odpowiadając populizmem na globalizację zamykają jednocześnie oczy na prawdziwy charakter stojących przed społeczeństwami zagrożeń?

Zacznę od paru sprostowań. Nie zgodziłbym się z tym, że „krytykuję globalizację”. Krytykować globalizację można tak samo, jak krytykować zaćmienie słońca. Nieraz myślę, że ruch antyglobalistyczny przypomina z nazwy ruch przeciwników zaćmienia słońca. Globalizacja jest czymś, co się nam już zdarzyło. Globalizacja znaczy po prostu, że wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni – nie można analizować tego, co dzieje się w dowolnym miejscu na Ziemi i nie wziąć jednocześnie pod uwagę procesów dotyczących całego świata. Jest to ogólnoplanetarna współzależność relacji międzyludzkich.

Problem polega nie na tym, czy globalizację można odwrócić, lecz na tym, jak proces globalizacji się dokonuje. Wiemy z historii, że zwykle za zmianą form współzależności między ludźmi następował również postęp na linii władza – system polityczny – system światowego działania. Chodzi mi o zmianę form, w których interesy prywatne przekładają się na problemy społeczne. Dziś mamy globalizację współzależności, ale nie mamy globalizacji polityki, nie mamy globalnego systemu prawnego. Brakuje nam zatem instytucji umożliwiających przenoszenie norm etycznych i wartości kulturowych do tych aktywnie i skutecznie działających globalnych organów publicznych. Krytykować należy nie globalizację, lecz zapóźnienie etyczne, polityczne i prawne, które nie pozwala społeczeństwom dogonić rozwoju sieci współzależności gospodarczych.

Przez całą epokę nowożytną, w czasach nowoczesnych, istniała jedność pomiędzy mocą a polityką. Wszystko to działo się na szczeblu państwa narodowego, które Max Weber definiował poprzez monopol na stosowanie przemocy i siły na terenie określonego terytorium. Jedność mocy i polityki przypominała małżeństwo zawarte w niebie, którego „żadna moc ludzka nie może rozwiązać”. Rozwód nastąpił dopiero dzisiaj. Moc ze szczebla państwowego odpływa do przestrzeni globalnej, do sfery pozbawionej polityki. Tymczasem polityka wycieka w dół – do poziomu, który Anthony Giddens nazywa polityką życia. Na tym poziomie mamy więc do czynienia z polityką bez władzy. Gdy proces ten się dokonuje, staje się powoli jasne, że polityka jest bezsilna i pozbawiona umiejętności systematycznej analizy swoich celów. Tymczasem moc staje się nieokiełznana, nieogarnięta, nieposkromiona. Przestrzeń globalna, pozbawiona polityki, przypomina to, co znamy z hollywoodzkich filmów – Dziki Zachód, frontierland, krainę pomiędzy suwerennymi strefami. W krainie tej brak reguł prawa, a zasady wyznacza ten, kto działa szybko, zdecydowanie, z zaskoczenia. W wielkim biznesie, jak w westernie, widzimy płynność koalicji, płynność linii frontu, chwilowe układy interesu i naprędce sklecone sojusze.

W przeciwieństwie do tego, polityka zawsze stanowiła próbę nadania światu pewnej regularności i przewidywalności. Przyzwyczailiśmy się, że jej głównym celem jest okiełznanie tego chaosu. Cały ten obszar funkcji politycznych został przez państwo albo porzucony, albo przekazany nieokiełznanym siłom wolnorynkowym. O ile w nowoczesności podstawowym zadaniem człowieka było konformistyczne dostosowanie się do reguł przypisanych do odpowiednich pozycji społecznych, to dzisiaj nie ma już takich reguł i każdy musi je sobie konstruować na własną rękę. Problem jednak w tym, że nie sposób działać w pojedynkę, jeśli się chce znaleźć rozwiązania dla problemów społecznych. Potrzeba bowiem mocy, tej siły, której jednostki nie posiadają. I to jest właśnie gleba, na której naturalnie wyrasta populizm. Powiem więcej: gdyby go nie było, to prawdopodobnie trzeba by go wymyślić. Mamy więc dziś moment charakterystyczny dla narodzin ideologii. Mamy dziś do czynienia z takimi samymi pustymi hasłami, jak w czasie anarchii szlacheckiej w Polsce, gdy popularne były hasła „Ławą panowie!”, „Panowie do kupy”, „W jedności siła”…

Czy jednak ludzie potrafiliby się odnaleźć w takiej ponadnarodowej polityce? Jeżeli problemy, które dziś są rozwiązywane przez znajdujące się poza narodową kontrolą instytucje (jak na przykład Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy czy giełdy) znalazłyby się pod kontrolą jakiejś władzy, to czy ludzie, którzy sprawowaliby nad nimi kontrolę, potrafiliby podejmować racjonalne decyzje komu zaufać?

