Świat

Rtęć? Nam z kranu leci cała tablica Mendelejewa!

Wojciech Ganczarek

Argentyński wymiar sprawiedliwości orzekł, że to rząd centralny ma obowiązek chronić lodowce i przyrodę w rejonach glacjalnych i peryglacjalnych. Prawo to reguluje rozwój intratnej działalności górniczej i ma wpłynąć na ograniczenie wydobycia surowców naturalnych, w tym złota. Czy uda się je wyegzekwować i zatrzymać trucicieli? Z Argentyny Wojciech Ganczarek.

– Nie pijesz wody z kranu, bo może zawierać rtęć? – pytam. Doktor Ian odwraca głowę w moją stronę, zostawia na chwilę namydlone talerze i garnki. – Rtęć? – zwraca się do mnie, po czym łapie za metalowy kurek i kręci zamaszyście w lewą stronę. Do zlewu tryska szeroki, nieregularny strumień wody. – Nam tu z kranu leci cała tablica Mendelejewa!

Jáchal to niewielkie miasteczko w argentyńskiej prowincji San Juan: kilkanaście przecznic niskich domów u stóp andyjskiej kordyliery. Stąd do Chile już tylko rzut beretem, chociaż byłby to rzut stosunkowo wysoki: przełęcz Agua Negra leży na blisko 4800 m n.p.m.

Latem, gdy w kalendarzu pojawią się dwa czy trzy dni wolnego, doktor Ian bierze motor i pruje do chilijskiej Sereny. – Na plażę nie, bo zimno, ale na świeżą rybkę owszem – zaznacza.

Po stronie argentyńskiej ze świeżością rybki byłby problem: tak okolice Jáchal, jak i cały środkowy i północny region Andów w Argentynie to rejony wyjątkowo suche: bez jezior, bez rzek i – w związku z tym – bez świeżych rybek. Droga krajowa numer 150 biegnąca od centrum kraju do Jáchal przecina bezludne, piaszczyste terytoria, gdzie przez kilkadziesiąt, a nawet więcej kilometrów nie spotka się żywej duszy.

Suchy krajobraz okolic argentyńskiego Jáchal. Fot. Wojciech Ganczarek

Bliżej miasteczka pojawiają się pierwsze znaki obecności ludzkiej: na mostach i asfalcie ktoś wymalował wielkimi literami hasła w rodzaju „Precz z kopalniami”, „Barrick to śmierć” czy „Woda znaczy więcej niż złoto”. Wszystkie napisy pracowicie zamazano.

– Przy aresztowaniu rekwirują wszystkie przedmioty osobiste, w tym telefony – opowiada mi Leticia. – I coś tam pewnie instalują, jakieś podsłuchy, nie potrafiłabym ci tego dokładnie wytłumaczyć. Ale jak ty mi wytłumaczysz fakt, że kiedy umawiamy się na nocne sprejowanie, policja czeka na nas przypadkowo właśnie w umówionym miejscu i o umówionej godzinie?

Tablice antygórnicze z okolic Laguna Blanca. Fot. Victoria Tupone

Wspólnie ze znajomymi zgrupowanymi w Sanjuańskiej Radzie Przeciw Zanieczyszczeniu i Wyzyskowi (Asamblea Sanjuanina Contra la Contaminación y el Saqueo) – organizacji oddolnej i bez hierarchii, jak zaznacza dziewczyna – Leticia bierze udział w kampanii informacyjnej i protestach przeciw działalności kanadyjskiej spółki Barrick Gold, operatora kopalni złota Veladero.

– Och, bo Kanada to taki czysty i ekologiczny kraj – ironizuje. – No świetnie, tylko dlaczego to Argentyna ma płacić za tę ich czystość?

I dlaczego za tę czystość 26-letnia studentka musi być ganiana przez policję? Gdy w Jáchal zorganizowano blokadę drogi, po której wjeżdżały i zjeżdżały z gór kopalniane ciężarówki, funkcjonariusze nie przebierali w środkach przy przywracaniu drożności komunikacyjnej: cały wieczór wozili manifestantów do aresztu w San Juan.

Leticia. Fot. Wojciech Ganczarek

Veladero pracuje w wysokich partiach Andów: znacznie wyżej od miasteczka Jáchal i niedaleko drogi, którą doktor Ian jeździ na smażone ryby do Chile. To region lodowców, które dla suchego zachodu Argentyny są głównym źródłem wody pitnej. Tymczasem proces ekstrakcji złota polega na płukaniu materiału kopalnego gigantycznymi ilościami wody zmieszanej z cyjankami: wszystko to pod gołym niebem, na terenie parku narodowego Parque Nacional San Guillermo i dokładnie w miejscu, gdzie rodzą się wszystkie rzeki spływające do doliny, w której leży Jáchal. Czyli nie tylko zużywa wodę, której brakuje, ale i ją zanieczyszcza.

– Te wszystkie minerały, które natura przez miliony lat formowała i umieszczała w skałach, cyjanki wypłukują w pięć minut – wyjaśnia Ian. – Barrick zabiera sobie złoto i co tam go jeszcze interesuje, a resztę spuszcza do rzeki i my to potem mamy w kranach: rtęć, inne metale ciężkie – mówi i sam zaskoczony dodaje: – Ostatnio znaleźli nawet uran!

Ian jest synem szkockiego migranta i Argentynki: urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale gdy miał kilka lat, jego rodzice przeprowadzili się na południe obu Ameryk. Od blisko 30 lat pracuje jako lekarz rodzinny w publicznym szpitalu w Jáchal. Pytam, czy obserwuje wpływ działalności kopalni Veladero na zdrowie pacjentów.

– Tego nie zobaczymy teraz, dopiero za jakiś czas – wyjaśnia. – Bo zapytasz: co robią takie metale ciężkie w ciele człowieka? No niby nic: organizm ich nie potrzebuje, ale jak ci się odłożą w zbyt dużej ilości w szpiku kostnym, to z tobą koniec.

– Z powodu metali?

– Z powodu białaczki.

Oto najszybsza deforestacja świata, o której nigdy nie słyszeliście

Co prawda Barrick Gold zaręcza, że wszystkie procesy chemiczne prowadzone są pod kontrolą specjalistów i z najwyższą dbałością o normy środowiskowe, ale Kanadyjczykom nie udaje się zakryć palcem słońca: szkodliwe stężenia metali w okolicznych rzekach nie są tajemnicą ani dla badaczy prowadzących kontrole, ani – na to wygląda – dla fauny regionu.

– W porze deszczowej w Jáchal zawsze mieliśmy chmury komarów, które polowały na ciebie przy kanałach i brzegach rzek – wspomina Ian i pół żartem, pół serio dodaje: – Więc jeśli miałbym mówić o pozytywnych stronach działalności kopalni, powiedziałbym: od kiedy wydobywają złoto, w Jáchal skończyły się komary!

Nie są też tajemnicą trzy wycieki wody z cyjankami, które zmieszały się z wodami okolicznych rzek kolejno w 2016, 2017 i 2018 roku. Reakcja władz na tego typu wydarzenia jest jednak nikła, żeby nie powiedzieć: żadna. I nie ma się czemu dziwić. Zabrzmi to jak banał, ale napiszmy: kopalnia złota to przecież prawdziwa… kopalnia złota! Ile wyborów można wygrać, ile krzeseł w parlamencie zdobyć, mając dostęp do złotego kieszonkowego wypłacanego za wydawanie nie do końca legalnych koncesji i przymykanie oczu na wadliwe funkcjonowanie kopalni.

Kwestia korupcji związana z przedsiębiorstwem Barrick Gold to materiał na osobny artykuł, i znów nie ma się co dziwić. Sama tylko kopalnia Veladero odpowiada za 34% PKB prowincji San Juan (a nie całej Argentyny, jak błędnie podała „Rzeczpospolita w notatce z 12 czerwca).

Nie można się również dziwić, że gubernatorzy innych prowincji również aktywnie popierają zagraniczne megakopalnie: czy to licząc na osobiste korzyści w przyszłości, czy odwdzięczając się za te minione.

– Nam pani gubernator powiedziała jasno – opowiada Victoria z miasteczka Laguna Blanca w prowincji Catamarca. – Jak się zgodzicie na kopalnie, będzie asfalt. Jeśli nie, możecie o nim zapomnieć.

Obecnie trwa asfaltowanie ponad 200-kilometrowego odcinka drogi z Belén do Antofagasta de la Sierra, gdzie trwają aktywne prace przy wydobyciu litu. Laguna Blanca – siedziba gminy i jedna z większych miejscowości w regionie – leży kilkanaście kilometrów od głównej trasy i na razie się zapowiada, że mieszkańcy będą musieli w dalszym ciągu pokonywać ten dystans po kamienistej ścieżce.

Kto posprząta po globalnym rozwoju?

czytaj także

Kto posprząta po globalnym rozwoju?

Mahmoud Mohieldin, Sameh Wahba, Silpa Kaza

– Jedyne, co mamy do powiedzenia właścicielom kopalni, to: wynocha.

Victoria jest nowa w okolicy: urodziła się i mieszkała przez większość życia niedaleko Buenos Aires. Dziesięć lat temu przeprowadziła się do Laguna Blanca, mikroskopijnej miejscowości na drugim końcu kraju. Wejście w kontakt z mieszkańcami nie przyszło jej łatwo, ale dziś jest niezastąpiona: wyprowadziła na prostą spółdzielnię hodowców lam, a teraz jest drugą — zaraz po wodzu, a dokładniej: po pani wódz — najważniejszą osobą w lokalnej społeczności rdzennej diaguitas calchaquies.

– Chcieli mnie na wodza, ale mówię: nie, będą narzekali na mnie w urzędach, że to co za wódz, jakiś taki biały i mało rdzenny! – Victoria śmieje się beztrosko, bo wie, że jej własna społeczność nie dyskryminuje jej ze względu na kolor skóry.

Victoria. Fot. Wojciech Ganczarek

Społeczność to siła. Megakopalniacy o tym wiedzą i płacą: a to miejscowemu policjantowi, a to sąsiadom, żeby ci usiłowali rozsadzić grupę od środka, dzieląc ją na zwolenników i przeciwników kopalni. Właściwie cała wysokogórska część prowincji Catamarca oceniana jest jako bogata w lit; międzynarodowe grupy górnicze robią wszystko, by dostać zgodę na wydobycie.

– Zgodnie z prawem, aby dostać taką zgodę, należy najpierw przeprowadzić konsultacje społeczne – mówi Victoria. No i zdarza się, że przyjeżdża kilku wygadanych typów w nieoznakowanym samochodzie, nie mówią skąd są, a jeśli zapytać, to coś kręcą, mówiąc że z gminy, że z prowincji. Robią ludziom ankiety zupełnie niezwiązane z tematem, np. czy znasz kogoś, kto pracuje w górnictwie, i czy uważasz, że to dobry człowiek. A potem przedstawiają to władzom centralnym jako konsultację społeczną.

Jeżdżą od wsi do wsi, wprowadzając ludzi w błąd. Bo mówimy o wioskach i o ludziach, którzy na co dzień nie czytają wiadomości w internecie, nie mają opinii wyrobionej na podstawie bogatego przeglądu prasy międzynarodowej: sama Laguna Blanca dopiero od niedawna ma dostęp do elektryczności, i to tylko przez kilka godzin na dobę.

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”

Innym razem bezpośrednio przyjeżdżają ze sprzętem: zaczynają samowolnie kopać i zbierać próbki. Dlatego teraz, gdy tylko w okolicy pojawi się jakiś samochód, Victoria leci z sąsiadami, by przegonić podejrzanych przybyszów na cztery wiatry.

– Dochodziło do tego, że musieliśmy takim zawalać drogę kamieniami – opowiada. – Palić gałęzie, żeby nie przejechali, czy rekwirować nielegalnie zebrany materiał.

A jest co chronić, bo okolice Laguna Blanca to prawdziwy raj na ziemi: bezkresne wysokogórskie łąki, ośnieżone szczyty, lamy, wikunie i krystaliczne jeziora goszczące stada różowych flamingów. Szkoda by było rozjechać to wszystko koparkami i zamienić w szare cmentarzysko zanieczyszczonej ziemi.

– Chociaż też nie ma co popadać w skrajności – odpiera Ian. – Argentyna podzieliła się – jak zwykle – na dwa obozy, między którymi nie ma dialogu: jedni chcą kopalni za wszelką ceną, inni nie chcą kopalni za nic w świecie. Jeśli zapytasz mnie o zdanie, powiedziałbym ci: kopalnie? Bardzo proszę, instaluj pan u nas swoją kopalnię, ale…

Ale skąd weźmiesz wodę? Ach, chcesz używać naszej wody? No nie, wody ci nie możemy dać. Załatw sobie wodę skądinąd albo stosuj inne techniki ekstrakcji, bo my wody mamy mało. I gdzie się będziesz instalował? Tam, wysoko, w górach? No nie, tam nie. Jak chcesz, to proszę bardzo, instaluj swoje zabawki do przerobu materiału kopalnego, ale tutaj, na dole, zaraz obok miasteczka, żebyśmy mogli w dowolnym momencie iść i zobaczyć, co ty tam właściwie robisz. A odpady, gdzie będziesz składował odpady? I tak dalej.

– No i niech płacą podatki! – kończy Ian. – To jest w ogóle jakiś skandal, że przyjeżdżają faceci, kopią dziury w ziemi, zanieczyszczają rzeki, marnują wodę, wywożą nasze złoto za granicę, a my ich tylko po rękach całujemy!

Rzeczywiście, prawicowy rząd Mauricio Macriego – ten sam, który zapoczątkował obecny kryzys ekonomiczny i społeczny w Argentynie – tak głęboko się zaniepokoił, czy aby na pewno wydobycie złota przynosi zagranicznym kopalniom odpowiedni poziom zysku, że zniósł podatek od eksportu dla przedsiębiorstw górniczych.

– Tymczasem Evo Morales w Boliwii ściąga 55% podatku od kopalni. I co, przestali kopać? Już się nie opłaca? – pyta Ian retorycznie. – Kopać złoto się nie opłaca? No chyba żartujesz!

Odkrywki to żaden biznes, tylko zwyczajna katastrofa

3 czerwca tego roku argentyński wymiar sprawiedliwości zatwierdził tzw. ustawę o lodowcach, zaskarżoną 8 lat temu przez Barrick Gold jako niekonstytucyjną. Prawo zakazuje rozwoju działalności górniczej w rejonach glacjalnych i peryglacjalnych, przypisując władzom centralnym – we współpracy z prowincjami – zadanie ochrony lodowców jako strategicznego źródła wody słodkiej z przeznaczeniem do spożycia przez ludzi i dla rolnictwa, osłabiając tym samym rolę gubernatorów prowincji. Ocenia się, że ustawa mogłaby zakończyć działalność przeszło 40 kopalń w całym kraju.

Mimo to Veladero kontynuuje w najlepsze prace w rejonie peryglacjalnym: podejrzewa się, że kolejny argument Kanadyjczyków z Barrick Gold będzie taki, że jeśli już przyznano koncesję, nie można im jej odebrać.

A potem? Problem zanieczyszczenia dotyczy nie tylko wody, ale wszystkiego, co się z nią wiąże. Czyli wszystkiego. Póki trwa wydobycie, mieszkańcy miasteczka pracują w kopalni, ale gdy okres eksploatacji się skończy, Jachal będzie jeszcze biedniejszy niż dawniej, zaręcza Ian. Powrót do tradycyjnej dla regionu produkcji rolnej i winnic raczej odpada, bo nawet zakładając, że stężenia szkodliwych pierwiastków z czasem nieco zmaleją, to Jachal ma już swoją złą sławę i na rynku może nie być chętnych na uranową cebulę i rtęciowe wino.

– Na ryby faszerowane metalami ciężkimi ja też się nie piszę — dodaje pan doktor.

Tymczasem Ianowi brakuje mniej niż dwóch lat do emerytury. Mówi, że tylko na to czeka. Chce się zestarzeć gdzieś, gdzie wody są czystsze.

– W Jachal niedługo nie będzie się dało żyć! – zaręcza.

– A co, rozważa się jeszcze jeden projekt górniczy w regionie? – pytam.

– Jeden? – drwi Ian. – Nie jeden. Dziewiętnaście.”

**
Wojciech Ganczarek – fizyk i matematyk, od 2013 roku w podróży po Ameryce Łacińskiej, autor filmu dokumentalnego Soy paraguayo i bloga Fizyk-w-podrozy.blogspot.com. Jest autorem książki Upały, mango i ropa naftowa. Publikuje w „Tygodniku Przegląd”, „Magazynie Kontakt” i magazynach podróżniczych.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.