Czytaj dalej

Czapliński: Bez odwagi społeczeństwo zostałoby pożarte przez władzę

Niepewność jest podstawowym stanem skupienia rzeczywistości, ale jest również pewną strategią zarządzania społeczeństwem. Wprowadzić je w stan niepewności, powiedzieć ludziom, że powinni się bać – to sposób na uprawianie polityki. Rozmowa z Przemysławem Czaplińskim.

Miłosz Markiewicz: W książce Poruszona mapa piszesz, że Polska nie leży już tam gdzie wcześniej. Że dryfujemy. I jak to w przypadku dryfu zazwyczaj bywa, nie ma on określonego kierunku. Z pojęciem tym łączy się uczucie niepewności, o której twierdzisz, że jest podstawowym stanem skupienia naszej rzeczywistości. Jak więc wobec tej niepewności moglibyśmy definiować odwagę? Czy jest ona czymś, co można posiadać? Co by to znaczyło: „mieć odwagę”?

Przemysław Czapliński: Podejrzliwość i niepewność zawarte w tym pytaniu są poniekąd również moją odpowiedzią. Odwagi nie można przecież mieć. Można ją miewać, można się nią wykazać. Strach jest reakcją, odwaga zaś – decyzją. Tę natomiast podejmuje się zawsze na nowo, zawsze w nowych, zmieniających się okolicznościach. Jeśli mielibyśmy pokusić się o definiowanie odwagi, to na pewno pierwsza jej cecha byłaby właśnie taka – nigdy nie jest trwała, dana raz na zawsze. Wydaje mi się również, że odwaga wymaga współobecności strachu.

Jest taka scena w Idiocie Dostojewskiego, w której Lew Nikołajewicz Myszkin rozmawia z Agłają Jepanczyn. Ona go pyta, jak by się zachował, gdyby ktoś go wyzwał na pojedynek. Myszkin stwierdza, że zapewne by się bał. Na pytanie, czy jest w takim razie tchórzem, odpowiada, że tchórzem jest ten, kto się boi i ucieka, a ten, kto się boi i nie ucieka, nie jest tchórzem. Ta odpowiedź wydaje mi się piękna. Odwaga bez lęku nie jest odwagą, jest desperacją, ryzykanctwem. Odwaga musi się mierzyć z jakimś lękiem, obawą.

„O odwadze”. Rozmowa z Adamem Bodnarem na 10-lecie Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie

Trzecim elementem naszej definicji jest nieokreśloność stawki, którą można zdobyć. Ten, kto podejmuje odważną decyzję, wie, w imię czego walczy. Z całą pewnością nie wie jednak, ile może przegrać. Jeśli wypowiadamy zdanie niezgody w towarzystwie, które takie wypowiedzi akceptuje, to możemy w takim wypadku mówić o umiejętności wypowiedzenia się przeciwko innym, ale nie będzie w tym na pewno odwagi. Odwaga jest tam, gdzie za sprzeciw możemy zostać wykluczeni, pozbawieni swojego stanowiska, gdy możemy stracić pracę czy zostać pozbawieni dodatków finansowych, które decydują o w miarę przyzwoitym poziomie życia. Jeżeli stawka naszej straty nie jest do końca określona, nie jest pewna, to wtedy mamy do czynienia z odwagą. W sytuacji gdy nie możemy ponieść żadnej straty, o odwadze mówić nie można.

Dochodzimy tym samym do niepewności…

Niepewność jest podstawowym stanem współczesnego życia, ponieważ jakikolwiek aspekt rzeczywistości wzięlibyśmy pod uwagę, niepewność dominuje w nim dziś nad pewnością. Klimat, dzietność, rozwój gospodarki, relacje międzynarodowe, sojusze polityczne, jak będzie wyglądała praca – to zaledwie niektóre z tematów. Niepewność jest podstawowym stanem skupienia rzeczywistości, ale jest również pewną strategią zarządzania społeczeństwem. Wprowadzić je w stan niepewności, powiedzieć ludziom, że powinni się bać – to sposób na uprawianie polityki.

