Historia

Grzebałkowska: Nigdy nie wiesz, co byś zrobił na ich miejscu [rozmowa]

Mój własny morał z historii jest taki: nie oceniajmy.

Michał Sutowski: Po 1989 roku zajęliśmy się „wypełnianiem białych plam” naszej historii – badaniem i opisywaniem tematów, które ze względów cenzuralnych czy autocenzuralnych nie były poruszane w czasach PRL. Czy po ponad 25 latach od schyłku komuny kategoria „białych plam” jest jeszcze aktualna? Przez ćwierć wieku musieliśmy sporo tych braków nadrobić…

Magdalena Grzebałkowska: Moim zdaniem to się dzieje dopiero teraz. Zaraz po 1989 roku studiowałam historię na Uniwersytecie Gdańskim. Nie chcę obgadywać własnej Alma Mater, ale traktowano nas jak uczniaków, którym wbija się do głowy, od A do Z, program z podręcznika. Słuchając wykładów, nie mieliśmy specjalnie świadomości, że wszystko dookoła się zmienia. Inna sprawa, że byłam wtedy zafascynowana starożytnością, więc historia współczesna niespecjalnie mnie ciekawiła. Ale nawet jak z czasem mi przeszło, to też nie przypominam sobie, żeby dyskutowano z nami na „bieżące” tematy; na pewno nie na wykładach. Jednak profesorowie zostali ci sami, co wcześniej. Byli wśród nich ludzie wybitni, jak profesor Roman Wapiński, ale mieliśmy też wśród wykładowców typowego marcowego docenta.

A może nie było świadomości zmiany, bo PRL-owska historiografia była tak naprawdę dość tradycjonalistyczna, zorientowana narodowo?

Niewykluczone. Ale wtedy się jeszcze tak o tym nie mówiło: to był po prostu jedyny obowiązujący kierunek, jedyna nauczana narracja. Zresztą odkąd pracuję w reportażu, czyli od 1998 roku, też niewiele się zmieniło. Dopiero dziś czuję, że coś ruszyło…

Faktycznie, na półkach w Empiku tylu książek o II wojnie światowej, o Związku Radzieckim, Kresach, komunizmie, a ostatnio o żołnierzach wyklętych – chyba jeszcze nigdy nie było.

I wszystko to jest zagospodarowane przez prawicę. Kiedy czytam ich książki, mam wrażenie, że dla nich wszystko jest czarno-białe… Może zresztą dzięki temu one tak świetnie się sprzedają? Inna sprawa, że popularność na prawicy zyskują czasem książki niekoniecznie prawicowych autorów. Weźmy taką Cherezińską, skądinąd ciekawą powieściopisarkę. Choć ona sama się od  prawicowości odżegnuje, to jej Legion jest reklamowany na portalach prawicy narodowej jako „lektura obowiązkowa dla każdego narodowca”.

A czy historia nie może być czasem czarno-biała?

No właśnie nie bardzo, bo wtedy staje się schematyczna i przewidywalna. Weźmy choćby tak zwanych żołnierzy wyklętych: to, czego dowiedziałam się o nich przy pracy nad książką 1945. Wojna i pokój, pozwala mi stwierdzić, że nie byli to wcale jednoznaczni bohaterowie. Co oczywiście nie znaczy, że nie warto o nich pisać – nie można udawać, że ich nie było, skoro ostatni partyzant ukrywał się w lesie do 1963 roku. Ale naprawdę świetna książka na ten temat, wyklęta nomen omen przez zwolenników żołnierzy wyklętych, to Brudne serca Anny Kłys, która pokazuje, że właśnie nic nie jest białe lub czarne. Że ze ścigającego partyzantów milicjanta w ciągu godziny można stać się ściganym, wrogiem państwa ludowego. Przecież tacy ludzie, jak „Ogień” czy Antoni Żubryd – choć w jego wypadku mówiło się o celowym wejściu w bezpieczniackie struktury – zanim zeszli do podziemia, byli funkcjonariuszami UB!

W antykomunistycznym podziemiu zbrojnym na pewno byli ludzie, którzy mieli w głowie wyobrażenie o wolnej Polsce. Jestem przekonana, że na przykład „Inka” miała szczere i dobre intencje. Część z nich z kolei musiała zostać w lesie, bo groziły im brutalne represje – to wszystko prawda. Ale nie ulega też wątpliwości, że często bywały to zbieraniny łobuzów, którzy gwałcili, kradli żywność i palili okoliczne wsie – UPA nie miała na to monopolu.

Nie odmawiajmy bohaterstwa wszystkim żołnierzom antykomunistycznego podziemia, ale nie mówmy też, że wszyscy byli herosami – a taką opowieść próbuje nam w ostatnich latach sprzedać polska prawica.

A co lewica powinna mieć na ten temat do powiedzenia?

Że ta historia jest złożona. Nie chcę być zaszufladkowana po przeciwnej stronie, na zasadzie, że skoro prawica mówi A, to ja mówię „nie A”. Kiedy przygotowywałam rozdziały książki na temat tzw. Ziem Odzyskanych, to czytałam sporo na ten temat w tygodniku „Przegląd”. I tam panowała narracja lustrzana wobec tej prawicowej: żołnierzy antykomunistycznego podziemia przedstawiano wyłącznie jako bandytów, a po drugiej stronie byli pionierzy zagospodarowujący zdobyte tereny, ci „nasi”.

A na czym polega problem z tą narracją o „pionierach Ziem Odzyskanych”? Jeśli odcedzić PRL-owską propagandę, to zostanie nam dość poczciwa, pozytywistyczna opowieść o ciężko pracujących ludziach, którzy odbudowują kraj…

I ta opowieść też jest nieprawdziwa. Pracując nad książką, czytałam materiały archiwalne, ale przede wszystkim rozmawiałam z ludźmi. Te rozmowy są najważniejsze, zwłaszcza że to ostatni moment, bo wkrótce ich zabraknie. Wiele materiałów w mojej książce na temat pierwszych osadników na Pomorzu czy Dolnym Śląsku to już relacje z drugiej ręki, ale jednak udało mi się porozmawiać także z ludźmi, którzy bezpośrednio to przeżyli. Starałam się pokazać całe spektrum informacji na ten temat – i naprawdę nie da się tego zamknąć w narracji pod tytułem dzielni pionierzy jadą na Zachód.

Czego w niej brakuje?

A choćby faktu, że jechali tam ludzie, którzy naprawdę chcieli budować nową Polskę, bo taką mieli w głowach ideologię; jechali ludzie, którzy uciekali przed UB, bo brali udział w powstaniu czy byli w AK; jechali ludzie, którzy po prostu nie mieli wyjścia, bo z dawnych Kresów Wschodnich po prostu ich wywieziono; wreszcie jechali tacy, którzy na swej Lubelszczyźnie czy Kielecczyźnie nie mieli nic do stracenia, bo byli bardzo biedni. Trzeba pokazać cały obraz sytuacji. Za komuny mówiło się, że może ciężko, ale pięknie i z sukcesem zagospodarowaliśmy te „odzyskane” ziemie.

Tyle że my naprawdę nie budowaliśmy tam państwa piastowskiego, tylko jechaliśmy do miejsc wyżej cywilizowanych, gdzie ktoś wcześniej mieszkał i skąd ktoś musiał uciekać. To nie jest nasza wina, ale trzeba to wszystko pokazać.

Także krzywdę Niemców albo tych, których za Niemców uznano, choć oni sami się do niemieckości nie poczuwali.

Akurat dawnej niemieckości tych ziem dziś już chyba nikt nie kwestionuje. Sam pochodzę z Pomorza Środkowego i pamięć o tym, że żyli tam Niemcy – w Szczecinie, ale i we wsiach pod Koszalinem – jest dość żywa i kultywowana.

To nie do końca to samo. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do książki, ogłosiłam na Facebooku, że szukam bohaterów tamtych wydarzeń. I dostałam między innymi maila od kobiety, która napisała tak: „Szanowna Pani Magdo. Lubię pani książki i artykuły, ale po co pisze Pani, że jacykolwiek Niemcy cierpieli w jakichkolwiek obozach? Przecież i tak Polacy cierpieli bardziej – i dobrze tak tym Niemcom. Po co daje pani miecz do ręki wrogowi Polski?”. Mam serdecznych przyjaciół, którzy też uważają, że nie powinnam pisać książki, w której uświadamiam czytelnikom, że Niemcy także cierpieli.

Dlatego 1945. Wojna i pokój od Niemców się zaczyna i na Niemcach kończy? Na początku jest wstrząsający opis przeprawy przez Zalew Wiślany, na koniec tragedia „Wilhelma Gustloffa”.  

To prawda, książka wyszła mocno niemieckocentrycznie. Pewnie wynika to też z faktu, że ja z kolei pochodzę z Sopotu. Gdzie się nie rozejrzę, tam są „ziemie odzyskane”. W książce brakuje za to Wschodu, w sensie spraw ukraińskich, białoruskich. Początkowo chciałam zawrzeć w niej tekst o stosunkach polsko-białoruskich, opisać historię Łupaszki w tamtym kontekście, tam, gdzie wszystko się rozegrało. Pojechałam do miasteczka o nazwie Gródek, rozmawiałam z Białorusinką od zawsze mieszkającą w Polsce. Ojciec tej pani, szewc, nie chciał przystąpić do grupy Łupaszki – staram się nie używać określenia „banda”, bo to jednak kalka z czasów PRL – więc zastrzelili go na oczach syna przy szewskim kopycie. Opowiadała mi, że nie może przeżyć, że w Koszalinie jest rondo imienia Łupaszki ani tego, jak jego córka opowiada, że nie miała dzieciństwa, bo tata ciągle był gdzieś w lesie i że to dobrze, że w końcu został bohaterem…

Chciałam opisać relację ludzi będących za i przeciw Łupaszce. Udało mi się umówić z kilkoma starszymi oosbami, które mieszkają wciąż w tamtych wsiach i akurat wszyscy byli przeciw niemu. Ale wszyscy odwołali umówione już spotkania. Zadzwoniła do mnie koleżanka, której mama początkowo zgodziła się rozmawiać. Jako mała dziewczynka wielokrotnie przeżyła napady grupy Łupaszki na swoją wieś w okolicach Białegostoku. I odwołała rozmowę, argumentując, że od trzech dni nie śpi, że się boi, bo pamięta, co w 1945 roku robili ci ludzie, których potomkowie do dziś żyją we wsi. Bo przecież ta cała partyzantka to była zbieranina ze wsi, a ludzie często nie mieli wyjścia, szli do lasu pod karabinem…

I dlatego tekst ostatecznie nie powstał?

Przestraszyłam się strachu tych ludzi i nie drążyłam. Nie udało mi się stworzyć tekstu do książki, ale napisałam potem list do Katarzyny Bondy, która wydaje cykl kryminałów: najpierw napisała Pochłaniacz, którego akcja dzieje się w Sopocie, a potem Okularnika, który rozgrywa się w Hajnówce i dotyczy właśnie tematu, który ja chciałam poruszyć, choć niestety zabrakło mi odwagi. A Bonda temat drążyła. Napisała powieść mocno opartą na realiach, a do tego swoją książkę zadedykowała babci, która zginęła w pogromie wsi prawosławnej – i ten pogrom też jest w Okularniku opisany.

Białorusi i Łupaszki w 1945… nie ma, ale jest Wołyń i Galicja. Aż chce się zapytać, czemu tylko jeden rozdział? Dla wielu Polaków to trauma większa od okupacji niemieckiej.

W książce znalazł się tekst o Wołyniu, bo uważam, że stosunki polsko-ukraińskie są szalenie ważne. A do tego moja babcia pochodzi spod Lwowa. Jej siostra została przez swoich ukraińskich sąsiadów zatłuczona łopatą, a samej babci udało się przeżyć, bo montowała bomby dla Niemców na robotach; skądinąd wielu Polaków zgłaszało się na nie dobrowolnie właśnie po to, by uciec przed ukraińskimi nacjonalistami. W mojej rodzinie narracja była zawsze taka, że Ukraińcy to najgorsze zło. Mam jednak swój rozum i własną świadomość, studiowałam zresztą z wieloma Ukraińcami, bo po wywózce w ramach akcji „Wisła” akurat na Uniwersytet Gdański mieli najbliżej. Dzięki temu przekonałam się, że nie mają rogów ani czarnych podniebień, nawet jeśli ich dziadkowie rzeczywiście mieli sporo na sumieniu. To chyba właśnie mnie odróżnia od naszej prawicy – uważam, że nie ponosimy winy za naszych przodków. Jestem za „grubą kreską”.

Winy za przodków na pewno nie ponosimy – ale jesteśmy chyba odpowiedzialni za to, jak tłumaczymy ich historię i co z nią zrobimy?

Trzeba się nauczyć wybaczać i myśleć o tym wszystkim samodzielnie. Nie możemy zapominać o tym, co się stało, żeby znowu tych wojennych historii nie powtórzyć. Ale wybaczać trzeba. I trzeba mieć własny rozum, dochodzić do wszystkiego samemu. Wyciągnąć ile się da od swojej własnej rodziny, ale dużo czytać.

W podstawówce nosiłam w sobie nienawiść do Niemców, pokazywano nam przecież wszystkie te filmy dokumentalne, Czterech pancernych i kapitana Klossa. Ale dziś jestem dorosłą kobietą, która ma jakąś wiedzę.

I myśli już na kontrze do pamięci rodzinnej?

W dużej mierze tak; kiedyś na spotkanie autorskie przyszedł mój wujek. I kiedy powiedziałam, że nie noszę w sobie nienawiści do Ukraińców i że oni tak samo doznawali krzywd od Polaków, jak Polacy od nich, to się oburzył. Upomniał mnie, że przecież oni „riezali Lachiw”.

I jak taki spór w rodzinie przekłada pani na sposób pisania o tych sprawach?

W samej rodzinie czasem lepiej jest dyskusję po prostu zawiesić. A jeśli chodzi o pisanie na temat spraw polsko-ukraińskich, to właściwy rozdział mojej książki powstał trochę przypadkiem. Pojechałam do Sanoka, żeby zrobić zupełnie inny temat; to miało być po prostu „Życie codzienne Sanoka w 1945 roku”. Pracując wcześniej nad książką o Beksińskich, znalazłam w sanockim archiwum bardzo ciekawą rzecz, choć dotyczącą roku 1946. Kiedy widać było te słynne „łuny w Bieszczadach”, kiedy płonęły wioski – choć płonęły zarówno polskie, jak i ukraińskie, o czym nam kiedyś nie mówiono – to ludność polska uciekała do Sanoka, bo tam stacjonowały wówczas wojska radzieckie i było względnie bezpiecznie. Ludzie szli tam ze swoimi krowami, końmi i innymi zwierzętami domowymi i zajmowali kamienice, w których te zwierzęta mieszkały z nimi – w kuchniach, przedpokojach czy łazienkach. Gnojówka lała się po ścianach… Znalazłam bardzo ciekawy raport ówczesnego wójta sanockiego, który właśnie o tym pisze.

Ale nie napisała pani o konflikcie cywilizacyjnym wsi z miastem, tylko o Polakach i Ukraińcach.

Okazało się, że tamtych historii nikt nie pamięta. Zobaczyłam za to, że mentalnie wojna się tam wcale nie skończyła. Panuje oczywiście pewna polityczna poprawność polsko-ukraińska, której większość stara się pilnować; są polsko-ukraińskie przyjaźnie i małżeństwa, Polacy śpiewają w chórze cerkiewnym itd.

Ale jak zstąpimy na poziom niżej, zapytamy o historie rodzinne, to wychodzi na to, że tam powinien przyjść psycholog, postawić biurko, fotel na rynku i zacząć leczyć Polaków i Ukraińców z tego, co wydarzyło się tam w trakcie II wojny światowej i po niej. Oni to wypierają, te rany są zaleczone tylko pozornie…

Jednocześnie stanęłam przed tematem, którego niesamowicie się boję, który wymagałby oddzielnej książki i trzeba by nad nim pracować dwa, trzy lata, naczytać się, przejrzeć archiwa… Postanowiłam więc, że dam po prostu ludziom głos. Niech oni sami się wypowiedzą. Założyłam sobie równowagę – dwie rodziny ukraińskie, dwie polskie. Ukraińcy mówili mi, że gdyby nie UPA, to byłoby bardzo ciężko, bo UPA broniła ich przed AK – przy czym „AK” w tym regionie mówi się na wszystkich, od rzeczywistych oddziałów Armii Krajowej po różne dzikie bandy, to znaczy na wszystkich partyzantów. Po rozmowach z Ukraińcami poszłam do polskich domów. I ci Polacy mówią mi, że gdyby nie AK, to byłoby zupełnie strasznie. Pomyślałam – czyja wina jest cięższa? Czyja rozpacz gorsza? Śmierć którego dziecka bardziej okrutna? Komu bardziej spalono dom, a komu mniej?

A co ze skalą? Może jedni nie palili domów „bardziej”, ale palili ich więcej?

Zgoda, skala jest ważna dla historyków. Ale ja poszłam do ludzi, których ta tragedia dotknęła osobiście. Do tych konkretnych rodzin. Jestem reporterem, a nie historykiem tworzącym syntezy, więc piszę z punktu widzenia jednostki czy rodziny, interesuje mnie los pojedynczego człowieka. Wszystko opisuję z tej żabiej perspektywy. Wiem, że gdyby do mojej rodziny przyszli teraz ukraińscy nacjonaliści i ją wymordowali, to nie obchodziłoby mnie cierpienie innych. Tak właśnie myśli człowiek.

To dobrze, że tak myśli?

Ja tego nie oceniam. Tym też moja narracja różni się od narracji prawicowej. Dzisiejsi prawicowi historycy, dziennikarze i reporterzy doskonale wiedzą, co zrobiliby na czyimś miejscu w tamtym czasie. A przecież nigdy nie wiemy, jak byśmy naprawdę postąpili. Naszym zadaniem, zadaniem reporterów i publicystów historycznych, jest ocalić od zapomnienia to, co się wtedy działo, przedstawić lewą i prawą stronę, ale nie oceniać. Pokazać, co czuli Niemcy, co czuli Polacy, jak traktowano Żydów, a jak nas… Ale nie możemy pisać, że ci postąpili dobrze lub źle. Niech każdy wyciąga swoje wnioski. Oczywiście akademicka historia jest inna, ale historia też nie ocenia.

Może kłopot nie w tym, że się ocenia, tylko że się ocenia zbyt pochopnie, błędnie, pod założoną z góry tezę…

Kiedy mówimy, że oni oceniają błędnie, to mówimy też, że to my mamy rację, że my oceniamy słusznie. Mówimy, że jesteśmy lepsi, a tego też wolałabym uniknąć.

Od wartościowań chyba jednak trudno uciec. Może uczciwiej jest po prostu powiedzieć, z jakimi założeniami, z jakimi wartościami, z jaką biografią własną w tle pisze się daną historię?

Z jaką biografią? No to może od razu coś wyznam. Otóż mój dziadek Władysław Grzebałkowski był w UB. Choć wcześniej był w AK, razem ze swoim bratem… Brat i mój pradziadek brali udział w powstaniu warszawskim, dziadek nie, bo siedział wtedy w więzieniu w Poznaniu. Po wojnie, w 1945 roku, uciekli do Sopotu i tak jak mnóstwo żołnierzy AK, żeby ukryć się przed represjami, wstąpili do milicji. Po jakimś czasie wujka wyrzucono za pijaństwo – a właściwie „opilstwo”, jak mówią papiery z IPN – ale dziadek został. To był niezły cwaniak: nie dość, że miał dwie żony jednocześnie – jedną poślubioną kościelnie, drugą cywilnie – to jeszcze został w UB szefem konsumów milicyjnych. Z szefem jednego takiego sklepu założył trzyosobową szajkę sprzedającą mięso na lewo, no i złapano go, jak próbował upłynnić 60 kilogramów szynki konserwowej. Na trzy lata wylądował w więzieniu, jeszcze w 1953 roku…

To jest pani potomkinią ofiary represji stalinowskich czy resortowym dzieckiem?

No właśnie ani jednym, ani drugim. Na tym to polega – dziadek za Stalina nie siedział za politykę, tylko za jakiś przekręt; z drugiej strony z tej jego służby w UB nic mi nie przyszło, bo dziadek w końcu rozwiódł się z babcią, z jakąś drugą panią wyjechał do Warszawy i o nas zapomniał. To chyba nie jestem skażona genetycznie? I chyba nie z powodu korzeni rodzinnych w sposobie pisania historii bliżej mi do lewicy?

Lewicowe pisanie historii to właśnie ta „żabia perspektywa”? To Białoszewski piszący o powstaniu z perspektywy cywilnej?

Żabia perspektywa tak, ale nie tylko cywilna, wojskowa również. Ciekawi mnie myślenie powstańców warszawskich, ich motywacje – mimo, a może właśnie dlatego, że jestem krytyczna wobec decyzji o rozpoczęciu walki 1 sierpnia 1944 roku i że sama nie wiem, czy byłabym w stanie umrzeć za ojczyznę. Ciekawi mnie życie codzienne zwykłego powstańca: jak ginął, jak się zakochiwał – genialnie opisywała te sprawy choćby Monika Żeromska, aż włos się jeży… I oczywiście Białoszewski, który siedział w tych wszystkich kościołach i zasypanych piwnicach. Bardzo dobrze, że powstają kolejne książki opisujące powstanie z punktu widzenia Bora-Komorowskiego. Ale sądzę, że ja też uzupełniam jakąś ważną lukę.

Książkę 1945. Wojna i pokój napisała pani na podstawie licznych rozmów. Czy jako reporterka historyczna i rozmówczyni ludzi, którzy byli świadkami historii, miała pani wrażenie, że dzielą się oni swoją własną, osobistą narracją? A może to, co mówią dziś, po kilkudziesięciu latach od opisywanych wydarzeń, jest już przefiltrowane przez narrację szkoły, telewizji, gazet?

Oczywiście, nie mam co do tego wątpliwości. W książce starałam się korzystać z wcześniej wydrukowanych wspomnień ludzi nieżyjących albo wspomnień z pierwszej ręki. Ale przecież nawet gdy idę do kogoś wysłuchać opowieści o wydarzeniu sprzed tygodnia, to już to wspomnienie jest przetworzone. A co, jeśli minęło siedemdziesiąt lat? Miałam pewien problem z państwem Tomalów, którzy przebywali w obozie pracy dla Niemców w Łambinowicach. Ci ludzie są wśród dziennikarzy niezwykle popularni jako ostatni żyjący świadkowie tamtych wydarzeń; poza tym proces Czesława Gęborskiego, komendanta tego obozu, toczył się wiele lat i oni za każdym razem zeznawali – najpierw jako dzieci, potem jako dorośli, w końcu jako staruszkowie. Widziałam, że ich opowieść jest złożona z tych wszystkich opowieści, których przez lata sami się nasłuchali. Godziłam się jednak na to. Po pierwsze dlatego, że nie miałam wyjścia, po drugie miałam świadomość sytuacji, a po trzecie miałam czterdzieści tomów akt sądowych z tamtych lat, więc mogłam weryfikować wszystkie informacje.

Czy pani historia roku 1945 ma jakiś morał? Przesłanie?

Mam swój własny morał, o którym już mówiłam – nie oceniać. Nie mówić, że wiemy, co byśmy zrobili w innych czasach, będąc na czyimś miejscu. My zbiorowo wyparliśmy, jak straszny był to rok. Załapałam się jeszcze do podstawówki komunistycznej, kiedy wszystkie apele i podręczniki mówiły nam o roku 1945 jako o cudownym czasie zwycięstwa i wyzwolenia. Zresztą sama, będąc historykiem, zanim zaczęłam pisać tę książkę, miałam w głowie dwa wątki naraz. Jeden wątek reporterki, historyczki, która wiedziała, jak koszmarny dla ludzi był to czas, ale równolegle drugi, stereotypowy, na który składali się Czterej pancerni i pies i piosenki radzieckie – wszystko to mówiło, że nastał wtedy piękny, jasny dzień zwycięstwa, kwitł biały bez, a potem wszystko było już dobrze, Polska rosła w siłę i rodziły się dzieci. To koszmarne nieporozumienie. Dopiero kiedy poznamy losy pojedynczych ludzi, zrozumiemy skalę tego koszmaru.

Dowiemy się na przykład, że dla niektórych ludzi rok 1945 był gorszy niż wojna.

Jedna moja rozmówczyni, która została przywieziona z Kresów Wschodnich jakąś węglarką bez dachu, mówiła, że te trzy tygodnie, które przeżyła w pociągu w drodze na Ziemie Odzyskane, były dla niej gorsze niż poprzednie pięć lat wojny. Bo jakkolwiek straszna jest ta wojna, to zazwyczaj rządzi się jakimiś prawami. Wiszą obwieszczenia, grożą łapanki, ale przynajmniej wiesz, za co możesz zostać zabity – no i wiesz, kto jest wrogiem. A rok 1945 to był absolutny chaos – i stąd „wielka trwoga”, o której wspaniałą książkę napisał Marcin Zaremba.

O tych czasach już w latach 60. film nakręcił Jerzy Hoffman. Prawo i pięść nie pokazuje sielanki na Ziemiach Zachodnich, tylko Dziki Zachód.

Faktycznie, można się zastanawiać, dlaczego taki film w ogóle dopuszczono do dystrybucji. Moje przypuszczenie jest takie, że potraktowano go jako absolutnie nieprawdopodobny. Było już piętnaście lat po wojnie, Komeda napisał westernową muzykę i właśnie jak polski western ten film został potraktowany. A on jest przecież niesamowicie prawdziwy. Z kolei w pamiętnikach osadników znalazłam wspomnienie pewnego człowieka, który pojechał ze wsi do miasteczka, a potem wracał z koniem, którego musiał sam okiełznać, bo UNRRA dawała dzikie konie. To przecież scena wzięta żywcem z Samych swoich, tylko że film nagrano później. Właśnie te dwa filmy, jeśli potraktować je serio i łącznie, dają nam niemal pełny obraz roku 1945.

***

Magdalena Grzebałkowska – dziennikarka, reporterka, współpracuje z „Gazetą Wyborczą”. Autorka m.in. książek Beksińscy. Portret podwójny oraz 1945. Wojna i pokój.

**Dziennik Opinii nr 361/2015 (1146)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.