W mojej książeczce o globalizacji posłużyłem się terminem „glokalizacja”, czyli połączenie globalizacji i lokalizacji. Odpowiadam w niej, że ludzie pozostawieni sami sobie w wyniku poszerzenia się świata, w którym żyją, kierując się sprytem, bogactwem, umiejętnościami, naturalnie doprowadzają do wielkiego zróżnicowania. Panowie i ja należymy do tych, którzy z większą lub mniejszą swobodą pływają po wodach zglobalizowanego świata: panowie przyjechaliście do Oksfordu, podróżujecie, trafiacie teraz do Leeds, do którego ja z kolei wracam z podróży, jeżdżę po całym świecie z referatami i obojętnie gdzie bym nie trafił, to spotykam się zawsze z tymi samymi pytaniami. Nie ważne, jaki to byłby kraj, jaka kultura. Istnieje dziś coś w rodzaju średniowiecznej elity intelektualnej, która porozumiewała się ze sobą po łacinie, a nie potrafiła się dogadać z ludźmi zza płotu. A zatem koncepcja inteligencji posiadającej misję wobec narodu, podkreślającej więzi łączące ją z ludem, okazała się raczej krótkotrwała. Przetrwała jakieś dwieście lat – od oświecenia, do czwartej ćwierci dwudziestego wieku. Ta inteligencja, klasa wykształcona, zatraciła z czasem poczucie misji , porzuciła ideę kultury narodowej. Możemy powiedzieć, że było to ledwie „krótkie spięcie”, zespolenie kulturowe inteligencji z narodem.

Talcott Parsons, znany socjolog, pisał kiedyś, że system społeczny to taki, który łączy syndrom wartości naczelnych. Wszystko to okazało się epizodem. Nie było tak wcześniej i okazuje się, że dziś również tak nie jest. Mamy obecnie tylko wąską grupę ludzi wykształconych, którzy wciąż żyją poczuciem misji wobec narodu – myślę tu również o ideologach ruchów populistycznych, nieraz fundamentalistycznych. Większość jednak, podpisując się pod hasłem wielokulturowości, porzuca ideę inteligenta zaangażowanego, narzucającego cokolwiek innym ludziom. W tych warunkach pojęcie człowieczeństwa, pojęcie wspólnoty ogólnoludzkiej to tylko jedna z postulowanych koncepcji, która nie jest w żaden sposób uprzywilejowana. Na rynku idei, w tym zgiełku licznych głosów, musi ona na równi z innymi walczyć o prawomocność.

Czy taka nowoczesna metanarracja jest nam dziś jeszcze potrzebna? Przecież skuteczne okiełznanie świata zglobalizowanych zależności nie wymaga jakiejś uniwersalnej idei człowieczeństwa. Jest takie miejsce, jak Porto Allegre, które zdaje się uosabiać opisywany przez Pana zgiełk. Spotykają się tam francuscy farmerzy, amerykańskie feministki, działacze praw człowieka, latynoscy teologowie wyzwolenia oraz ta część inteligencji, która wciąż ma ambicję prowadzenia ludu. Czy nie sądzi Pan, że właśnie tam, w tym zgiełku, bardziej niż gdziekolwiek indziej, możliwe jest wypracowanie nowej polityki, która pozwoli poddać kontroli przestrzeń globalnego rynku?

Niewątpliwie jest to właśnie miejsce dojrzewania pewnej sprawy, ale jakiej dokładnie, to jeszcze trudno powiedzieć. Porto Allegre i Davos odbywają się niemal w tym samym czasie. Ci, którzy jeżdżą do obu tych miejsc, zdają się już przyjmować przedwstępne założenie, że globalne problemy można rozwiązać tylko globalnie. Gdy ruch antyglobalistyczny rozpoczynał swoje działania, to bardzo często pojawiało się hasło „Myśl globalnie, działaj lokalnie”. To było zgubne hasło, bowiem nie istnieją lokalne rozwiązania dla globalnych problemów. Porto Allegre zdaje się to rozumieć. Choć oczywiście wciąż pojawiają się tam różne elementy – również te populistyczne i komunitarystyczne. Ale są tam również ci, którzy nawołują do rozszerzenia horyzontów, myślenia w kategoriach globalnych i zastanawiają się na tym, jak można wprowadzić ogólnoświatowy system polityczny i prawny. To tam właśnie pojawia się krytyka obecnego systemu międzynarodowego, który dotyczy tylko tych, którzy podpiszą konwencje. Zastanówmy się, jakby to było, gdyby przepisy ruchu drogowego obowiązywały jedynie tych, którzy wyrażą na to zgodę? Mamy więc w Porto Allegre dwie rywalizujące ze sobą koncepcje – jedną skoncentrowaną na narodzie i wspólnocie lokalnej, a zatem zamykającą oczy na realne problemy świata, oraz drugą, która domaga się skutecznej kontroli rynków światowych i rozwoju prawdziwej suwerenności społeczeństwa.

Reinhart Koselleck, słynny niemiecki historyk pojęć, twierdzi, że o postępie społecznym decyduje wykuwanie pewnych pojęć, które wcześniej nie istniały. Nie można było sobie wyobrażać nowych form społecznych, zanim te pojęcia nie zostały wykute. My jesteśmy teraz w takim właśnie momencie, kiedy nie mamy jeszcze pojęć opisujących zmianę społeczną. Pamiętamy wiek dziewiętnasty, kiedy, jak to opisuje Max Weber, wydzielił się autonomiczny świat gospodarki. Bardzo długo nie potrafiono sobie z tym poradzić. Dopiero z upływem czasu pojawiło pojęcie państwa narodowego, które potrafiło siłą poskromić żywioły ówczesnego frontierland. Państwo narodowe nie było przecież federacją sołectw czy wolnym związkiem kantonów. Powstało ono nieraz wbrew interesowi społeczności lokalnych, aby poradzić sobie z problemami, które wykraczały poza poziom lokalności. Dziś widzimy, że wspięliśmy się na kolejny szczebel rozwoju, na którym brakuje nam odpowiedniego poziomu władzy. Co zatem musimy zrobić? Odtworzyć instytucje państwa narodowego na szczeblu ogólnoludzkim, globalnym. Widziałem kiedyś, jak Johan Galtung, norweski politolog, przedstawiał szeroko obecnie postulowany projekt parlamentu światowego, który będzie się zajmował translacją interesów partykularnych na ogólne, o co ostatnio tak zabiegamy. Wyobraźmy sobie taki parlament – mówi Galtung. Będzie w nim trzech Norwegów, trzydziestu kilku Włochów, około sześćdziesięciu Niemców… Będzie też tysiąc Hindusów, i pewnie ponad dwa tysiące Chińczyków. Później Galtung rozejrzał się dookoła i spytał: „Ilu z państwa wciąż popiera ideę parlamentu światowego?”.

Właśnie tu widzimy podstawowy problem, na którym łamią sobie zęby dzisiejsi politologowie, socjologowie i intelektualiści. Ja również wciąż się nad nim zastanawiam, choć nie mogę znaleźć odpowiedzi, która by mnie zadowalała. Prawdopodobnie Wasze pokolenie będzie musiało poradzić sobie z tym problemem i poświęcić mu wiele pracy. Problem ten polega na tym, że wszystkie instytucje kształtowania się woli politycznej i przekształcania jej w praktykę zostały skrojone na miarę państwa narodowego. Była to instytucja łącząca władzę polityczną z poczuciem pewnej wspólnoty kulturowej i historycznej. Dziś, w epoce globalizacji, instytucje te mogą się rozdymać, stawać się coraz mniej funkcjonalne. W końcu balon współczesnych społeczeństw przestanie wytrzymywać pod ciśnieniem modernizacji. Co jednak nastąpi po wybuchu? Nie mamy przecież jeszcze odpowiednich pojęć, nie znamy losu demokracji. Przez to nie potrafimy okiełznać bezosobowych sił rynku przez demokratyczne instytucje kontroli. Jak na razie wszystkie koncepcje rozwiązania problemów społeczeństwa światowego zakładają względnie pomyślny los państwa narodowego. Ale możliwości tego projektu powoli ulegają wyczerpaniu.

W końcu balon współczesnych społeczeństw przestanie wytrzymywać pod ciśnieniem modernizacji. Co jednak nastąpi po wybuchu?

Mamy więc siły ponadnarodowe, przestrzeń nieokiełznanej mocy, wobec której nie mamy odpowiedniej siły poskramiającej. Nie można powiedzieć, żeby instytucje państwa narodowego dorastały do wyzwań współczesnej nam epoki. Na ile jednak ograniczeniem nowego systemu mogłoby być prawo w skali globalnej? Niektórzy specjaliści prawa międzynarodowego próbują dokonać szerszego oglądu jego roli w systemie światowym – niedawno ukazała się książka fińskiego filozofa prawa Marttiego Koskenniemi The gentle civilizer of nations. Może właśnie instytucje prawa międzynarodowego, na wzór powstającego stałego Międzynarodowego Trybunału Karnego, nie mogłyby stać się zalążkiem takiego projektu: gentle civilizer of global society?

Dotykamy tu tego samego problemu, o którym już mówiłem. Państwo narodowe nie powstało dzięki przegłosowaniu jego istnienia. „Prawo międzynarodowe” i „prawo globalne” to są moim zdaniem dwa różne pojęcia. Mówił Pan o prawie międzynarodowym. Dzisiaj, jak trafnie zauważa Kosseleck, nie potrafimy sobie nawet wyobrazić prawa, które nie zależy od tego, czy się Ghana, Angola, Chiny i Ameryka zdecydują na podpisanie konwencji. Zastanawiam się, jaki układ sił i interesów mógłby spowodować, żeby wszystkie te poletka suwerenności państwowej zgodziły się na planetarny kodeks karny. Trudno sobie wyobrazić coś takiego. Oczywiście, od razu nasuwa się pomysł imperium światowego – Ameryka narzuci taki kodeks. Nie jest to jednak naturalnie ekwiwalent systemu ogólnoświatowego. Potrzebne jest jakieś inne rozwiązanie.

Ale nawet jeśli prawo to jest dobrowolne i obowiązuje wyłącznie jako konwencje oparte na zgodzie niektórych, to mamy tu przecież do czynienia z silnymi zależnościami. Okazuje się często, że wszystkie państwa zmuszone są, jeśli nie siłą, to przynajmniej przez najlepiej pojęty własny interes, do akceptacji międzynarodowych rozstrzygnięć. Jest to pewnego rodzaju sprzedaż wiązana. Jeśli na przykład Korea Północna nie byłaby sama z siebie skłonna do podpisania traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, to wtedy inne państwa – odmawiając współpracy w innych dziedzinach – byłyby w stanie wymusić przestrzeganie przez Phenian praw. Posłużył się Pan metaforą ruchu drogowego. Ciągnąc tę analogię, zauważmy, że liczba podmiotów, czyli samochodów na drogach, jest ograniczona. Jadąc można więc zobaczyć, kto nie podpisał konwencji. Jeżeli wiadomo, że cała reszta podpisała, to działanie wbrew konwencjom będzie praktycznie niemożliwe.

Całe szczęście, jeśli dożyje Pan tego momentu, kiedy będzie Pan w stanie zobaczyć, kto nie podpisał konwencji. Na ogół dowiadujemy się o tym dopiero w szpitalu bądź na pogrzebie. Wydaje mi się, że to, co dzieje się wokół nas przypomina to, co opisywał swego czasu Michel Crozier w książce zatytułowanej Biurokracja. Anatomia zjawiska. Opisał tam strategię walki o władzę w organizacji biurokratycznej. Crozier pisze, że cała sztuka polega na tym, aby wszystkich innych ograniczać prawami, a siebie postawić poza prawem. Panowanie oznacza zatem utrzymywanie przeciwników w niepewności. Władza w biurokracji oznacza tyle, że rządzącego nie można wstawić do równania jako wielkość znaną.

Panowanie oznacza zatem utrzymywanie przeciwników w niepewności. Władza w biurokracji oznacza tyle, że rządzącego nie można wstawić do równania jako wielkość znaną.

Z drugiej strony, z pozycji władzy wszystko wydaje się określone, skrępowane, staje się tłem. Dziś to samo dzieje się w skali globalnej. O ile można sobie wyobrazić uchwałę ONZ w sprawie rozbrojenia Korei czy innego małego państwa, to trudno nawet pomyśleć o decyzji ONZ ograniczającej prawa Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin albo innego mocarstwa. Społeczność międzynarodowa stawia zatem szereg państw poza prawem, gdyż na tym właśnie opiera się dzisiejszy system polityki światowej. Bardzo bym chciał, żeby miał Pan rację w tym, co Pan mówi, jednak nie dostrzegam by cokolwiek nas do takiego systemu negocjowania prowadziło. Kwestia prawa globalnego to jest jeden z największych problemów XXI stulecia. Alternatywy są bardzo ponure i już choćby ze względu na to powinniśmy się nad tym zastanowić.

Czy uważa Pan, że prawnicy będą nadal chodzić na pasku polityków i uzasadniać zastane struktury, czy też wreszcie ich świat okaże się światem idei umieszczonym gdzieś poza zasięgiem władzy politycznej? Gdyby zaś zrealizował się ten drugi wariant – czy takie usadowienie, z wielu względów korzystne, nie skazuje na marginalizację?

Mieliśmy niedawno sprawę Biljany Plavsič. Międzynarodowy Trybunał Karny do spraw zbrodni w byłej Jugosławii jest jednak instytucją utworzoną ad hoc, której zarzuca się często wymierzanie sprawiedliwości pod dyktando zwycięzców.

Prawdopodobnie niedługo powstanie jakiś odrębny trybunał zajmujący się zbrodniarzami w Iraku. Niestety, również w tej kwestii o wszystkim decyduje prawo silniejszego. Zwróćmy przy okazji uwagę na warunki, w jakich przetrzymuje się więźniów w Guantanamo – bez kontaktu z placówkami dyplomatycznymi, bez dopuszczenia adwokatów, prawników, zupełnie sprzecznie z zasadami. Istnieją konwencje, ale nie mamy przecież żadnych efektywnych środków, żeby można było w tej sytuacji je egzekwować.

A ruchy społeczne?

No właśnie. Wracamy tu do sprawy Porto Allegre. Z analizy przypadku pani Plavsič wynika tylko jeden wniosek: aby kogoś osądzić, trzeba najpierw wygrać wojnę. Trudno powiedzieć, aby była to jakaś świetlana perspektywa dla ludzkości. Porto Allegre to w tym kontekście wielka nadzieja – z tego może coś się wykuje. Popatrzmy dziś na te demonstracje przeciw wojnie. Do niedawna wszystkie te protesty antyglobalistyczne to była grupa 30 tysięcy synów bogatych rodzin, których stać było na jeżdżenie za wszystkimi konferencjami.

Teraz jednak, w związku z konfliktem irackim, narodziło się coś innego – pojawiły się miliony ludzi, którzy na co dzień mają politykę w nosie. Nagle zaangażowali się i to w sprawy odległe. Rozumiem Anglię, która jest bezpośrednio zaangażowana w wojnę – wysyła tam swoich żołnierzy (chociaż oczywiście zawodowych). Ale popatrzmy na inne kraje: wszędzie tam były ostatnio wielotysięczne demonstracje. Ludzie wyszli więc na ulicę z powodów globalnych. Zdali sobie sprawę, że rzeczy, które dzieją się daleko od nich, w jakiś sposób wpływają również na ich sytuację i jakoś ich dotyczą. Takie wydarzenia, jak antywojenne protesty z 15 lutego, napawają optymizmem.

Mówił Pan sporo o braku pojęć, które pozwoliłyby na skuteczną krytykę obecnej sytuacji, oraz na globalizację świata polityki. Dziś w dyskursie publicznym wciąż dominuje opozycja globalizm-lokalność, która każdy opór przeciw globalizacji kapitału umieszcza w wygodnych ramach nacjonalizmu, parafiańszczyzny, populizmu. Większość sił politycznych krytykujących globalizację nie potrafi wyjść poza ramy pustej ideologicznie ksenofobii, antyamerykańskich resentymentów i populizmu właśnie. Gdzie zatem szukać prawdziwych pozycji krytycznych – takich, jakie pół wieku temu budowała na przykład szkoła frankfurcka?

Populizm to coś bardzo charakterystycznego dla naszych czasów. Populizm to jest praktyka polityczna próbująca kanalizować autentyczne strachy, na które państwo wpłynąć nie może. Są przecież takie sprawy, w których politycy nie mogą pokazać się jako ludzie czynu i jako mężowie opatrznościowi swoich społeczeństw. Jakie są zatem sprawy, na które nie mają wpływu?

Populizm to coś bardzo charakterystycznego dla naszych czasów. Populizm to jest praktyka polityczna próbująca kanalizować autentyczne strachy, na które państwo wpłynąć nie może.

Nawet przywódcy największych państw mogą co najwyżej stworzyć w swoim kraju warunki sprzyjające napływaniu wielkiego kapitału, ale trudno uznać ich za jakąkolwiek siłę sprawczą w procesie globalizacji rynków światowych. Pojawia się zatem dramatyczna sytuacja, której ostatnio doświadczyliśmy w Ożarowie: zamykana jest fabryka, całe miasto pogrąża się w bezrobociu. Co na to może odpowiedzieć polityk? Jedyną odpowiedzią, jaką w takiej chwili usłyszą od rządzących jest: more flexibility. Konieczna jest większa elastyczność rynku pracy. Politycy zamiast więcej pewności, obiecują nam więcej niepewności. Podobnie jest na wydziale socjologii w Leeds, gdzie jestem emerytowanym profesorem i do dziś pojawiam się od czasu do czasu w moim gabinecie. Widzę tam tabliczki z nazwiskami nowych pracowników wydziału. Czuję, że jako były szef katedry, powinienem się z nimi przynajmniej przywitać. Po paru miesiącach zorientowałem się jednak, iż nie ma to najmniejszego sensu, bowiem tabliczki te zmieniały się szybciej niż ja zdołałem tych ludzi spotkać. Zamiast pracy do emerytury, do której byliśmy przyzwyczajeni, pojawiły się tak zwane rolling contracts: na pół roku, rok, najwyżej na trzy lata. Tak wyglądają podstawy egzystencjalne naszego dojrzewającego poczucia niepewności. Dwie podstawowe zasady, które wydają się niezbędne do życia, to potrzeba wolności i potrzeba bezpieczeństwa.

70 lat temu Zygmunt Freud wydał książkę zatytułowaną Kultura jako źródło cierpień. Twierdził on, że źródłem wszelkich zaburzeń psychicznych, traum i wzrastającego niepokoju jest fakt, że trzeba złożyć w ofierze sporą część z naszej wolności w imię tego, by zdobyć poczucie bezpieczeństwa – od przemocy, od sąsiadów, od innych ludzi. Państwo, z którego moc wyparowała w górę, a polityka wyciekła w dół, pozostało z bardzo ograniczonym asortymentem możliwości. W sprawach istotnych niewiele już ma nam do zaproponowania. Załamanie się poczucia bezpieczeństwa, kryzys zaufania do instytucji i ustawiczny niepokój stały się składnikami krajobrazu naszej codzienności.

Pojawiła się zatem potrzeba utworzenia sceny publicznej, na której politycy będą mogli pokazać swoją rzekomą moc, udowodnić chęć działania, pokazać siłę determinacji. Tak wyglądała właśnie baza, na której wyrosła współczesna ksenofobia. Politycy ci zaczęli wykorzystywać nastroje niepewności i podkreślając, że globalizacja jest nieunikniona, dodawali jednocześnie, że w obrębie granic są w stanie skutecznie oprzeć się jej najbardziej dokuczliwym przejawom. Zaczęli oprotestowywać wielokulturowość, postulować obozy dla uchodźców, zamykać granice. Portugalia, która jeszcze dwadzieścia lat temu była typowym krajem eksportującym siłę roboczą, dziś jest krajem o bardzo wysokim odsetku imigrantów. 28 procent Portugalczyków głosuje teraz na partię otwarcie występującą przeciw imigrantom. Podobne partie funkcjonują z powodzeniem na scenie politycznej w Austrii, Danii czy Holandii. To powszechne dość zjawisko jest moim zdaniem wynikiem przesuwania problematyki politycznej z terenów, gdzie organa władzy mają niewielki wpływ, na tereny, w których mogą jeszcze cokolwiek konkretnego zdziałać.

Innym przejawem takiej polityki jest umiejętne stosowanie strachu. Kolejne paniki, które są ostatnio coraz częściej wywoływane, dowodzą, że w takich sprawach, gdzie możliwe jest odbudowanie autorytetu państwa, władza chętnie sięga po dowolne środki. Mikołaj Bachtin przedstawił interpretację polityki, jako przetworzenia strachu kosmicznego. Strach kosmiczny to pierwotne odczucie ogarniające nas na widok wielkiego masywu górskiego, bezkresu nieba czy otchłani oceanu. Z tego powstają wszelkie religie, wierzenia. Strach polityczny nie jest już strachem naturalnym. Trzeba ludzi najpierw zastraszyć w taki sposób, aby państwo jawiło się niczym Bóg. Władza oficjalna wzbudza strach i zaraz spieszy z obietnicą wybawienia od grożącego niebezpieczeństwa. Przez 150-200 lat, przez całą erę nowożytną, strach związany był z chaosem rynku. Państwo dobrobytu zbiorowo ubezpieczało jednostki przed indywidualnymi nieszczęściami – kalectwem, bezrobociem, ubóstwem. Państwo występowało jako siła antyrynkowa. Te czasy jednak dawno już minęły.

Żaden odpowiedzialny polityk nie może dziś obiecać interwencji w siły rynku. Pojawiła się potrzeba wykreowania innego strachu, nad którym państwo może zapanować. Krańcową formę tej strategii prezentował Józef Stalin. Był w stanie utrzymywać całe społeczeństwo w niepewności co do własnego losu, a jednocześnie jawił się jako jedyny, który potrafił poddać ten strach kontroli. Ilekroć na kogoś padł cios państwowej przemocy, tylekroć odczuwał wdzięczność wobec Stalina, który „rozpoznał we mnie porządnego obywatela”. Proszę wybaczyć to porównanie, ale gdy CIA ogłasza, że wiadomo na pewno, że będzie atak, a potem w końcu nic się nie dzieje, to wrażenie przeciętnego obywatela może być podobne jak pół wieku wcześniej w ZSRR. Odnoszę wrażenie, że nie z głupoty politycy uciekają się do takich strategii. Wydaje się, że w tej chwili jest to jedyna szansa odtworzenia na nowych fundamentach nadwątlonego autorytetu władzy państwowej. Sygnalizacja problemów społecznych, powszechne zaostrzanie reżimu więziennego, hasło silnej ręki wobec przestępczości, oczyszczanie ulic z bezdomnych, żebraków i narkomanów, zaniechanie idei więzienia jako resocjalizacji na rzecz idei więzienia jako surowej izolacji, zmiana funkcji kuratora w społeczeństwie amerykańskim – to wszystko przejawy nowej polityki państwa, która opiera się na kształtowaniu atmosfery zagrożenia i lęku. W języku angielskim na określenie bezpieczeństwa mamy dwa pojęcia: safety i security. Bezpieczeństwo osobiste, safety, to bezpieczeństwo ciała, domostwa, ulicy. Z kolei security to trwałość pewnych norm, usadowienie w życiu. O ile dziś spraw security załatwić się po prostu nie da, to oczekiwania wynikłe z tej sfery niepokoju przenoszą się na problemy safety – osobistego bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo osobiste nie jest w stanie udźwignąć tak dużego ładunku niepokoju, zatem trzeba tworzyć nowe sfery strachu. Jeszcze niedawno modnym tematem społeczeństw zachodnioeuropejskich była pedofilia, ostatnio pojawili się terroryści. Antoine Garrafont, znany francuski socjolog przestępczości, zauważył, że we Francji trzy rodzaje przestępstw wzbudzają największe namiętności społeczeństwa: tabagisme, czyli zatruwanie ludzi tytoniem, przestępstwa seksualne i przekraczanie szybkości na szosach. Cóż wspólnego mają te przestępstwa ze sobą? Wszystkie one są nakierowane na ciało ludzkie – mówi Garrafont. A ciało jest dziś najważniejszym przedmiotem polityki.

Pojawiła się potrzeba wykreowania innego strachu, nad którym państwo może zapanować.

Przestępstwa wymienione przez Garrafonta to również takie „zbrodnie”, które najłatwiej jest popełnić. W każdym razie mają w sobie element zastraszenia: ja jestem dobry, bo tego nie robię, choć w każdej chwili żyję pokusą, aby dokonać czegoś, za co zostanę przez wszystkich potępiony. Ma to charakter foucaultiańskiego wykluczenia przez dyskurs i jest skutecznym narzędziem kontroli społecznej.

Tylko, gdyby to była prawda, wówczas ludzie baliby się bardziej kataru niż raka. Ale prawdą jest, że chodzi tu o kontrolę społeczną. Pamiętamy przecież, że przed upadkiem muru berlińskiego źródłem życiowej pewności naszych społeczeństw byłe wyrażana explicite doktryna mutually assured destruction, która mówiła, że pokój będzie tak długo, jak tylko obie strony będą się odstraszać. Dziś żyjemy zasadą mutually assured vulnerability, czyli zagwarantowanym poczuciem niepewności i braku bezpieczeństwa. Gwałciciele, miłośnicy tytoniu, terroryści i rajdowcy na autostradach to problemy skuteczne tylko do czasu. Penalizacja jest cząstkowym rozwiązaniem, bo głód strachu jest znacznie głębszy. Okazuje się bowiem, że mutually assured vulnerability jest dziś czymś więcej – jest strategią władzy. Leszek Kołakowski dał kiedyś doskonałą definicję religii: religia jest to poczucie niesamowystarczalności ludzkiej. Na mniejszą skalę odnosi się to również do władzy – zaufanie do polityki, partycypacja w wyborach, zależy dziś od stałej potrzeby redukowania strachu i sprowadzania zagrożenia do minimum.

Dziś żyjemy zasadą mutually assured vulnerability, czyli zagwarantowanym poczuciem niepewności i braku bezpieczeństwa.

W Anglii Glynnis Powell, który funkcjonował w Anglii na długo przed Le Penem, mówił, że poleją się rzeki krwi i że zaleją nas obce elementy, jeśli nie powstrzymamy tego strumienia uchodźców. On pierwszy zauważył, że jest to doskonały sposób autokreacji politycznej. Jeśli bowiem ja sam jestem rękojmią porządku, to wówczas wytwarzam społeczne zapotrzebowanie na siebie. Mechanizm ten zauważyłem jakieś 30 lat temu. Pojawiła się wtedy na rynku angielskim firma, która wymyśliła takie stworzonko, które żyje w dywanach i odpowiada za wszelkie choroby, alergie, zatrucia, astmę. Trzeba tu dodać, że w niemal każdym angielskim domu dywany rozpościerają się od ściany do ściany, pokrywając całą przestrzeń podłogi. Oczywiście firma ta przyszła z gotową metodą walki z zagrożeniem. Ten sam mechanizm najlepiej wyrażają treści reklam środków do mycia łazienek: „Ten płyn zwalcza brud, który widzisz, oraz ten, którego nie widzisz”. Każdy slogan reklamowy kreuje poczucie strachu, ukazuje nam niebezpieczny świat, nie dostrzegalny naszymi zmysłami. W ten sam sposób działają dziś partie populistyczne.

Ostatnio jednak hasła te nie są zarezerwowane wyłącznie dla partii skrajnych, a populistyczne programy są wypracowywane przez szerokie platformy polityczne na centrum, a nawet na lewicy. Problem populizmu nie ogranicza się wyłącznie do partii populistycznych. Jest to jeden z najistotniejszych problemów naszego życia politycznego.

W tych kategoriach, trzeba powiedzieć, że populizmem jest polityka międzynarodowa oraz wewnętrzna George’a Busha. Nie inaczej można powiedzieć o brytyjskim gabinecie Partii Pracy, który wysyła czołgi na lotnisko Heathrow, by chronić je przed domniemanymi terrorystami. Czy można zatem stwierdzić, że w polityce nie pozostało już nic poza populistycznym spektaklem? Czy polityka stała się czystą symulacją, którą przed laty prorokował Baudrillard?

Tu dotykamy problemu ersatzu, problem substytutów i celów zastępczych. Populizm wynika moim zdaniem z tego, że na realne problemy proponuje się nierealistyczne rozwiązania. To jest właśnie źródło siły populizmu: zapotrzebowanie na środki zaradcze, ale to, co się proponuje to – realistycznie rzecz biorąc – mogą być co najwyżej środki zastępcze. Populizm odsuwa tylko te wszystkie sprawy, których demaskacja oznaczałaby faktycznie koniec zapotrzebowania na niego.

Gdyby z projektu Porto Allegre zaczął wynikać nowy ład światowy i można było stworzyć jakieś ramy ustawodawstwa regulującego nowy porządek społeczny, zapewniający minimum bezpieczeństwa, zapewniający możliwość planowania, taki projet de la vie w rozumieniu Sartre’a, to prawdopodobnie wygasłoby zapotrzebowanie na populizm.

Czy jednak mamy tu do czynienia z czymś jakościowo nowym? Proces kulturowego kreowania potrzeb wnikliwie analizował już prawie 40 lat temu Herbert Marcuse, a polityka państwowa realizująca ponadpaństwowe cele ekonomiczne była trafnie opisywana już na początku ubiegłego wieku, choćby przez Rudolfa Hilferdinga w Kapitale finansowym. Czy możemy powiedzieć, że rzeczywiście wyłącznie nasza płynna nowoczesność rządzi się tymi prawami? Czy opisywany przez Pana kryzys nie znamionuje przynajmniej ostatnich pięćdziesięciu, jeśli nie stu lat?

Przez ostatnie 150 lat polityka stawiała sobie za cel stworzenie ładu z chaosu. Taka była misja państwa nowoczesnego. Galbraith powiadał, że im bardziej rozszerzała się społeczna baza demokracji, im więcej ludzi miało prawo głosu, tym więcej ludzi opowiadało się za ubezpieczeniami społecznymi oraz tym częściej mówiono o ograniczeniach rynku. Potem coś nagle się zmieniło. Autorytet państwa nowoczesnego opierał się na rzeczywistej walce z realnymi problemami, więc nie było w nim miejsca na populizm. Teraz etap ten dobiega końca. Sfera działań gospodarczych wymknęła się spod kontroli politycznej. Jakakolwiek partia by nie rządziła, to i tak realizować będzie ona tę samą politykę. Jedyną alternatywą może być Korea Północna, czyli głód i straszak atomowy. Mało kto jednak poszedłby na takie rozwiązanie. Z tego właśnie wyrasta baza społeczna populizmu. Dlatego pojawiają się hasła radykalne, pojawia się ktoś, kto wzywa na barykady i oferuje zburzenie niesprawiedliwego państwa. Przywódca populistyczny nie zwraca uwagi na to, że państwo demokratyczne jest dziś skrępowane przez światowy system gospodarczy. Ważne jest, żeby zrozumieć ten nastrój, jakkolwiek irracjonalny nie byłby on z perspektywy naszej wiedzy.

**
Wywiad pochodzi z 4. numeru pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.