W niepewnym, rozpadającym się świecie ultrakonserwatyści karmią się strachem

Znajdujemy się zatem w pewnego rodzaju kleszczach. Z jednej strony myślenie racjonalne nakazuje nam traktować rzeczywistość nie jako daną, ale jako zadaną. Jako coś zmiennego, co nie pozwala przyzwyczajać się do znanych rezultatów określonych działań. Z drugiej zaś strony jest władza, której wprowadzenie społeczeństwa w stan niepokoju pozwala produkować środki zaradcze, leki pozorne. Jeśli boicie się, że w przyszłości nie będziecie mieli pracy, to zamkniemy granice i nie będziemy wpuszczać obcych, a oni dzięki temu nie zabiorą wam pracy… Jesteśmy zatem w sytuacji „pomiędzy” – z jednej strony racjonalna niepewność, która nie powinna nas opuszczać, z drugiej niepewność, która jest narzędziem sprawowania władzy. Niepewność jest podstawowym stanem skupienia rzeczywistości.

Marcin Napiórkowski pisał o zarządzaniu strachem i ryzykiem oraz o tym, w jaki sposób lęki tworzą wspólnotę polityczną. Theodor W. Adorno pisał o lęku jako ważnym elemencie demokratycznych społeczeństw. W kontekście niepewności i odwagi powinniśmy chyba zadać sobie pytanie: co zrobić z tym lękiem? Jeżeli żyjemy w ciągłej niepewności, to czy lękowi – w kontekście odwagi – należałoby stawać naprzeciw, czy też go oswoić?

Wydaje mi się, że jednym z błędów polityki po 1989 roku była nadmierna racjonalizacja rzeczywistości. Wydawało się nam, że rzeczywistość da się przetłumaczyć na w miarę precyzyjne kategorie, pojęcia i kryteria. Sprowadzało się to – w dużym uproszczeniu – do ekonomizmu, czyli teorii, która mówi, że o pomyślności społeczeństwa i państwa decydują przede wszystkim obiektywnie mierzalne parametry ekonomiczne, takie jak PKB, dochód narodowy, produkcja, zysk itd. Tego rodzaju racjonalizacja była złym sposobem na eliminowanie lęków, ponieważ nie stawiała im czoła, ale próbowała je delegitymizować. Jesteście głupi, zacofani, nie dość europejscy czy wykształceni, jeśli boicie się swoich strachów.

Majmurek: III RP, czyli dwie cele wstydu

Tego rodzaju argumentacja po 1989 roku była na krótką metę skuteczna. Na dłuższą okazała się jednak niedobra, przeciwskuteczna. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej, obawiać się należy czegoś innego – pewnego rodzaju przesterowania lęku.

Przez polityków?

Tak. Należałoby zapewne nauczyć się współżyć z naszymi lękami, a zarazem nie poddać się im na tyle, aby kontrolę nad nimi i nad ich dawkowaniem przechwycili politycy. Z jednej strony dobrze by było, gdybyśmy nie bali się rozmawiać o swoich lękach. Z drugiej zaś, byśmy byli na tyle rozumni, aby nie dać się zarazić lękami, które próbuje nam zaszczepić władza. Dla niej niebywale korzystna jest sytuacja, gdy obywatel boi się wyznawcy innej religii, homoseksualisty czy feministki. Tego rodzaju lęki, które odwołują się do fantazmatów, powstających poprzez łączenie rozmaitych wizerunków, są dla życia społecznego niesłychanie niebezpieczne.

Dobrze by natomiast było, aby społeczeństwo nie bało się rozmawiania o swoich podstawowych lękach – dotyczących pracy, klimatu, dzietności. By znajdowało inne języki, inne formy stowarzyszenia, inne formy pracy, które mogłyby pomóc przygotować się na przyszłe wydarzenia. Jednym z najciekawszych wątków, przewijających się we wszystkich antyutopiach, dystopiach, ale i utopiach, które dzisiaj powstają, jest radykalny kryzys społeczny, który okazuje się sprawdzianem zdolności więziotwórczych danego społeczeństwa.

Jeżeli zaczyna czegoś brakować, coś się psuje – np. komunikacja internetowa, dostarczanie wody czy żywności – to sytuacja taka jest nie tylko sprawdzianem dla państwa, ale przede wszystkim testem zdolności solidarnościowych i organizacyjnych danej mikrospołeczności. Czy jesteśmy w stanie zainteresować się kimś, komu jest jeszcze gorzej niż nam? Lęki i niepokoje powinny stale mieszkać w naszych domostwach, rozmowach. Nasza odwaga natomiast powinna się przejawiać nie tylko w tym, że nie boimy się o nich rozmawiać, ale również w tym, że nie dajemy sobie narzucić cudzego języka.

Czy potrzebowalibyśmy więc czegoś, co można by nazwać odwagą narracyjną? Odwagą tworzenia kontrnarracji? I w jaki sposób literatura może nam w tym pomóc?

Oczywiście literatura bronią nie jest. Każde z nas ma jednak swoje ulubione książki. Takie, które stawiają nam wysokie wymagania. Których lektura sprawia kłopot, stawia opór. Które wyciągają z nas nasze najlepsze siły i zdolności interpretacyjne. Odnoszę wrażenie, że tylko w takim sensie literatura może być pomocna, w jakim mówi: „spróbuj rozwinąć opowieść o świecie, w którym chcesz mieszkać, tak daleko, tak szeroko i tak głęboko, jak tylko jesteś w stanie”. Chodzi o rozwijanie opowieści w przyszłość, wszerz w sensie społecznym i geograficznym oraz w głąb w sensie sprostania rozmaitym problemom przeszłości.

Musimy pamiętać, że istnieją pewne powiązania społeczne, że ludzie żyją dla jakiegoś celu albo że chcieliby mieć jakiś cel w przyszłości, przynajmniej pod postacią poczucia bezpieczeństwa, że wywodzą się z jakichś tradycji, że istnieją w tej przyszłości jakieś rozmaite problemy, demony, lęki, że istnieją różnorodne sąsiedztwa kulturowe. W takim sensie literatura jest dla nas podpowiedzią. Pozwala ona przeciwstawić się cudzej narracji, pozwala na przykład powiedzieć: „twoje spojrzenie jest niesłychanie krótkowzroczne”. Co z tego, że tworzysz obraz zabezpieczonej Polski na poniedziałek, skoro za tym poniedziałkiem idą nie tylko następne dni, tygodnie, ale również i lata? „Jak wygląda twoja narracja?” – to jest może pytanie, które warto zadać. W tym sensie literaturoznawcze narzędzia mogłyby służyć do społecznej samoobrony.

Odwaga naiwnych

Nie tylko więc opowiedz mi swoją narrację, ale pokaż mi, na ile ona jest narracją prospektywną, retrospektywną, poszerzoną i pogłębioną. Ile jesteś w stanie zagarnąć z przeszłości? Na ile jesteś w stanie wyjść wprzód? Na ile jesteś w stanie dokonać rozmaitych połączeń pomiędzy różnymi, także nie ludzkimi, mieszkańcami rzeczywistości?

W tym sensie liczy się rozległość i spójność. Rozległość otwarta na rozmaite bieżące kłopoty i spójność, czyli umiejętność powiązania tychże elementów, które zostały do narracji włączone. W ten sposób można by czerpać z literatury narzędzia do obrony przed nachalną propagandą, w której wmawia się nam, że nasza przeszłość składała się wyłącznie z sukcesów i jeśli je zreprodukujemy, to natychmiast otworzymy sobie ścieżkę wspaniałego rozwoju w przyszłości.

Czy w takim wypadku odwaga jest w ogóle dobrym hasłem? Czy jest właściwym pojęciem? Owszem, możemy mówić, że odwaga nie istnieje bez strachu, lęku, ale czy nie jest tak, że ona zawsze stawia nas w kontrze do czegoś? Że jest jakimś rodzajem zbroi czy przyłbicy, które nie pozwalają nam dostrzec słabości? Mam wrażenie, że odwaga może się okazać zwodniczym terminem, który sprawia, że nie idziemy do przodu. Wojciech Tochman w Pianiu kogutów, płaczu psów pisze o tzw. syndromie złamanej odwagi, baksbat. To rodzaj dziedziczonej traumy, nieustannego poczucia lęku i słabości, które cechuje Khmerów. Tochman pisze, że baksbat to zabójca każdej wspólnoty. Ale czy nie jest tak, że to właśnie wyobrażenie o wymogu bycia odważnym, stawianie odwagi na piedestale jest najpoważniejszym problemem?

Niewątpliwie największym zagrożeniem dla odwagi jest jakiś rodzaj fetyszyzmu – wyodrębnienie jej i uznanie za wyłączną albo najważniejszą cechę życia społecznego. Żadna wartość nie powinna zostać uznana za wyłączną czy najważniejszą, bo wtedy tworzymy aberrację. Jakiekolwiek hasło w ten sposób wyekstrahowane, wyciągnięte z życia społecznego i doprowadzone do stanu absolutnego jest w stanie uzasadnić każdą z możliwych zbiorowych tortur, masakr. Każdą formę zniewolenia.

Może więc obroną przed absolutyzowaniem czy fetyszyzowaniem odwagi jest pilnowanie tego, aby istniała ona wśród innych przymiotów, zachowań i wartości. Żeby odkryć wśród jakich, chętnie zapytałbym – odwracając twoje pytanie – do czego odwaga jest potrzebna? Kiedy jest istotna? W odniesieniu np. do ustroju politycznego powiedziałbym, że jest niezbędna tym bardziej, z im większym uciskiem mamy do czynienia. Nigdy nie jesteśmy zwolnieni z powinności bycia odważnym, ale najtrudniej jest być odważnym wtedy, gdy ucisk jest największy.

Michał Zygmunt: Wróćmy do polskości, ale na własnych zasadach

Skłonny byłbym powiedzieć, że społeczeństwo w żadnym ustroju nie mogłoby przeżyć bez aktów odwagi. Nawet w demokracji. Ona także nie może funkcjonować bez odwagi, ponieważ zawsze istnieją takie sytuacje, układy i instytucje, takie typy osobowościowe, które zechcą wykorzystać demokrację do przechwycenia nieco większej władzy, do zmniejszenia instancji i procedur kontrolnych. I w takich sytuacjach – gdy naprzeciwko ciebie staje ktoś, kto władzę ma, a ty jej nie masz, ktoś, kto może mówić, w odróżnieniu od innych, głosu pozbawionych – akt odwagi jest aktem obywatelskim. Żaden ustrój, żadne życie społeczne nie mogą sobie bez odwagi poradzić, bo inaczej społeczeństwo zostałoby pożarte przez władzę.

Nie ma takiego utopijnego świata, gdzie zamiast aktów odwagi potrzebna jest na przykład umiejętność składania wniosków formalnych, które uruchamiają procedury naprawiające krzywdy. Widzimy, jak ogromnym niebezpieczeństwem współczesnych demokracji jest dryf przemocowy, czyli stopniowe zmierzanie ku zaprzęganiu rozmaitych form przemocy społecznej jako sojusznika władzy.

Stąd przecież bierze się to dziwne milczenie, brak krytyki ze strony władz prawicowo-konserwatywnych wobec ewidentnych wybryków o charakterze neofaszystowskim, prototalitarnym, autorytarnym, antydemokratycznym, rasistowskim. Władza na to nie reaguje. Dlaczego? Ponieważ w ten sposób uświadamia nam, że istnieje pewna grupa społeczna, którą zawsze może spuścić z łańcucha.

W powieści Jakuba Żulczyka Czarne słońce jest główny bohater, Gruz, który mówi niejako do nas: „jestem wszystkim, czego się boicie”. On nie rozmawia, nie można go przekonać – utożsamia czystą fizyczną przemoc i gotów jest ją zastosować, ponieważ nie ma skrupułów. Gruz to taki demon zlepiony z rozmaitych obaw i lęków społecznych. Im bardziej współczesne demokracje dryfują w stronę rozwiązań kryptoautokratycznych, dyktatorskich, totalitarnych, tym bardziej odwaga jest potrzebna.

Czy to nie jest właśnie wielka narracja o odwadze?

Ale odwaga jest też potrzebna na bardzo elementarnym poziomie! Ktoś się potknął, nadjeżdża tramwaj – chociaż nogi ci zmiękły, pomóż mu, ucieknij razem z nim. Odwaga jest potrzebna również wtedy, gdy ktoś np. krzyczy na dziecko na ulicy, a jest mężczyzną słusznego wzrostu, w dodatku jest już późno itd. Odwaga zawsze wymaga od nas, by stanąć w obronie czegoś słabszego. Czegoś, nie zawsze kogoś. Czegoś, co samo się nie obroni.

W tym sensie nie jestem w stanie sobie wyobrazić ani takiej mikro-, ani makrospołeczności, ani takiego okresu historycznego, ani ustroju społecznego, ani takiego państwa, w którym odwaga nie byłaby potrzebna. Ponieważ odwaga jest również – czasami – aktem spontanicznym, wynikającym ze złego przebiegu wydarzeń. Nikt nie zawinił, ale coś kruchego znajduje się w stanie zagrożenia. I jeżeli ktoś się wykaże odwagą, pomoże, zaryzykuje, to wtedy nie stanie się nieszczęście.

„Bałem się, że będą się ze mnie śmiali” [wideo]

Odwaga jest stowarzyszona z empatią, poczuciem solidarności, nieobojętnością. Jest sprzężona z wrażliwością społeczną, świadomością polityczną, pewnym poglądem na ustrój, w którym żyjesz. Zapewne każde z nas ma ułożone w głowie takie wartości, o których myśli, że są nienaruszalne. Do tego miejsca i ani kroku dalej.

Dla kogoś to będzie np. przemoc po raz pierwszy dokonana jawnie i za przyzwoleniem władz albo wyrzucenie z zakładu pracy kogoś, kto zachował się w sposób nieprawomyślny. I wtedy właśnie wyjdziemy na ulicę. Zaryzykujemy w imię pewnej solidarności, ale także w imię obrony tej wartości, którą sobie wyznaczyliśmy jako tę nieprzekraczalną.

Nadzieja dzisiejszych czasów polega chyba na tym, że przejdziemy od Camusowskiego l’homme révolté, człowieka zbuntowanego, do le peuple révolté, czyli ludu zbuntowanego. Że zaczniemy się jakoś łączyć. Bez odwagi ani rusz.

Mamy mapę, nie mamy narracji [rozmowa z Przemysławem Czaplińskim]

Ale czy nie jest tak, że mamy w takiej sytuacji odwagę „po obu stronach”? Czy jeżeli Donald Trump mówi: „wy macie fakty, ale my mamy alternatywne fakty”, to nie jest odwaga? Albo jeżeli ktoś mówi: „mam gdzieś poprawność polityczną, będę mówił tak, jak chcę”?

Nie. Jest to z całą pewnością jakiś rodzaj bezceremonialności, dezynwoltury. Pozwolę sobie wrócić do tego, o czym mówiłem wcześniej. Dla mnie odwaga wiąże się z nie do końca określoną stawką, którą możesz przegrać.

Co takiego może przegrać Trump, kiedy obraża ludzi, kiedy mówi, że ma alternatywne fakty? Naraża się wyłącznie na to, że elity intelektualne i część rozsądnych ludzi powiedzą mu, iż mija się z prawdą, demoralizuje społeczeństwo, wprowadza bałagan pojęciowy. On jednak nic w takiej sytuacji nie ryzykuje. Nie ma odwagi tam, gdzie nie ma możliwości utraty czegoś. To po pierwsze. Po drugie: odwaga nie jest dla mnie czysto reaktywna. Jest dla mnie w równym stopniu reaktywna, co doraźna, prospektywna.

Bywa taka odwaga, którą trzeba się wykazać, kiedy przewidujemy, że jakaś wartość w wyniku aktualnych rozporządzeń, decyzji, narad, układów będzie zagrożona. Nigdy nie powiedziałbym, że wystarczy sama odwaga, aby wszystko było dobrze.

Nie wyobrażam sobie dobrego społeczeństwa zbudowanego wyłącznie na odwadze, bo wtedy mielibyśmy 300 Spartan. Sądzę jednak, że nigdy nie może być dobrze bez odwagi. Oczywiście więc nie czyńmy z odwagi jakiejś koronnej wartości, tak jak czyniło się z prawdą albo postępem czy sprawiedliwością. Pozostawmy odwagę wśród wielu koniecznych cech życia społecznego, takich jak np. prawdomówność, szczerość, lojalność, uczciwość. To nie zawsze muszą być cnoty heroiczne.

Jest jeszcze kwestia słabości. Wydaje mi się, że to jest niezwykle ważne w mówieniu o odwadze czy heroizmie – uświadomienie sobie poziomu własnej słabości. Bo dopiero to jest dla mnie impulsem do pojawienia się odwagi. W słabości i kruchości, przewrotnie, skrywa się siła.

Oczywiście. Ten wątek pojawił się na samym początku naszej rozmowy, kiedy przywoływałem księcia Myszkina. Nie ma odwagi tam, gdzie nie ma strachu. Odwaga to przezwyciężenie lęku, więc nie ma nic złego w mówieniu o słabościach. O ile w latach 90. lęki i słabości były delegitymizowane jako nieracjonalne, nieeuropejskie, nie na miarę nadchodzącego XXI wieku, o tyle dzisiaj częściowo przyznajemy sobie prawo do tego, by o tych lękach mówić, a nawet nie uważamy ich za kompromitujące.

Odwaga polega również na tym, żeby powiedzieć: „tak, boję się”. Powinniśmy jednak nie tylko o tych lękach mówić, ale zarazem kolektywnie szukać sposobów zaradczych, które wymagają szerokiej, głębokiej i prospektywnej opowieści. Najważniejsze są więzi. Największym zagrożeniem dla przyszłości są słabe powiązania społeczne. Wiemy już, że lęki nas nie opuszczą. Wiemy też, że za pomocą lęków – odpowiednio intensyfikowanych i personifikowanych – można zarządzać społeczeństwem. Musimy więc otworzyć się na jedne lęki, czyli mieć odwagę, by się z nimi skonfrontować, a równocześnie uodpornić się na te drugie – narracyjnie, estetycznie, fantazmatycznie czy światopoglądowo.

**
Przemysław Czapliński – profesor literatury współczesnej, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, jest członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor wielu książek, m.in. Efekt bierności. Literatura w czasie normalnym, Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości, Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Poruszona mapa.

Miłosz Markiewicz – historyk sztuki i kulturoznawca. Doktor nauk humanistycznych. Pracuje w Katedrze Nauk o Sztuce Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Członek European Society for Literature, Science and the Arts.

**
Wywiad pochodzi z najnowszego numeru pisma „Krytyka Polityczna” zatytułowanego Odwaga, który ukaże się wkrótce.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij