Sztuki wizualne

Marta boska (nie tylko) od memów

Bardzo chciałabym dożyć momentu, w którym ze słowami „kobiecość” i „dziewczęcość” nie będą łączone: infantylność, płytkość czy banalność. Z utęsknieniem czekam na świat, w którym większość kobiet przestanie się wstydzić swojej wewnętrznej dziewczyńskości i uwierzy w to, że są tak samo dobre, mądre, interesujące i wspaniałe, jak wszystkie inne grupy ludzkie – mówi nam Marta Frej.

Paulina Januszewska: Niedawno wydałaś album ze swoimi najsłynniejszymi memami, zatytułowany 120 twarzy Marty Frej. Twoje rysunki pojawiły się w najnowszym numerze „Krytyki Politycznej”, poświęconym odwadze. Zdaje się, że właśnie odwaga w połączeniu z bezkompromisowością jest cechą charakterystyczną wszystkich etapów twojej twórczości, jak i opowieści, którą za pomocą sztuki „piszesz” o kobietach. Czy mam rację?

Marta Frej: Po takiej interpretacji mogłabym już spokojnie zamknąć swój kramik i umrzeć jako całkiem spełniona i doceniona artystka. Ale spokojnie, na razie jeszcze się na tamten świat nie wybieram. Obecna sytuacja polityczno-społeczna pokazuje, że sztuka feministyczna ma jeszcze wiele do zrobienia i mnóstwo tzw. pracy u podstaw do wykonania. Odwaga bez wątpienia zajmuje w niej bardzo ważne miejsce, bo stanowi kluczowe narzędzie w odzyskiwaniu podmiotowości, walce o prawa kobiet i równe szanse dla wszystkich.

Ponieważ państwo odbiera nam prawa, odpowiedzialność za sposób, w jaki jesteśmy traktowane, znów przerzuca się na nas. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko przyjąć to do wiadomości i z odwagi uczynić atut oraz oręż do walki z dyskryminacją. Osobiście jednak nie czuję się odważną osobą.

Dlaczego?

Bo bardzo często odczuwam strach i każda próba przełamania go jest dla mnie bardzo kosztowna emocjonalnie i trudna. Z drugiej strony jednak prof. Przemysław Czapliński twierdzi, że nie ma odwagi bez lęku. Być może więc powinnyśmy zdefiniować ją jako życie pomimo tego, że się boimy, lub jako pracę wewnętrzną, którą trzeba wykonać, by strach przezwyciężyć. Mam wrażenie, że sama muszę robić to bezustannie i tak się złożyło, że swoją osobistą batalię przekuwam w sztukę. Okazuje się też, że wiele kobiet utożsamia się z moimi doświadczeniami, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co robię, ma duże znaczenie.

Po memy sięgasz jednak znacznie rzadziej niż parę lat temu. Jak wiele wspólnego ma to z nasilającą się w Polsce antykobiecą i antygenderową krucjatą prawicy?

Niestety bardzo dużo. Zaczęłam rysować memy, gdy u władzy była jeszcze Platforma Obywatelska, i z dzisiejszej perspektywy wspominam ten okres jako sielankę. Opowiadałam wtedy przede wszystkim o naszych ograniczeniach światopoglądowych, pokazując, że kobietom jest niemożebnie ciasno w mieszczańskim, patriarchalnym gorsecie. Wprawdzie wiedziałam, że mamy o co walczyć, że rząd ignoruje połowę społeczeństwa, że wciąż tkwimy w bardzo konserwatywnym świecie…

…ale?

Jednocześnie przyświecał temu zupełnie inny niż obecnie nastrój, a przede wszystkim – optymizm. Miałam w sobie bardzo dużo radości, chęci zmiany rzeczywistości poprzez zabawę i humor. Wydawało mi się, że ośmieszanie seksizmu i podwójnych standardów to dla mnie jedyna słuszna i całkiem skuteczna droga ku dobremu. Nie przypuszczałam, że dojdzie do regresu, że ktokolwiek ośmieli się zaostrzyć już przecież niezwykle restrykcyjną ustawę antyaborcyjną po to, by jeszcze bardziej ubezwłasnowolnić kobiety. Potrafiłam patrzeć na wiele opresyjnych zjawisk z ironią i przymrużeniem oka, a one po latach okazały się bardzo niebezpieczne.

PiS mówi do mężczyzn: zachowajcie władzę w rodzinie, nie będziemy wam przeszkadzać

A teraz?

Dziś już nie potrafię śmiać się z rzeczywistości, dlatego przestałam robić lekkostrawne, figlarne memy. Jeśli nawet sięgam po tę formę, zwykle rysuję bardzo zaangażowane politycznie i społecznie plakaty oraz grafiki o ciężarze, jakiego się po sobie nie spodziewałam. W nich nie ma już dystansu, humoru i zabawy. Jest irytacja, wściekłość i przerażenie tym większe, im bardziej zdaję sobie sprawę, że kompletnie nie przeczuwałam, do czego będzie w stanie posunąć się Zjednoczona Prawica.

Ale zanim usłyszałyśmy wyrok w sprawie aborcji i groźby wypowiedzenia konwencji stambulskiej, mówiłaś w wielu wywiadach, że rysujesz, bo jesteś wkurzona.

W tej chwili, cytując hasła z jesiennych protestów, należałoby raczej powiedzieć – że jestem wkurwiona.

Temu wkurwieniu na ulicach towarzyszyła spora dawka humoru. Na transparentach królowały memy, co tylko pokazuje, że ta forma protestu stała się znakiem rozpoznawczym demonstracji. Jak myślisz, dlaczego?

Może to śmiech przez łzy. Uważam, że mem i dowcip nie są aż tak znowu świeżym wynalazkiem demonstrantów i demonstrantek, choć na pewno podane w takim, a nie innym sosie ironii i okoliczności stanowią ważny aspekt współczesnej komunikacji, a także mają swój wyjątkowy, lokalny i sytuacyjny koloryt.

Bardzo chcemy myśleć, że w ten sposób porozumiewają się ze sobą głównie młode pokolenia, ale prawdą jest, że za pomocą memów rozmawiamy dziś ze sobą niemal wszyscy. Wydaje mi się, że memy mogą być przede wszystkim istotnym zagrzewaczem i dopingiem do tego, by w ogóle wychodzić na ulicę, informować siebie nawzajem o manifestacjach, sieciach wsparcia itd. Uważam, że pod tym względem nie do przecenienia jest rola internetu, dzięki któremu mobilizuje się do działania przede wszystkim Polska pozawarszawska.

Pokolenie JP2 kontra pokolenie .JPG

czytaj także

A jaka jest wyższość tej formy przekazu nad innymi?

W moim przypadku memy stały się kamieniem milowym na drodze rozwoju zawodowego. Żeby zacząć je robić, musiałam wyrzucić z głowy wszystko, czego nauczyłam się na Akademii Sztuk Pięknych.

To znaczy?

Przewartościowałam całą swoją wiedzę i wyobrażenie o tym, jak działa i funkcjonuje artysta. Artystka w słowniku kadry ASP istniała jedynie w odniesieniu do cyrku albo kabaretu. Z kolei artystą też nie mogłam zostać − co musiałam uznać − bo nie wpisuję się w ramy prestiżu i majestatu tego zawodu oraz nie wystawiam prac w dużych i ważnych galeriach, w których dominują wielcy i ważni mężczyźni. Zdecydowałam, że skoro nikt mi nie powiedział, jak się tam dostać, to poszukam sobie miejsca gdzie indziej.

Padło na internet, w którym nie dość, że w ogóle zaczęłam publikować swoje prace, to jeszcze opowiadałam nimi o sobie. Na rysunkach pokazywałam nie tylko własną twarz, ale też twarze członków mojej rodziny, co wymagało pokonania wielu wewnętrznych barier. Czy się opłaciło? Owszem, bo zyskałam zupełnie nową przestrzeń wyrazu, która w pewnym sensie ukształtowała mnie jako artystkę.

Pandemia opowiedziana memami

Czy 120 twarzy Marty Frej jest domknięciem tego etapu? Memów więcej nie będzie?

Wydanie tego albumu z pewnością wygląda jak postawienie kropki, choć ja nie lubię tego robić, bo z interpunkcją mam generalnie duże problemy, co zresztą często wytykają mi krytycy podpisów na moich rysunkach. Nie mogę więc definitywnie oznajmić, że kończę z memami. W tej chwili nie mam na nie w sobie przestrzeni i bardzo chcę wrócić do malowania. Przestałam też komentować na bieżąco politykę, bo musiałabym rysować od rana do wieczora przykre rzeczy, w których nie ma miejsca nawet na cień uśmiechu. Możemy sobie chichotać po kątach, żeby nieco zmniejszyć odczuwane napięcie, ale uważam, że to nie ma szans przełożyć się na żadną konkretną zmianę społeczną czy kierunek w debacie publicznej. I tak gotują nas w garze.

Nie obraziłabym się więc, gdyby w społeczeństwie wydarzyło się wreszcie coś pozytywnego, co doprowadziłoby do tego, że z nierówności można byłoby się znów się śmiać, wiedząc, że maleją, a nie drżeć ze strachu wobec odbieranych nam kawałek po kawałku kolejnych praw. Tak naprawdę jednak nie zamykam się na nic. Mam wielką ochotę znaleźć nowe formy wyrazu i stworzyć dużą większą opowieść, na przykład w postaci komiksu.

Jeden – poświęcony polskim bojowniczkom o niepodległość – już wydałaś. Niektórzy mówią, że w ten sposób zabierasz patriotyczne zabawki skrajnej prawicy, by odzyskać tożsamość narodową dla kobiet. Dlaczego przeformułowanie bogoojczyźnianej narracji jest dla ciebie tak ważne?

Od kilku lat, mniej więcej od obchodów 100-lecia uzyskania przez Polki praw wyborczych, zajmuję się herstorią, pokazując, że patriotyzm – słowo, którego też do niedawna bardzo nie lubiłam, ale powoli je dla siebie odzyskałam – może być udziałem każdej i każdego z nas. Na pewno niemałą rolę odegrała tu książka Ani Kowalczyk Brakująca połowa dziejów, do której zrobiłam ilustracje. Później rysowałam projekt Sąsiadki o wybitnych Ślązaczkach i innych kobietach, które działały w czasie powstań śląskich. W końcu powstał komiks Dromaderki o Polkach walczących o naszą wolność podczas zaborów.

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

Z kolei na początku tego roku wykonałam pracę dla Muzeum Józefa Piłsudskiego, poświęconą jednej z dromaderek, czyli Aleksandrze Szczerbińskiej-Piłsudskiej. Jej postać jest mi szczególnie bliska ze względu na to, jak wyjątkową, niezwykle odważną kobietą była i jak wielką rolę odegrała nie tylko w życiu Marszałka, ale i w historii naszego kraju. Brak dziejów kobiet w podręcznikach to wstyd i chcę zrobić wszystko, by tę lukę wypełnić. Wydaje mi się, że to bardzo ważna praca do wykonania dla nas.

Opowiadanie herstorii?

Owszem. Stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety było okazją do sięgnięcia po teksty polskich sufrażystek. Wiele osób – w tym ja – przekonało się wówczas, że ich postulaty są wciąż aktualne. Wciąż nie mamy tego, czego Polki domagały się już sto lat temu. Pominięcie sufrażystek w historii i debacie publicznej, odmawianie im szacunku zaowocowało utratą ich dorobku. Nie wyobrażam więc sobie dalszej feministycznej walki bez pokazywania kobiet, które charakteryzowały się wielką odwagą i na wielu polach i frontach walczyły o to, żeby mogły być sobą, mieć prawo do swojego ciała, wolności, poglądów czy podejmowania pracy.

Sądzę, że odpowiedzi na wiele dzisiejszych problemów leżą właśnie w przeszłości. Musimy dostrzec i potępić wieloletnie, celowe lub nie, zaniedbania, zaniechania, przekłamania i manipulacje, by wyciągnąć wnioski i móc ruszyć naprzód. W innym wypadku będziemy wpadać ciągle w te same pułapki i powtarzać bez końca dawne błędy. Polski feminizm i system sprawiedliwości społecznej nie zaczął się bowiem kształtować w 1989 roku, ale znacznie wcześniej.

Prawa wyborcze nie były prezentem dla kobiet

Jaką rolę odgrywa w tym radykalne siostrzeństwo – hasło, którym opatrzyłaś mural odsłonięty w tym roku z okazji Dnia Kobiet w Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie? Czy ma to coś wspólnego z faktem, że dziś feminizm staje się głosem mas kobiecych i leci pod strzechy, wychodząc poza akademickie grono dyskutantek?

Zdecydowanie tak. Cieszę się, że o tym mówisz, bo sama zawsze tkwiłam na peryferiach tych istotnych miejsc, w których odbywała się ważna debata feministyczna. Nigdy nie działałam w Warszawie, mieszkałam w niej bardzo krótko i przez długi czas odwiedzałam głównie place zabaw, bo miałam małe dziecko. Mimo że od lat jestem feministką, bardzo często czułam się i wciąż czuję osamotniona jako kobieta.

Dlaczego?

Bo nie potrafiłam dotrzeć do grup wsparcia, wydawało mi się, że inne kobiety są nastawione na rywalizację, w której nie chciałam uczestniczyć. Czasami zastanawiam się, jak moje życie potoczyłoby się, gdybym takie rozumiejące mnie grono innych kobiet znalazła. Uważam, że wszystkie bardzo tego potrzebujemy. Mam na myśli wymianę wzajemnych doświadczeń, spraw, które znamy z autopsji, a nie jedynie z mądrych książek i wykładów. Dzięki temu rodzi się pewność siebie, a za nią chęć działania. Trudno jest cokolwiek zmienić w pojedynkę, dlatego powinnyśmy uczyć się współpracy, udzielania i przyjmowania wsparcia.

Tym jest dla mnie radykalne siostrzeństwo – potrzebą uzmysłowienia sobie, że musimy zerwać z wyuczoną w szkole i narzucaną przez współczesny system konkurencyjnością, która dużo mocniej uderza w kobiety niż w mężczyzn, nastawiając je przeciwko sobie. Skąd to wiem? Bo bardzo często, jeżdżąc z wystawami po mniejszych miastach i wsiach, słyszałam pytanie: „no dobrze, ale jak uwierzyć w siostrzeństwo, skoro najwięcej złego zrobiły mi kobiety?”.

I co wtedy odpowiadasz?

Zawsze powtarzam, że to też jest efekt patriarchatu. Owoc sposobu, w jaki jesteśmy tresowane, szkolone, wychowywane. Konsekwencja deficytu możliwości, jakimi dysponujemy. To nie jest nasza wina. To nie jest nawet wina mężczyzn, ale systemu, w którym tkwimy i o patologiach którego trzeba mówić, pisać, śpiewać czy malować. Musimy się nauczyć gry zespołowej i wybaczać więcej sobie nawzajem niż mężczyznom, wobec których bywamy często bardziej wyrozumiałe. Bycie samotną wyspą, ulubienicą facetów nie jest fajne, ale wydaje mi się, że młode pokolenia odrobiły już tę lekcję.

Tak myślisz?

Owszem. Widzę, że młode dziewczyny odkryły, jak wiele mogą sobie dać, czego trochę im zazdroszczę. Tak naprawdę to od was, młodszych kobiet, uczę się siostrzeństwa i przyjaźni, ponieważ wychowałam się w czasach, kiedy kobieta była wpatrzona w mężczyznę i to mężczyzna najczęściej był jej szefem, tym, który jej w jakiś sposób pomagał, umożliwiał awans społeczny, dawał przywileje itd. Dzisiaj też większość ważnych ludzi to mężczyźni, ale jednocześnie więcej kobiet ceni sobie solidarność.

Tubylewicz: Mam problem z hipokryzją [rozmowa]

Być może dlatego, że męska wizja świata oparta na rywalizacji zbankrutowała. Katarzyna Kasia w przedmowie do twojego albumu pisze, że potrzebujemy wobec tego „rehabilitacji dziewczęcości”, ponieważ „bez niej wycinamy z naszego rozumienia ogromną część wrażliwości, empatii i otwartości, pozbawiając się możliwości wykroczenia poza dotychczasowe rozumienie opowieści kształtującej świat”. Jak tego dokonać?

Jestem bardzo wdzięczna za ten tekst Katarzynie i uważam, że rehabilitacja dziewczęcości albo dziewczyńskości to coś, co każda z nas może robić na własną rękę, akceptując samą siebie i nie pozwalając się wtłaczać w patriarchalne schematy zachowań. Myślę, że kluczowym elementem tej drogi jest uznanie i docenienie emocji na równi ze swoimi intelektualnymi walorami. Sama dopiero zaczynam je dostrzegać i rozumieć. Im więcej uwagi im poświęcam, tym bardziej widzę, jak wiele ważnych prawd mi mówią. Niestety z publicznej debaty emocje są cały czas wykluczane.

Nie możemy ich okazywać, bo tak nie wypada, bo to oznaka słabości, bo to „niemęskie”, nieracjonalne.

Tymczasem przeintelektualizowany język od dawna przestaje nam wystarczać do wyrażania siebie i do komunikacji z drugim człowiekiem. W efekcie operujemy całą gamą pustych frazesów. Sama, udzielając od kilku tygodni masy wywiadów, łapię się na tym, że pewne rzeczy mówię z automatu, nie słuchając własnego ciała i tak naprawdę zdradzając swoją kobiecość.

Co masz na myśli?

Emocje i cielesność to bez wątpienia jakości silnie sprzężone z żeńskością i zapewne z tego powodu tak bardzo marginalizowane lub całkowicie nieobecne w publicznym dyskursie. Dlatego tak ważne jest, by pokazywać ich wagę, ale też przebijać się z taką narracją przez bańki, w których tkwimy. Mimo tego, że jeżdżę po całej Polsce ze swoimi wystawami, to wciąż docieram do określonej grupy kobiet, która raczej podziela moje poglądy. Wierzę jednak, że to może się zmienić i wkrótce uda mi się przeskoczyć pewne podziały w obrębie grup kobiecych.

Bardzo chciałabym przede wszystkim dożyć momentu, w którym kobiecość i dziewczęcość będą słowami, za którymi nie widzimy od razu infantylności, płytkości czy banalności. Z utęsknieniem czekam na świat, w którym większość kobiet przestanie się wstydzić swojej wewnętrznej dziewczyńskości i uwierzy w to, że są tak samo dobre, mądre, interesujące, wspaniałe, wyjątkowe, wyposażone w zalety i wady, jak wszystkie inne grupy ludzkie.

Mówisz, że docierasz do określonej grupy odbiorczyń, ale jednak twój projekt, polegający na portretowaniu kobiet, które chcą dokończyć zdanie „jestem silna, bo…”, zyskał bardzo szeroki odzew i zasięg.

Owszem. Nie spodziewałam się, że tyle osób do mnie napisze i że tak wiele emocji wywoła mój pomysł. W tej chwili zebrałam prawie 2 tys. maili i cały czas spływają do mnie pytania, czy jeszcze można dołączyć do akcji. Niewątpliwie uruchomiła się dzięki temu ogromna sieć siostrzanego wsparcia, ale też lawina hejtu. Szczególnie na początku czuć było ogromny opór w komentarzach, co sprawiło, że bardzo martwiłam się o swoje bohaterki. W historiach, które mi przesyłały, nie zmieniłam ani przecinka. Do tego publikowałam ich wizerunki i nie byłam przekonana, czy są świadome tego, co może wydarzyć się w sieci.

A ty wiedziałaś?

Tak. Działając już dobre parę lat w internecie, robiąc różne hece i bezustannie spotykając się z ostrą krytyką, do pewnych rzeczy zdążyłam po prostu przywyknąć. Okazało się jednak, że moje bohaterki poradziły sobie z bagnem w komentarzach znacznie lepiej i z większym dystansem niż ja.

Co właściwie chciałaś osiągnąć za sprawą tego wyzwania?

Próbowałam zbadać, czy zaczynanie zdania przez kobietę od frazy „jestem silna, bo…” nie jest z góry nacechowane negatywnie i tak też odbierane przez otoczenie. Początkowo okazało się, że faktycznie przeważały niepochlebne reakcje i wnikliwe, bardzo krytyczne analizy. Internauci i internautki od razu stworzyli sobie grupkę sędziowską, która oceniała moje bohaterki przez pryzmat tego, jaką mają pozę, czy się uśmiechają i czy mają prawo mówić o sobie, że są silne. Z obrazka na obrazek wzrastała jednak również moja świadomość, o co tak naprawdę chodzi w tym projekcie.

Czyli o co?

O to, że tylko my same możemy decydować o swojej sile i ją sobie dać. Nieważne, czy jesteś silna, bo wstałaś dziś z łóżka, czy dlatego, że przebiegłaś maraton. Nie musisz się z nikim licytować, porównywać, ale masz prawo zrezygnować z tego wyścigu, w którym wszyscy tak bardzo się zapędziliśmy, że w tej chwili on nas jedynie unieszczęśliwia i ogranicza. Wiem, że to może brzmieć trochę jak życzeniowa mantra, ale wydaje mi się, że jej potrzebujemy. Gdyby tak nie było, prawdopodobnie tablica, którą zabieram na wystawy i na której można dokończyć zdanie „jestem silna, bo…” pozostałaby pusta, a zwykle nie starcza miejsca na wszystkie wyznania.

A jak ty dokończyłabyś to zdanie?

Dzisiaj jestem silna, bo mimo wszystko wciąż mam w sobie nadzieję.

Również na to, że w polska prokuratura przestanie ścigać obywateli i obywatelki, w tym ciebie, za obrazę uczuć religijnych?

Nie mam wątpliwości, że art. 196 Kodeksu karnego stał się dla obecnego rządu ważnym narzędziem politycznym, z którego trudno będzie mu zrezygnować. To przepis tak enigmatyczny i niesprecyzowany, że można pod niego podpiąć niemal wszystko, co władzy wyda się niewygodne. Co gorsza, niemal wszystkie doniesienia o ściganiu rzekomych przestępstw z tego paragrafu pochodzą od polityków, więc nie mam wątpliwości, że jest on elementem wyrachowanej gry PiS-u, jak również próbą wywołania efektu mrożącego w różnych środowiskach. Sama o tym, że stworzyłam obrazoburczą grafikę z Matką Boską, dowiedziałam się z mediów.

Szanujcie nasze uczucia, bracia i siostry. Wasze intymne chwile z Bogiem dużo nas kosztują

Oburzony był przede wszystkim poseł Tarczyński, który w grudniu ubiegłego roku obwieścił, że Maryję w maseczce z błyskawicą zgłosi prokuraturze. Czy od tamtej pory cokolwiek się wydarzyło?

Nic mi na ten temat nie wiadomo. Liczę się z tym, że mogę w każdej chwili zostać wezwana na przesłuchanie. Ale wiem też, że nikogo urazić nie chciałam. Dlatego zaangażowałam się w akcję Ordo Blasfemia, zainicjowaną przez Nergala i domagającą się „wolnej sztuki w świeckim państwie”.

Zdaję sobie wprawdzie sprawę, że za obecnym prawem stała zapewne kiedyś chęć ochrony mniejszości religijnych. Ale w sytuacji, gdy sięga po nie dominująca większość religijna przeciwko radykalnie mniejszej grupie ateistów czy po prostu niekatolików, dochodzimy do absurdu. Uważam więc, że przepis trzeba zmienić albo znieść. Nie zgadzam się na to, by symbole religijne były otaczane większą opieką prawną niż ludzie. Sama używam ich w zupełnie innych celach, niż jest mi to przypisywane. Niektórzy wręcz uważają, że mam jakąś chorą obsesję na punkcie Matki Boskiej.

A masz?

Nie, ale nie jest mi ona obojętna. Pochodzę z Częstochowy, tam się urodziłam, wychowałam i przez wiele lat żyłam. To oczywiste, że miasto, które jest jednym z największych ośrodków kultu religijnego i maryjnego, silnie na mnie oddziaływało. Jako osoba wrażliwa, zmysłowo i estetycznie, nie wyobrażam sobie, żebym ze swojej świadomości i postrzegania świata wyrzuciła ciężar symboliki i kultury związanej z Matką Boską.

Mój ateizm nie ma z tym nic wspólnego, bo najróżniejsze postacie bogów i bogiń religijnych normalnie funkcjonują w sferze publicznej. Wszyscy mamy prawo po nie sięgać. W dodatku w Polsce Matka Boska funkcjonuje w sposób szczególny, jako archetyp kobiecości. Nie jest wyłącznie matką Jezusa, ale stanowi pewien niedościgniony wzór dla Polek. Jako artystka, która od lat poświęca swoją twórczość kobietom i opowiadaniu o kobiecości, walce o prawa i równość, nie mogę pominąć i nie zauważać Matki Boskiej, nie zastanawiać się, jaka byłaby jej postawa dzisiaj.

Czy chodziłaby na protesty?

Albo czy wykluczałaby osoby LGBT+ ze swojej społeczności? Czy uważałaby, że uchodźcy i uchodźczynie to zagrożenie? Co mówiłaby o lejącej się z Kościoła nienawiści? Mam prawo się nad tym zastanawiać tak samo, jak poseł Tarczyński, który jest katolikiem i opowiada, że Maryja nie założyłaby maseczki z błyskawicą. Ja tej pewności nie mam, więc prowokuję inną rozmowę. Trzeba dyskutować, spierać się, dywagować, wypróbowywać różne scenariusze. Po to mamy sztukę, żeby za jej pomocą poszerzać granice naszego pojmowania, empatii, współodczuwania, a także realizować wizje, które nie mają szansy wydarzyć się w realnym świecie. Sztuka ma do tego wspaniałe narzędzia, więc ja z nich korzystam i nie zamierzam przestać.

Ucieszył was wyrok w sprawie Matki Boskiej Tęczowej? Oto dlaczego powinniście się go obawiać

Zgrzyt pomiędzy kultem maryjnym a nienawiścią polskiego kleru do kobiet jest częstym gościem twoich grafik.

Głównie dlatego, że próbuję uchwycić te napięcia i pokazać, w jak groteskowym położeniu nas stawiają. Z jednej strony Kościół ma w swoich księgach zapisane 90 proc. społeczeństwa jako katolików i katoliczki. A z drugiej – na polskie ulice od czasów czarnego protestu wychodzą setki tysięcy ludzi, głównie kobiet. Nie możemy chyba zakładać, wszyscy są ateistami i ateistkami? A jeśli tak, to oznacza, że katoliczki i katolicy mają dość, więc występują przeciwko stosunkowi Kościoła do kobiet, nie zgadzając się na dalsze ich uprzedmiotawianie. Rysunek, który wzburzył Tarczyńskiego, jest właśnie o tym.

Wszystkie inne moje memy i grafiki z kolei stanowią naturalne następstwo tego, co robi Kościół. Nie da się bowiem, komentując polską rzeczywistość, pominąć roli instytucji, która tak głęboko niszczy społeczeństwo. Musiałabym mieć olbrzymie czarne okulary na nosie, by tego nie dostrzegać. Chciałabym traktować religię katolicką jak każdą inną, ale nie mogę, bo Kościół polski wchodzi mi z butami do mojego łóżka, pralki, siatki na zakupy, do mojego brzucha i mojej macicy. Ale ja nie dam się zadeptać i wierzę, że Polki również więcej na to nie pozwolą.

**
Marta Frej
– malarka, ilustratorka, animatorka kulturalna, prezeska Fundacji Kulturoholizm, twórczyni memów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij