Kultura

„Moją raną jest Kalisz bez Żydów”

Arkadiusz Pacholski

Ogień, który zapłonął przed kaliskim ratuszem w Narodowe Święto Niepodległości – bo tak to się teraz oficjalnie nazywa – miał charakter rytualny. Stanowił uroczyste odnowienie międzywojennych rytuałów ogniowo-pogromowych towarzyszących dacie 11 listopada. Z tym tłem jaskrawo kontrastuje sylwetka pisarza i publicysty Arkadiusza Pacholskiego.

11 listopada 2021 roku w Kaliszu kilkaset osób – głównie mężczyzn – przemaszerowało przez miasto z biało-czerwonymi flagami oraz pochodniami, by na Rynku Głównym dokonać spalenia Statutu kaliskiego. Towarzyszyły temu okrzyki, a właściwie ryki: „LGBT-y, pederaści, syjoniści, won z naszego kraju! Do Brukseli!”, „Śmierć wrogom ojczyzny!”, „Śmierć Żydom!”. Odśpiewano hymn Polski. Na wieść o wydarzeniach przed kaliskim ratuszem chwyciłam za telefon, by zadzwonić do Arka Pacholskiego. Tylko że Arek nie żyje. Zmarł nagle w styczniu tego roku.

Nie ma Arka. Wyraźnieje za to jego sylwetka na tle krajobrazu ze słupem dymu i ognia. Radykalna prawica pozaparlamentarna została objęta publicznym finansowaniem, a wreszcie państwowym patronatem już po jego śmierci. Nie byłby tym jednak zdziwiony, jak sądzę. Dziwiłby się może co najwyżej cudzemu zdziwieniu. Także faszyzacji Polski obawiał się, zanim jeszcze faszyści zaczęli wylegać na ulice miast, z każdym rokiem tłumniej. Na mocy powszechnie dostępnej wiedzy i własnego osądu widział i opisywał, dokąd zmierzają kultura i społeczeństwo. W tym celu nie potrzebował oglądać, jak Rzeczpospolita Polska staje się – dosłownie – państwem stanu wyjątkowego, którym to mianem określa się częstokroć państwo faszystowskie.

Urodzony i zmarły w Kaliszu, Arkadiusz Pacholski (1964–2021) był pisarzem i publicystą, z wykształcenia historykiem, współzałożycielem stowarzyszenia Kalisz Literacki, aktywistą miejskim. W dorobku autorskim pozostawił m.in. powieść Niemra (2011) oraz eseje ogłaszane drukiem w zbiorach lub osobno: Pochwała stworzenia (1998), Widok z okna na strychu (1999), Brulion paryski (2000), Krajobraz z czerwonym słońcem (2001), Domowe zapasy (2003). Publikował m.in. w „Twórczości”, „Literaturze”, paryskiej „Kulturze”, „Midraszu”. Otrzymał Nagrodę Kościelskich (1999). Prowadził w Kaliszu cykliczne dyskusje o książkach znane jako Salon Literacki Arkadiusza Pacholskiego. Jako ostatniego autora gościł Jana Grabowskiego z monografią Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów. Spotkanie usiłowała rozbić bojówka, która nie wyjawiła swojej organizacyjnej przynależności.

„Bez żadnego udziału Niemców”. Jak polska granatowa policja mordowała Żydów

Płomienie pochodni, w których ogniu spłonął mit Polski równych praw na kaliskim rynku, wydobywają z mroków zapomnienia teksty Arka. Esej Krajobraz z czerwonym słońcem na przykład. Za punkt wyjścia obrał w nim „Kalisz bez Żydów” – transparent, który w sierpniu 1937 roku zawisł na wprost kaliskiej katedry. „[T]ransparent z identycznym napisem (być może nawet ten sam) kaliscy endecy zawiesili we wrześniu 1939, niedługo po zajęciu miasta przez hitlerowców”.

