Film

Mam ochotę na kilka sezonów zapomnienia

Z niejakim zaskoczeniem zauważyłam, że w obecnej sytuacji doskonale sprawdzają się filmowe i serialowe powroty. Trochę jak w prostych terapeutycznych poradach – w kryzysie można spróbować zwrócić się do tego, czego robienie już kiedyś zapewniło nam przyjemność.


Zastanawiając się nad tym, jakie seriale mogą pozwolić dziś na oderwanie się od koronawirusowych statystyk oraz wypełnić pustkę ciszy (nie)wyborczej, byłam w kropce. Nie jestem przekonana, czy konsekwentny eskapizm w warunkach naszej postępującej narodowej bierności jest rzeczywiście doskonałą strategią. Sama więc, wybierając kolejne tytuły serialowe, zmagam się z tym, czego oczekuję właściwie od relaksującego repertuaru. Sitcomowej konwencji, która pozwoli uśpić neurozy i poddać się śmiechowi z puszki? Trzymających w napięciu thrillerów? Ironicznego komentarza politycznego ze Sprawy idealnej? Może warto sprawdzić, czy coś szalonego pojawiło się na Mubi? A może to kolejny dzień naszej wielkiej domowej retrospektywy Melissy McCarthy?

Z niejakim zaskoczeniem zauważyłam, że w obecnej sytuacji doskonale sprawdzają się filmowe i serialowe powroty. Trochę jak w prostych terapeutycznych poradach – w kryzysie można spróbować zwrócić się do tego, czego robienie już kiedyś zapewniło nam przyjemność. Już kiedyś się sprawdziło. Pamiętam z okresu studiów lekturę teoretyczną, której autor wskazywał, że na luksus powtórnych lektur pozwolić mogą sobie zasadniczo tylko trzy grupy: dzieci, starcy i profesorowie. Aktualna sytuacja daleka jest dla większości z nas od doświadczenia jakiejkolwiek formy luksusu. Ten luksus możemy mieć jednak na wyciągnięcie ręki.

I, mój Boże, tak bardzo tęskniłam za amerykańskim kinem lat 50. i 60. Nie chodzi zresztą o ten konkretny repertuar, raczej o otworzenie drzwi do innego świata. Sama pewnie nie zmarnuję więcej okazji ponownego obejrzenia takich wspaniałości jak Kto się boi Virginii Woolf?, Na nabrzeżach czy Co się zdarzyło Baby Jane? Ten ostatni tytuł sprawił, że na długie godziny dałam się porwać serialowi, który dopiero przy tej okazji trafił na mój mały ekran. A następnie wywiadom z Bette Davis. A następnie wywiadom z Joan Crawford. A następnie biografii Joan Crawford i strasznym historiom jej dzieci. A następnie biografii Jacka Warnera, a następnie…

Ograniczony dostęp do nowego repertuaru paradoksalnie zachęcił mnie nie tylko do „nadrobienia” różnych tytułów, które od lat tkwią w zapomnianych kącikach list filmów do obejrzenia. Ostatecznie w wielu przypadkach podskórnie chyba przeczuwałam, że są to seanse niekonieczne nawet w czasach pokoju. Dziś więc sięgam do tych pozycji, które mogą poruszyć tematy już przez nas rozpoznane, ale też te otwierające światy, którym możemy się na nowo lub pierwszy raz bliżej przyjrzeć. A następnie sięgnąć po reportaż na ten temat. A następnie…

Nasza wielka rodzinna katastrofa

Konflikt: Bette i Joan (Feud: Bette and Joan), 2017

Konflikt: Bette i Joan, bo o tej produkcji mowa powyżej, to serial z Susan Sarandon i Jessicą Lange w rolach głównych, opowiadający historię konfliktu Bette Davis i Joan Crawford, który przybrał w latach 60. biblijne rozmiary. Serial traktujący o tych wydarzeniach jest jednym z najlepszych biograficznych pomysłów współczesnej kinematografii – nie tylko tej telewizyjnej.


Mogłoby się wydawać, że opowiedzenie historii dwóch legendarnych postaci kina przez pryzmat ich konfliktu to gest tani, obliczony na sensację, a nawet mizoginiczną przyjemność czerpaną z obserwowania dwóch kobiet skaczących sobie do gardeł. I mimo że serial w dużej mierze wykorzystuje osobliwą barwność tego wieloletniego sporu, który największego rozmachu nabrał przy okazji współpracy aktorek przy filmie Co się zdarzyło Baby Jane?, jest to narracja bardzo świadoma odpowiedzialności za napisanie tej historii na nowo.

Obserwujemy więc nie tylko prywatne i publiczne konteksty tego konfliktu, ale także to, jak bardzo ów spór opłacał się nie tylko wytwórni, lecz również tabloidom. I w jakim stopniu był przez nie podsycany. To wyjątkowy serial, cierpliwy psychologicznie, spektakularny aktorsko, tworzący interesujący drugi plan, wreszcie błyskotliwy i zmienny. W jednej z najbardziej przejmujących scen serialu Bette Davis pyta Joan Crawford: „Joan, jakie to było uczucie – być najpiękniejszą dziewczyną na świecie?”. I otrzymuje odpowiedź: „Wspaniałe. Najbardziej radosne uczucie, jakie mogłabyś sobie wyobrazić. I nigdy nie było wystarczające. A jak z tobą? Jakie to było uczucie – być najbardziej utalentowaną dziewczyną na świecie?”. Na co Bette Davis odpowiada: „Świetne. I nigdy nie było wystarczające”.

Oglądanie tego serialu było dla mnie doświadczeniem tak intensywnym, że nie mam wątpliwości, że stanie się jednym z trwałych wspomnień okresu kwarantanny.

Kai Puto lista lektur na czas pandemii

Jane the Virgin, 2014

To jeden z seriali, który zaczęłam w roku premiery oglądać jako guilty pleasure, a który z czasem nie tylko przestałam oglądać z poczuciem dziwnego wstydu, ale rozpoznałam jako jeden z tych momentów mojej telewizyjnej przygody, które trwale zmieniły moją perspektywę. To opowieść o młodej dziewczynie żyjącej wraz z babcią i mamą w Miami, która dowiaduje się, że została przypadkowo sztucznie zapłodniona. Kontekst niepokalanego poczęcia jest tu zaledwie pierwszym nieprawdopodobnym wydarzeniem tworzącym niesamowitą narrację opartą na schemacie klasycznych telenoweli.

Zasadnicza różnica polega nie tylko na przeniesieniu opowieści do imigranckich Stanów Zjednoczonych i aktywnym zaangażowaniu serialu we współczesne problemy społeczne, ale przede wszystkim na satyrycznym wymiarze tej opowieści. Stale towarzyszy nam bowiem ironiczny narrator, który – podobnie jak Jane, ale też wielu widzów tego show – nie tylko dystansuje się od bieżących wydarzeń „jak z telenoweli”, ale ujawnia swoje wzruszenie, empatię wobec bohaterów i świadomość odgrywanej konwencji.


Jane the Virgin to serial niewątpliwie skierowany do tych widzów, dla których Zbuntowany anioł stanowił źródło ekscytacji na przełomie wieków. Odradzam go szczerze, jeżeli słowa „telenowela” lub „tasiemiec” używacie jako obelgi lub formy negatywnej recenzji wobec seriali z innych gatunków. Serial z Giną Rodriguez, nagrodzoną za tę rolę bezprecedensowym Złotym Globem, ma bowiem wielki potencjał krytyczny i nostalgiczny zarazem. Zrozumienie fascynacji telenowelami latynoamerykańskimi, nawet jeżeli nie własna fascynacja, wydają mi się wręcz warunkiem czerpania przyjemności z kolejnych odcinków.

Jane the Virgin doskonale rozpoznaje tę dystynkcję i reguły kultury, które chętnie dyskredytują stereotypowo kobiece, sentymentalne, hiperemocjonalne sceny. To niemająca sobie równych gra z formą, ale też wyzwanie, wielka przyjemność i morze łez wzruszenia. Przy okazji oglądania serii nie sposób oprzeć się podróży do przeszłości, w której dominacja telewizyjna telenoweli była oczywistością. I współtworzyła także polskie milenijne uniwersum.

„W labiryncie”, czyli wielka fantazja o tym, jak PRL-owscy inteligenci przekształcą się w nowoczesną klasę średnią

W potrzebie (High Maintenance), 2016

Pozbawiony technicznych fajerwerków High Maintenance, którego akcja dzieje się na Brooklynie, jest jednym z najbardziej ludzkich seriali, jakie widziałam. Skupionym na człowieku, żyjącym ludźmi, relacjami, drobnymi emocjami i obserwacjami.


Chętnie skorzystałam z okazji do powtórki, także dlatego, że jego fragmentaryczna struktura pozwala na wielokrotne seanse. Każdy odcinek dzieli się na nierównej długości „wglądy” w życie klientów dilera marihuany. To opowieści o ludziach właściwie z każdej grupy wiekowej, zawodowej, etnicznej i religijnej. Łączy ich jedno – są klientami głównego bohatera albo postaciami wpadającymi na niego przez przypadek. Serial śmiało tworzy miejską panoramę charakterów, drobnych osobliwości, nieuchwytnej atmosfery miejsca, wreszcie miasta ujętego inaczej niż w turystycznych broszurach (patrz np. The Bold Type).

Niepodążanie za strukturą typowego odcinka ani antologii pozwoliło twórcom na wykorzystanie tego, co wciąż rzadko gości na naszych ekranach, a teraz – także w rzeczywistości: sieci przygodnych relacji, codziennego życia wśród ludzi. Marihuana zdaje się tu raczej chwytem, który pozwala puścić tę opowieść w nieoczekiwanych kierunkach aniżeli głównym tematem. Myślę, że dziś ten serial ma szansę dać nam choć złudzenie, że gdzieś w pobliżu, nie tylko na Brooklynie, nadal toczą się małe, fascynujące historie.

W samotnym miejscu [o serialu „Dare Me”]

Trzy na jednego (Big Love), 2006

To jedna z tych fabuł, których sam zarys może niejednego widza wprawić w osłupienie. Nie tylko ze względu na współczesną kulturę i organizację życia rodzinnego fundamentalistycznych mormonów. Zarówno poligamia, oficjalnie zakazana przez Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, jak i inne kontrowersje wokół mormonów nie są przecież żadną nowiną. Zaskakiwać może jednak fakt, że pięciosezonowy serial HBO, po pokaźnych sukcesach (sześć nominacji do Złotych Globów i nagroda dla świetnej Chloë Sevigny; dziewięć nominacji do Emmy) właściwie zniknął ze świadomości widzów. Niewątpliwie jest to narracja trącąca dziś już myszką i nieco rozwlekła (nie ma konieczności klikania pauzy podczas wypadu po herbatę), ale fascynująca z wielu innych powodów.


Mamy tu nie tylko potrójne gospodarstwo domowe z trzema żonami, jednym mężem i gromadą dzieci, ale także szerszy kontekst religijny i społeczny. Co bowiem wyjątkowo ciekawe, rodzina, której losy śledzimy, w porównaniu do krewnych żyjących na prowincji, uchodzi za… postępową. Serial stara się w ten sposób wyprzedzić krytykę widzów, którzy słusznie wskażą, że to normalizacja poligamii, unikająca pytań o przemoc, molestowanie i pedofilię. Te problemy zostały oddelegowane do rodziny żyjącej na zamkniętym obszarze oddalonym od mieszczańskich rejonów Utah.

Dramat rodzinny, którego największą gwiazdą niewątpliwie jest Sevigny, jest mimo to jedyny w swoim rodzaju. Niepokojący, osobliwy, tworzący reguły budzące sprzeciw potencjalnego widza. Testujący nasze granice tolerancji i empatii. Podczas oglądania Big Love towarzyszyła mi myśl, że – parafrazując znany utwór muzyczny – jeśli możesz zrobić bardzo dobry serial o poligamistach z Utah, możesz zrobić bardzo dobry serial o wszystkim. Granicą jest tylko narracyjna wyobraźnia.

Nie warto w tym kontekście sięgać po pozornie bardziej przystępny serial – naiwny dokument Trzy żony, jeden mąż emitowany przez Netfliksa. Zamiast tego sięgnęłabym po zgoła inny kontekst religijno-kulturowy i wyborny serial dokumentalny, który swego czasu dosłownie przykleił mnie do ekranu na sześć długich odcinków. Bardzo dziki kraj (Wild Wild Country) to majstersztyk w mocno spetryfikowanym podgatunku „dokumentów o sektach i radykalnych ugrupowaniach religijnych”. To z jednej strony opowieść o szokującej karierze Osho – odstręczającego indyjskiego guru, z drugiej zaś o ludzkiej determinacji, która pozwala przenosić góry, budować miasta i walczyć o nowo stworzony świat do upadłego. Niepokojąca i dręcząca opowieść opiera się przede wszystkim na postaci Ma Anand Sheeli, kiedyś jednej z najważniejszych, charyzmatycznych postaci ruchu, dziś – skazanej na 20 lat kryminalistki, cieszącej się urokami życia w Szwajcarii. Dokument nie do przegapienia.

Pożegnanie z peruką [o serialu „Unorthodox”]

The Society, 2019

Klasowa wycieczka wraca niespodziewanie z zaplanowanej trasy do domu. Wydarzenie jest zaskakujące, nie zwiastuje jednak tego, co nastąpi już za moment. Wcześniej w miasteczku pojawiały się znaki (a może lepiej: Znaki), które mogły zwiastować coś niepokojącego. Nieświadomi jednak tego, co nadchodzi, nastolatkowie je zignorowali. Tymczasem znikają rodzice. Znika rodzeństwo. Znikają wszyscy ludzie, którzy nie byli w wycieczkowym autobusie. W fikcyjnej miejscowości znajdzie się tylko nieco przypadkowa grupa nastolatków, pozbawiona możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym (czy świat zewnętrzny istnieje? czy na świecie żyją poza nimi jacyś ludzie?). Po pierwszej rozpaczy nastolatkowie decydują się wziąć sprawy w swoje ręce i rozpocząć organizację nowego społeczeństwa. Na miarę swoich intelektualnych i materialnych możliwości.


Po obejrzeniu The Society przeczytałam ponownie Robinsona Crusoe i zanurzyłam się na długo w nowych i dawniejszych opowieściach o tym, jaki świat czeka na nas po mniejszych i większych katastrofach. Niewątpliwie dystopijny serial Rok za rokiem, który premierę miał także w ubiegłym roku, również przyłożył się do tych rozważań.

„Rok za rokiem” – przerażająca przyszłość, która czai się za rogiem

Obiecywałam ucieczki, tytuł ten może sprawiać więc wrażenie małego oszustwa. A jednak sądzę, że opowieść o nastolatkach ustanawiających społeczny porządek na nowo tylko na pozór podsuwa nam pod nos współczesność. Ostatecznie to raczej wariacja na temat filozofii o zakładaniu nowego społeczeństwa, socjalizmie, który brzmi jak jedyny sprawiedliwy system, wreszcie przemocy, do której właśnie ci sprawiedliwi sięgają nadzwyczaj prędko. To dla mnie popkulturowa, oryginalnie (choć nie bez szwów) zbudowana opowieść o lęku, który otwiera drzwi do naszych dotychczasowych fantazji. Nie do tego, co na nas dopiero czeka.

Dobrobyt i inne nieszczęścia

Może najciekawsza lektura, do której powracam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, to Severance Ling Ma. Przeszły mnie dreszcze, gdy uświadomiłam sobie podobieństwo opisywanych przez autorkę zdarzeń i świata rządzonego przez COVID-19. Oba te tytuły wciągają błyskotliwością obserwacji współczesności, śmiałością i wyobraźnią. Niedoskonałą, czasem może pospieszną czy jawnie ilustracyjną. A jednak właśnie takie dzieła dają czasem oddech – oderwanie nie tyle od problemów tego świata, ile od beznadziejnej bezmyślności naszej sfery publicznej i polityki. Pozbawionej wyobraźni, krytycznej refleksji i horyzontu dalszego niż bieżący interes. Chyba to właśnie od niej wiele i wielu z nas szuka teraz ucieczki.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Olga Szmidt

| Krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction
Olga Szmidt – krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction, doktor literaturoznawstwa. Autorka kilku książek: „Odkrywanie Ameryki”, „Kownacka. Ta od Plastusia”, „Autentyczność: stan krytyczny. Problem autentyczności w kulturze XXI wieku”. Redaktorka naczelna portalu Popmoderna, stale współpracuje z „Czasem Kultury”. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, mieszka na krakowskim Kazimierzu.