Teatr

Trzynaście lat opętania, czyli „Jak być kochaną” w Teatrze Narodowym

Nie ma sensu udawać, że na spektakl „Jak być kochaną” Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie publiczność przychodzi bez żadnych oczekiwań. Większość (w tym ja) chce skonfrontować wersję teatralną z arcydziełem Wojciecha Hasa i genialnym duetem Krafftówna-Cybulski. Ale Lena Frankiewicz idzie własną drogą. Nierówną, choć momentami zaskakującą. I chętnie poszłabym za nią, gdyby tylko nie zatrzymywała się nad przepaściami. Bo czasem trzeba skoczyć.

Jest coś fascynującego w momencie, w którym na scenę trafia tekst znany wcześniej jako ikoniczna książka, a potem film z najlepszego okresu Polskiej Szkoły Filmowej. Coś iskrzy pomiędzy, choć dzieje się tak niezwykle rzadko, bo takich tekstów mamy w Polsce zaledwie kilka. W tym dwa z wojną w tle: Popiół i diament i Jak być kochaną. Lustro i krzywe zwierciadło. Awers i rewers.


Jeśli w ogóle w polskiej kulturze istnieje kobieca postać, którą można postawić na wadze z Maćkiem Chełmickim (bohaterem Popiołu i diamentu Andrzejewskiego, filmu Wajdy i spektaklu Libera), a szalka wagi nie drgnie nawet o gram – jest to Felicja, „nieznany żołnierz tej wojny”, bohaterka opowiadania Brandysa, filmu Hasa i spektaklu Frankiewicz.

Znowu opowieść o wojnie? Nie tym razem. Lena Frankiewicz mogłaby przed nami rozsypać worek z narodową mitologią, ale tego nie robi. Wspólnie z autorką adaptacji scenicznej, Małgorzatą Anną Maciejewską, zadaje za to karkołomne pytanie: „Czy można się odpamiętać?”. To nie będzie spektakl o polskich bohaterach i wojnie, ale o psychologii pamięci i konsekwencjach kobiecej traumy. Nareszcie! Oglądamy psychodramę o piekle pamięci, „wspomnieniach, których się nie wzywa”, choć przychodzą jak hieny, i rozpaczliwych próbach wypełnienia szczelin z przeszłości. W głowie Felicji ta przeszłość czasem szemrze, innym razem wyje. Nigdy nie jest cicho.

To nie spektakl o polskich bohaterach i wojnie, ale o psychologii pamięci i konsekwencjach kobiecej traumy. Nareszcie!

A co jest sednem tej historii? Z pozoru banalna opowieść z wojną w tle, która na naszych oczach zamienia się w życiową tragedię. Znacie to? Więc posłuchajcie. Młoda dziewczyna w przededniu II wojny światowej ma zadebiutować w roli Ofelii. Jest bez wzajemności zakochana w grającym Hamleta Wiktorze, amancie i blagierze. Po spoliczkowaniu aktora-volksdeutscha Wiktor musi się ukryć. Sprawa jest pilna, zwłaszcza że ktoś postanowił volksdeutscha zastrzelić. Felicja bez namysłu decyduje się przechować Wiktora w swoim mieszkaniu. Wojna zastąpi tej dwójce ślub. Tak niewinnie rozpocznie się kilka lat gehenny: wzajemnego uzależnienia, emocjonalnej pułapki, bezsensownych poświęceń i roli jedynego widza w teatrze zaszczutego aktora.

Felicja zapłaci za to zbyt wysoką cenę. Zostanie zgwałcona przez niemieckich żołnierzy (w trakcie gwałtu Wiktor taktownie zemdleje, ukryty za tapczanem), będzie grać w niemieckim teatrze (lepsze papiery Felicji to lepsza ochrona Wiktora), a po wojnie aktorski sąd koleżeński skaże ją na utratę praw zawodowych za kolaborację, czyli granie u Niemców. A Wiktor? Odejdzie od niej natychmiast po wyzwoleniu. Wróci, żeby popełnić samobójstwo. Od niektórych historii nie da się uciec.

I wieszczka, i lesbijka

Na scenie przy Wierzbowej Frankiewicz pokazuje nam tę historię kameralnie, bez inscenizacyjnych szaleństw. Wypreparowała ją z czasu i przestrzeni. Ogołociła z wojennych dekoracji. To w dużej mierze zasługa antyseptycznej, zimnej scenografii Agaty Skwarczyńskiej. Półkolista biała konstrukcja imituje samolot, którym Felicja leci do Paryża, ale równie dobrze może być salą szpitalną. Biało nie do wytrzymania. W tej bieli dopadają Felicję – cenioną aktorkę, znaną po wojnie ze słuchowiska radiowego – wspomnienia z ciemnych czasów.

Felicję gra Gabriela Muskała. Gra to mało powiedziane, bo jej Felicja jest doskonała pod każdym względem. Mniej dba o „wydawać się” (niż filmowa Krafftówna), bo dużo trudniej jej „być”. Momentami jest rozpaczliwie bezbronna, skrzywdzona, kompletnie nie rozumie, dlaczego za takie poświęcenie dostała karykaturalne ochłapy. Co tu nie działa? Jakby wystarczyło się jeszcze trochę bardziej postarać i wszystko się uda. Chwilę później jest już „wspaniała i potworna” (Brandys), pijana w sztok, cyniczna na pokaz, gorzka i okrutna wobec samej siebie. W międzyczasie nie brak jej wdzięku. I humoru. Bo Felicja to wszystkie stadia wiwisekcji: od zdystansowanej aktorki w luksusowym czerwonym płaszczu, przez sukienkę „silnej Polki”, którą musiała nosić w czasie wojny, po zrozpaczoną, płaczącą, pijaną kobietę w pomiętej halce.

„Siłaczki” forever

Chwileczkę. Pijaną? No wreszcie! Lena Frankiewicz wyciąga z tekstu Brandysa tę oczywistość, która wstydliwie ukryła się w tle. Na barowych stołkach i w litrze wojennego spirytusu. Od subtelnej sugestii „zdaje się, że kieliszek koniaku dobrze by mi zrobił” po agresywne wycie „rok życia za kieliszek koniaku”, od chwiania się przed estradowym mikrofonem po upiorną lukę w pamięci, czas powrotu Wiktora, kiedy „przez pięć dni piliśmy co noc”. Felicja pije. Żeby przetrwać. Albo zapomnieć. Felicja jest alkoholiczką.

Na scenie przy Wierzbowej alkoholizm wybrzmiewa bardzo mocno, ale nie ma tu grama dydaktyzmu czy oceny. Bohaterstwo kobiety zawsze brzmi jakoś ciszej, drugoplanowo. A jednak ma swoją cenę. To chyba najumiejętniej poprowadzony wątek psychologiczny w spektaklu, konsekwentnie wygrany na drobiazgach. Czasem na rozpaczy. Jak w końcowych scenach-reminiscencjach, kiedy Wiktor (Jan Frycz) wraca do Felicji na pięć powojennych dni, pięć dni picia zakończonych jego skokiem przez okno i samobójstwem.

Felicja wierzy, że jeśli zrozumie ten straszny czas, coś się w niej ułoży, coś domknie. „Co wtedy czułeś? Przypomnij mi!”. „Nie pamiętam”.

Oboje nie pamiętają. Felicja rozmawia z duchem albo wcieleniem-projekcją Wiktora, zapętlona w prośbach o przypomnienie. A Wiktor kolejny raz skacze i niczego nie pamięta. On nie pamięta. Ona nie pamięta. To dobra scena. Jeśli nikt prosto w oczy, święcie przekonany, że mówi prawdę, nie powiedział wam takiego „nie pamiętam”, to macie szczęście. Pewnie nie znacie alkoholika.

Jaki jest w tym tandemie Wiktor grany przez Jana Frycza? Powiedziałabym, że trochę nieobecny, wycofany, w tle. Nie konkuruje z wersją Cybulskiego. Jakby grał samego siebie: zmęczonego aktora, starzejącego się faceta. Może szkoda? A może właśnie ma to sens: widzimy prawdę. To Felicja w swojej głowie stworzyła bohatera, idealne wyobrażenie, Felicja dobijała się o wpuszczenie do środka. A w środku była tylko pustka.

Jedyna kobieta w okolicy

czytaj także

W Jak być kochaną Frankiewicz żongluje konwencjami, ale nie zszywa ich niewidocznym ściegiem i to jeden z powodów, dla których nie skaczę za nią w przepaść. Podchodzimy do krawędzi. Ani kroku dalej. Sceny doskonałe sąsiadują z kliszami i nachalnymi cytatami. Jak w scenie gwałtu na Felicji, pokazanym trafnie jak choreografia, upokarzający taniec dominacji. To nie jest gimnastyka, to zostanie na lata. Ale czy naprawdę trzeba tak łopatologicznie wprowadzać i wyprowadzać widza z tej sceny? Esesmani przed gwiżdżą Lili Marleen, po – palą papierosy. Widz rozumie banalność zła, zgrzytają za to rejestry. Przez to słabiej wybrzmiewa dalszy ciąg: dopiero co zgwałcona Felicja, która cuci Wiktora i pociesza. „Jeszcze się wszystko naprawi, mam nadzieję…” . Nie naprawi się.

Jeśli nikt prosto w oczy, święcie przekonany, że mówi prawdę, nie powiedział wam takiego „nie pamiętam”, to macie szczęście. Pewnie nie znacie alkoholika.

Takie zgrzyty pojawiają się częściej. Choć czasem może to dać niezły efekt, jak w scenie, w której Felicja wyciąga Wiktora z knajpy, gdzie opowiada niestworzone historie o swojej bohaterskiej wojennej przeszłości. Mężczyźni biegają po scenie jak chłopcy, którzy bawią się w wojnę: strzelają z niewidocznych karabinów, dobijają się krótkimi seriami i trafieni – widowiskowo umierają. Dziewczyna w barze śpiewa Czerwone maki na Monte Cassino. „Prawdziwi bohaterowie leżą na cmentarzu”, a tutaj odbywa się „jestem trzy poziomy wyżej od ciebie w grze w męskość”. Przypominają się słowa Swietłany Aleksijewicz z wywiadu z Lidią Ostałowską: „Mężczyzn od dziecka przygotowuje się do myśli, że może być wojna. Kobiet się tego nie uczy”. Jeśli jesteś mężczyzną, musisz udawać, że zagrałeś, nawet jeśli siedziałeś ukryty za ławką rezerwowych. Takie są reguły. Wiktor udaje, że grał.

W swoim spektaklu Frankiewicz wyznacza dwie mistrzynie ceremonii. Jedną jest zdystansowana, chłodna stewardessa (Michalina Łabacz), która wprowadza nas na pokład, odgrywa role poboczne i przeprowadza przez historię Felicji. Drugą jest jama w ziemi, przez różnych krytyków interpretowana rozmaicie: jako lej po bombie, komórka, w której ukrywa się Wiktor, a nawet miejsce w świątyni Westy, w którym płonął święty ogień.

Fot. Magda Hueckel

Dla mnie to po prostu podświadomość. Towarzyszy nam przez całe życie. Miejsce-stan, w którym zmieści się wszystko: traumy, lęki, obsesje, nerwice, próby samobójcze i znacznie więcej. Leje po bombach, ciemne komórki, gwałty. Czasem to „wszystko” wydobywa się na światło dzienne. I bywa to przerażające.

To podświadomość. Miejsce-stan, w którym zmieści się wszystko: traumy, lęki, obsesje, nerwice, próby samobójcze. Leje po bombach, ciemne komórki, gwałty.

Jest taka ważna, choć łatwa do przeoczenia chwila w spektaklu Frankiewicz, tuż przed końcem, zanim wszyscy wysiądą z samolotu. Jakby scena otwierała się szerzej, jakby widać było zamysł spektaklu. Przez chwilę można się poczuć tak, jakby się wzięło udział w terapeutycznych ustawieniach systemowych z Felicją w roli głównej. Może nawet w odsądzanych od czci i wiary ustawieniach hellingerowskich. Jakby każdy z podróżnych zagrał epizodyczną rolę w terapii Felicji. I jeszcze jedna taka chwila: międzylądowanie w Niemczech, kiedy stewardessa pyta Felicję o odczucia i prowadzi ją przez kolejne pytania, lekko uderzając w plecy i zmuszając do mówienia. To terapia.

W tych chwilach przychodzi mi do głowy, że to jest właśnie ta różnica, ten moment, który potrzebny był w Polsce już dawno temu. Historyczna Wielka trwoga Macieja Zaremby to znacznie za mało. Nieprzepracowana polska trauma wojenna i powojenna wraca na różne sposoby. Sztuka uparcie zajmuje się jej społecznym kontekstem, ale najważniejszy jest wymiar indywidualny, bo to właśnie dziedziczymy. I najwyższy czas to zrozumieć.

Dlatego spektakl Frankiewicz jest potrzebny: pokazuje nieoczywistość i psychologię traumy, mimo chłodu, niedociągnięć i zatrzymywania się w pół kroku. Mimo braku odwagi, żeby pociągnąć pewne tematy do końca. Wywlec je na białą scenę. Mimo faktu, że aktorzy, którzy towarzyszą Gabrieli Muskale, mogliby dostać więcej materiału do zagrania. Zwłaszcza Adam Szczyszczaj (Nieznajomy z samolotu) i Jacek Mikołajczak (Tomasz).

Kolektyw Szechiny. Czytaj między wierszami

czytaj także

Idźcie na Jak być kochaną. Nie oglądajcie wcześniej filmu z Cybulskim. Teatr to inne medium. To nie jest spektakl o „łojeniu koniaczku i zakochaniu w bad boyu”, jak pisze z dezynwolturą pewien krytyk z „Przekroju”. To spektakl o tym, jak potrafi nas zdemolować pamięć. A trochę i o tym, że „wszystko, co nas spotyka, z początku nazywamy życiem, dopiero po pewnym czasie okazuje się, że to jest kraj”.

*
Jak być kochaną, reż. Lena Frankiewicz, Teatr Narodowy w Warszawie

**
Marta Zdanowska – animatorka literatury, redaktorka i recenzentka. Współtwórczyni festiwalu Puls Literatury w Łodzi.

Wpłać na Krytykę #pozdrowGlinskiego

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.