Kalisz bez Żydów przedwojenne zdjęcie

Rozrachunek z kaliskim antysemityzmem, który – gdy o wojnie mowa – nazywał także „kaliskim nazizmem”, pisał w 2001 roku. Niewiele ponad dziesięć lat później treść transparentu została odtworzona w postaci graffiti na martwym żydowskim cmentarzu: w Kaliszu bez Żydów już bez cudzysłowu i już nie jako postulat czy program, lecz jako aprobata i potwierdzenie – z wykrzyknikiem na dokładkę.

Grzela: Kalisz bez Żydów

czytaj także

Grzela: Kalisz bez Żydów

Remigiusz Grzela

O Pacholskim dało się słyszeć w mieście – poza kręgiem oddanych przyjaciół – że dziwak i anachoreta. Że histeryzuje, przesadza, jest monotematyczny, ma obsesję. „Na pamiątkę pogromienia faszystów polskich”, „Antyfaszystce z wyrazami sympatii” – to dwie spośród dedykacji, jakie wpisał mi do swoich książek. Pierwszy wpis pochodzi z grudnia 2007 roku, gdy w jego latającym Salonie Literackim w Kaliszu dyskutowaliśmy o grupie poetów skupionej wokół okupacyjnego pisma „Sztuka i Naród”. Pismo wydawała Konfederacja Narodu, wojenna kontynuacja ONR Falanga. Wśród zalewu nowości Arkadiusz wypatrzył monografię jednego z jej poetów-żołnierzy Andrzeja Trzebińskiego. W ten sposób zaczęła się nasza znajomość.

Druga z dedykacji widnieje na karcie tytułowej jego powieści Niemra, której premiera odbyła się w warszawskim Domu Literatury w listopadzie 2011 roku. Arek próbował w tej prozie historii zintegrowanej, rozstającej się z mitami, które – zasłaniając wykluczenie i przemoc – same stanowią formę wykluczenia i przemocy.

Notowałam tematy rozmów towarzyszących tamtym spotkaniom. W 2007 roku były to wykluczające sensy daty 11 listopada i przemarsz w tym dniu faszystów przez Warszawę – pierwszy i było jasne, że nie ostatni, jeśli nie nastąpi opór koordynowany przez państwo.

W roku 2011 mówiliśmy o uchwaleniu przez Sejm – na wniosek prezydenta Bronisława Komorowskiego – Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czyli eskalacji problemu przez jego upaństwowienie. Żadne z nas nie spodziewało się legalizacji i instytucjonalizacji kultu nieobliczalnego w skutkach społecznych.

Narodowy dzień pamięci antysemitów wyklętych

W 2019 roku debata w Salonie Literackim dotyczyła przemocy filosemickiej, wypływającej z tych samych źródeł co przemoc antysemicka i pozwalającej antysemityzmowi nie tylko trwać, lecz też przybierać na sile i zataczać coraz szersze kręgi.

Dzień był długi, majowy. Po spotkaniu z czytelniczkami i czytelnikami udało nam się obejrzeć jeszcze w pełnym blasku figurę Jana Kapistrana na kościele poreformackim przy Śródmiejskiej (przedłużenie Górnośląskiej, gdzie Arkadiusz mieszkał ostatnio). „[P]odbudowy teoretycznej pod nienawiść do Żydów dostarczali nie tylko ideologowie rasistowskiego antysemityzmu, ale również kler katolicki, z dawien dawna hołdujący antyjudaizmowi” – pisał w Krajobrazie z czerwonym słońcem. (Żeby nie było, że tylko Kalisz. W Warszawie figura Jana Kapistrana jest większa, tylko bardziej hieratyczna niż w Kaliszu i Krakowie na Rynku Głównym, gdzie nauczał, szerząc wiarę w rzekomy mord rytualny. W Krakowie ma jeszcze ołtarz, odrestaurowany przez spółki skarbu państwa, w kościele bernardynów pod Wawelem, gdzie można go oglądać na przedmurzu chrześcijaństwa w walce z Saracenem. We Wrocławiu, gdzie zawiadywał paleniem Żydów, ma zaś wręcz ulicę swojego imienia. Od 1993 roku).

Nad jednym z kanałów Prosny utkwiliśmy następnie przed pomnikiem Stefana Szolc-Rogozińskiego w hełmie tropikalnym z mapą Afryki pod stopami. Arkadiusz opowiadał, jak wił się w tym miejscu przed delegacją z Francji, którą oprowadzał po Kaliszu na prośbę – jeśli dobrze pamiętam – którejś z agend miejskich z racji znajomości francuskiego.

Nie mogliśmy się wówczas zgodzić w ocenie sytuacji. Czy skończy się na wyborczej dyktaturze i narodowej demokracji odgrywanej zgodnie przez całe spektrum polityczne, czy też mamy do czynienia z faszyzacją Polski? Arkadiusz rozumiał faszyzm jako formę ustrojową i „doktrynę polityczną sprzeciwiającą się demokracji parlamentarnej, głoszącą kult państwa totalitarnego, monopartyjnego, o mocno podkreślanej hierarchii, rządzonego autorytarnie przez Wodza”, jak wyjaśniał w eseju Zwyczajny faszyzm, napisanym w 2018 roku dla „Midrasza”. Dalej uściślał: „Tradycyjnymi – i wciąż aktualnymi – elementami składowymi faszyzmu są nacjonalizm, ksenofobia, antysemityzm, militaryzm, imperializm, antykomunizm, antyliberalizm i antykapitalizm – wymieszane ze sobą w różnych proporcjach i z różną mocą akcentowane. Dodałbym jeszcze mizoginizm, antyfeminizm, homofobię, zawsze przecież w faszyzmie obecne”.

W Zwyczajnym faszyzmie analizował też obezwładniające konsekwencje przekonania, że „polski faszyzm” to oksymoron, contradictio in adiecto. Dowodził, że podatność na faszyzm nie jest kwestią marginesu, lecz kultury dominującej. Wskazywał na rozpowszechnienie praktyk – nie tylko dyskursywnych – w zamierzeniu mających problem unieważniać, faktycznie jednak skutkujących jego normalizacją. Podnosił sprawę legalnego istnienia Młodzieży Wszechpolskiej. Przykładem, który dekonstruował szczegółowo, była legalizacja ONR-u. Wspominał też o uporczywym ignorowaniu literatury przedmiotu: książek Jana Józefa Lipskiego i Szymona Rudnickiego, obok których należałoby wymienić także monografię Szkoły nienawiści. Historia faszyzmów europejskich Jerzego W. Borejszy.

Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, pokazał mi kaliski mural patriotyczny zawierający bez mała cały symboliczny arsenał Polski dla Polaków. Szło to, od lewej do prawej, jak następuje: rotmistrz Witold Pilecki, napis „Żołnierze Wyklęci” na tle polskiej flagi w obramowaniu napisu „Dla tych niezłomnych ludzi myśl nadrzędna była prosta: wojna się skończy, kiedy wolna będzie Polska”, następnie godło Narodowych Sił Zbrojnych ze szczerbcem, ryngraf z Matką Boską Ostrobramską, Danuta Siedzikówna „Inka” (karabin wycelowany w przechodniów), emblemat AK Wilno z wileńską Górą Trzykrzyską i pseudonimami „Kmicic”, „Narocz”, „Łupaszko”, dalej Mały Powstaniec (karabin na ramieniu), kotwica Polski Walczącej, napis „Ceną była śmierć za wolności smak”, któraś z barykad warszawskiego powstania AD 1944 (dwa karabiny wymierzone w niewidocznego wroga), napis „63 dni chwały”. Wreszcie wisienka na torcie: „Twórcy Wielkiej Polski” – Tadeusz Rozwadowski, Roman Dmowski. Wielka kumulacja pogromowa. Arek uprzytomnił mi, że mural przy ulicy Legionów powstał przed powtórnym objęciem władzy przez PiS w 2015 roku i jego miejsce jest po stronie przyczyn, a nie skutków upadku liberalnej demokracji w Polsce.

Żegnano go w kościele, mimo iż życzył sobie świeckiego pochówku. Za to żył, jak chciał. Świadomie i dokładnie, starannie. Jak gdyby życie definiował jako dyscyplinę uważności. Wiele wymagał i bardzo wiele z siebie dawał. W odniesieniu do żydowskiej przeszłości Kalisza wystrzegał się nostalgii i melancholii jako form narcyzmu zapewniających głównie dobre samopoczucie swoim nieuprawnionym nosicielom przez usunięcie z pola widzenia pytania o odpowiedzialność.

W Krajobrazie z czerwonym słońcem pisał: „Moją raną jest Kalisz bez Żydów. Jest rana, jest i sól na ranę. Ta sól to bolesna świadomość, że szalone marzenie o Kaliszu bez Żydów wyroiło się w głowach moich rodaków, w głowach moich sąsiadów, w głowach kaliszan. Odrzucam wszelkie próby usprawiedliwienia tutejszych endeków, wskazujące, że owszem, pragnęli usunąć Żydów, ale przecież nie takimi metodami, jakimi zrobili to kilka lat później hitlerowcy. Sęk w tym, że nie można było tego zrobić inaczej. […] Usunięcie Żydów z Kalisza mogło nastąpić tylko w jeden sposób – ten zaproponowany przez Niemców”.

I dalej: „Mimo odkrycia szokującej prawdy o Jedwabnem – a może właśnie dlatego – wciąż powszechne jest u nas cukrowanie stosunków polsko-żydowskich; zwłaszcza chętnie zapomina się o przejawach antysemityzmu […]. A jeśli nawet mówi się o antysemityzmie, to prawie wyłącznie jako o złu ogólnym, nienawiści zawieszonej w abstrakcyjnej przestrzeni, więc niemającej ani konkretnej ofiary, ani źródła w konkretnym oprawcy. […] Ważne jest zatem, abyśmy wreszcie mieli odwagę poznać relacje samych Żydów i popatrzyli na siebie oczyma wymordowanych sąsiadów”. Jak pisał, tak robił.

Jakimi świadkami Zagłady byli Polacy?

czytaj także

Jakimi świadkami Zagłady byli Polacy?

Zofia Waślicka-Żmijewska

Z każdym kolejnym rządowym instytutem, fundacją, muzeum, z każdym kolejnym kłamstwem w przestrzeni publicznej i niepublicznej projekt podjęty przez Pacholskiego – za Janem Tomaszem Grossem – nabiera coraz bardziej palącej aktualności. Chodzi o to, żeby był prowadzony systematycznie i systemowo, a więc szeroko dostępny, co – dopóki istnieje samorząd – nie jest niemożliwe.

Kalisz ma do czego się odwołać. I nie mam tu na myśli utożsamianej ze statutem kaliskim mitycznej łaskawości księcia, którym kierowała wszak troska o interes własny. Mit polskiej gościnności jest tak fałszywy i toksyczny, że udaremni każdą debatę w kategoriach historycznego konkretu, dokładając tym samym drew do ognia. Zamiast tego – raz jeszcze – mam na myśli refleksję i dyskusję, które podjął i prowadził Pacholski. Nad śmiercionośnymi mitami właśnie, nad definicją wspólnoty, nad polskim udziałem w Zagładzie, nad kosztami społecznymi katolicyzmu i kapitalizmu, nad kształtem przestrzeni coraz częściej tylko deklaratywnie wspólnej, nad bohaterami zbiorowej wyobraźni: filmów, pomników, murali.

Materiału poglądowego w Kaliszu i gdzie indziej jest aż nadto. Dlatego też mural patriotyczny przy Legionów najlepiej od razu zamalować, a dopiero potem zastanawiać się nad jego miejscem w ciągu przyczynowo-skutkowym wiodącym do rozbijania dyskusji opartych na wiedzy oraz do imprez z pochodniami przy dźwiękach kościelnych dzwonów. Zamalować go trzeba, by pokazać, którędy droga, i żeby w ogóle zrobić miejsce na debatę w przestrzeni, z której petardy, race i pochodnie wyssały resztę powietrza.

Ogień, który zapłonął przed kaliskim ratuszem w Narodowe Święto Niepodległości – bo tak to się teraz oficjalnie nazywa – miał charakter rytualny. Stanowił uroczyste odnowienie obrzędów ogniowo-pogromowych towarzyszących w przeszłości między innymi właśnie dacie 11 listopada. W ramach usuwania skutków, a i przyczyn pożaru miasto Kalisz mogłoby także zebrać i wznowić teksty Pacholskiego – także te rozproszone po tytułach prasowych, także te niepublikowane, jak dziennik. Przygotować ich edycję krytyczną, odwołując się do kompetencji stowarzyszenia Kalisz Literacki. Zainicjować ich cykliczną analityczną lekturę.

A jeśli chodzi o transparent z 1937 roku, pisali o nim również inni kaliszanie. Jakub „Janek” Gelbart: „Ludność żydowska domagała się zdjęcia tego transparentu, jednakże władze nie zareagowały na jej żądanie” (Jakub „Janek” Gelbart, Adresat nieznany). Aleksander Pakentreger: „Młodzi żydowscy sportowcy, Łajzer Kleczewski i Jakub [powinno być: Berek] Gelbart, potajemnie go zlikwidowali – ku zdziwieniu władz” (Aleksander Pakentreger, Żydzi w Kaliszu w latach 1918–1939). Transparent wywieszony w 1939 roku musiał być zatem nowy. O ile jednak transparenty były dwa, idea przyświecająca wieszającym go Polakom była jedna. „«Kalisz bez Żydów» – oto słodka myśl, która zagłuszyła im krzyk mordowanych oraz rozwiała zapach świeżej krwi i swąd palonych ciał”.

Zupełnie bez serca [rozmowa z Bożeną Keff]

czytaj także

Zupełnie bez serca [rozmowa z Bożeną Keff]

Zofia Waślicka-Żmijewska, Artur Żmijewski

W Krajobrazie z czerwonym słońcem Pacholski piętnował endecję oraz imiennie patrona antysemickiej akcji, księdza Stanisława Zaborowicza. Nie znaczy to jednak, że delegował problem. Hasło „Kalisz bez Żydów” było dla niego emblematem antysemityzmu, który widział jako szerokie społeczno-kulturowe zjawisko i opisywał w kategoriach przedwojenno-wojenno-powojennego kontinuum. Nie miał wątpliwości, że bez wejrzenia w ogień żadna zmiana nie nastąpi. Teraz chodzi o to, żeby nie odwracać wzroku.

Listopad 2021

**
Źródła cytatów:
Arkadiusz Pacholski, Krajobraz z czerwonym słońcem, Sztuka i Rynek, Kalisz 2001.
Arkadiusz Pacholski, Zwyczajny faszyzm, „Midrasz”, wrzesień–październik 2018, nr 5(205), s. 56–61.
Jakub „Janek” Gelbart, Adresat nieznany, wstęp i redakcja Ewa Koźmińska-Frejlak, Baobab, Warszawa [2009].
Aleksander Pakentreger, Żydzi w Kaliszu w latach 1918–1939. Problemy polityczne i społeczne, PWN, Warszawa 1988.

**
Elżbieta Janicka  – literaturoznawczyni, fotografka. Autorka monografii Andrzeja Trzebińskiego Sztuka czy naród? (Kraków 2006). Edytorka apokryfu Wacława Antczaka Antoś Rozpylacz. Polski Odyseusz. Najsławniejszy wojownik w walce z Niemcami hitlerowskimi. Epopeja partyzantów z czasów powstania w Warszawie (Łódź 2008). Współautorka (z Tomaszem Żukowskim) książki Przemoc filosemicka? Nowe polskie narracje o Żydach po roku 2000 (Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN 2016). W 2011 roku w Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazała się jej książka Festung Warschau.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij