Film

Nasza wielka rodzinna katastrofa

Olive Kitteridge serial rezenzja

Zanim pojawią się seriale opowiadające o indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu przymusowego zamknięcia czasu pandemii, pocieszenia można szukać w dotychczas dostępnym repertuarze. Subiektywny wybór starszych i nowszych seriali o rodzinie przedstawia Olga Szmidt.


W internecie (i nie tylko) roi się od litanii matek i ojców, którzy w swoich dzienniczkach zarazy dzielą się pokaźną porcją kwarantannowych frustracji, małych radości i prób wiązania końca z końcem. To chyba ważny moment – jeszcze nie mamy o tym książek, seriali, pierwszemu filmowi, który dopiero miał premierę, towarzyszy seria wątpliwości. Czy to nie za wcześnie? Czy jesteśmy gotowi, by opowiedzieć tę historię, kiedy nadal stoimy w co najmniej dwumetrowych odstępach i nie widujemy najbliższych? Czy przed stworzeniem fabuły nie powinniśmy poznać zakończenia?

Skazani na bachora. Jak przeżyć izolację pod jednym dachem i nie trafić za kratki

Zanim na naszych małych ekranach i w serwisach streamingowych pojawią się seriale opowiadające o tym indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu, pocieszenia można szukać w dotychczas dostępnym repertuarze. Zebrane tytuły nie są wprawdzie opatrzone sygnaturą COVID-19, ale rodzinny kołowrót w wielu tych produkcjach może wydać się znajomy, a przynajmniej – zachęcać do otwartego wyrażenia, że nie samym fotogenicznym rustykalnym bochnem upieczonym w domowym piekarniku człowiek żyje.

Podczas gdy w kinie (i serialach o hollywoodzkich ambicjach, jak choćby w Wielkich kłamstewkach czy aktualnie emitowanym Little Fires Everywhere) wciąż nie brak dialektyki idealnej powierzchni i traumatycznej głębi, telewizja ostatniej dekady szczególnie upodobała sobie zgoła inną konwencję. Mniej efektowną, mniej zobowiązującą, nierzadko monotematyczną. O wiele rzadziej wabiącą złudną powierzchnią, za to nadrabiająca komediowym temperamentem. Liczba tytułów, która odpowiada na zapotrzebowanie na reprezentację „dysfunkcyjnej rodziny w serialu”, niemal przytłoczyła mnie podczas kilkudniowego przeglądania katalogu. A zatem: w kolejnej odsłonie – ucieczki. Dziś – najlepsze rodzinne piekła.

Dobrobyt i inne nieszczęścia

Olive Kitteridge, 2014

Jeżeli dotąd nie mieliście okazji sięgnąć po prozę Elizabeth Strout, a serial HBO nie wydawał się dostatecznie ekscytującą pozycją na liście, sięgnęłabym po ten tytuł jak najprędzej – w dniu, w którym świat nie zawalił się wam na głowę. To jedno z najbardziej intensywnych i wymagających emocjonalnego wysiłku doświadczeń, jakie w ostatniej dekadzie zaproponowało HBO. Serial z Frances McDormand i Richardem Jenkinsem w rolach głównych opowiada historię starzejącej się nauczycielki, której surowość i inteligencja stają się przez lata tarczą niemal nie do przebicia.

Człowiek człowiekowi człowiekiem

To doskonała, zaledwie czteroodcinkowa wiwisekcja neurotycznej osobowości, rodziny zmagającej się z niemożnością zbliżenia do drugiej osoby i zrozumienia jej odrębności, wreszcie tego, jak bardzo pryncypialność dławi nie tylko tych, dla których Olive jest trudną żoną, matką, koleżanką, ale przede wszystkim ją samą.


Olive Kitteridge obsypano nagrodami, doceniono właściwie każdy aspekt serialu. A mimo to odnoszę wrażenie, że wciąż kryje się tam o wiele więcej pytań niż odpowiedzi. Ostatecznie to przecież dramat przejmujący do szpiku kości, oddalający od widza perspektywę łatwego zrozumienia i pojednania, rozdrapujący rany i zmuszający do krytycznego spojrzenia na własną percepcję filmową. Czy ci, których tak dobrze rozumiemy na ekranie, są dla nas zrozumiali w codzienności? Czy autorefleksja może nas uchronić przed krzywdzeniem najbliższych? Czy wypełniając obowiązki matki, ojca, syna, żony – naprawdę zbliżamy się do naszych bliskich?

Sześć stóp pod ziemią (Six Feet Under), 2001

Mimo że pod pewnymi względami Sześć stóp pod ziemią może dziś trącić myszką, co odnotowałam z niejakim zdziwieniem niemal dekadę po pierwszym zachwycie serialem, nie warto się zrażać poszarzałym obrazem, worowatymi strojami i nieco zdezaktualizowaną obyczajowością. Codzienne dramaty rodziny Fisherów tworzą opowieść, która do dziś nie ma sobie równych wśród produkcji telewizyjnych. Jeden z seriali, który odpowiada za inaugurację trwającej do dziś, kolejnej złotej ery telewizji, łączy w sobie tak wiele gatunków, konwencji, odrębnych perspektyw, że dramat rodzinny nabiera tu modernistycznego rozmachu.


Każdy odcinek otwiera krótka historia śmierci postaci, która trafi do zakładu pogrzebowego Fisherów. Wydaje się, że to rama narracyjna na dłuższą metę nieznośna, Sześć stóp pod ziemią potrafi jednak zbalansować business as usual z rzeczywistym dramatem rodzin, które pojawiają się w domu/zakładzie Fisherów. Psychologiczna precyzja i wielowątkowość serialu tworzą standard, o którym warto sobie dziś przypomnieć.

Transrodzic (Transparent), 2014

Wspaniała przygoda, jaką przez dobrych kilka lat był Transparent, skończyła się wprawdzie w cieniu #MeToo i spektakularnej katastrofy finałowej. Nie oznacza to jednak, że o serialu powinniśmy prędko zapomnieć. Kiedy patriarchalny ojciec decyduje się ujawnić przed rodziną swoją transtożsamość, nie tylko jego życie ulega daleko idącym zmianom.


Co jednak ciekawe, serial nie ucieka się do kliszowego wyobrażenia o złamanym życiu dorosłych dzieci, które „tracą ojca”. Cała rodzina zmaga się z własnymi oczekiwaniami wobec pozostałych jej członków, żydowskiej tradycji, wreszcie niekomfortowych ról płciowych. Coming out Maury nie staje się więc jedynym tematem serialu, raczej katalizatorem innych komplikacji i ujawnień.

Znakomicie napisany serial z nadzwyczajnie współczesną rodziną. Szczególnie polecany w zestawie z lekturą W ciemni Susan Faludi i bardziej niszową produkcją Jill Soloway I Love Dick (2016), którą trzymam jak skarb na mojej liście najbardziej niedocenionych seriali ostatniej dekady.

Bloodline, 2015

Nie jestem pewna, czy oglądanie całego serialu jest w tym przypadku koniecznością. Bez wahania można podarować sobie udrękę finałowego sezonu, warto też przymknąć oko na niektóre manieryzmy. Bloodline jest jednak godny zainteresowania z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze to dramat rodzinny o niemal biblijnej powadze. Rodzina Rayburnów zmaga się nie tylko z zapętloną i mroczną przeszłością, ale przede wszystkim z aktualnymi spięciami charakterów.


Można odnieść wrażenie, że ta ambitna i alegoryczna opowieść prowadzi nas do smutnych banałów o winie, karze, braterskiej zemście i macierzyńskiej goryczy. A jednak napięcie, jakie tworzą niejasne intencje poszczególnych postaci, pozwala ożywić ten rodzinny dramat. Po drugie, rola Bena Mendelsohna jest wybitnym przykładem postaci do głębi ambiwalentnej – przerażającej, budzącej czułość, a nade wszystko paraliżującej całą rodzinę samą swoją obecnością. To aktorski majstersztyk – syn marnotrawny, który budzi litość i drżenie.

Po trzecie, to serial, który doskonale rozpoznaje lepkość i niezbywalność rodzinnych relacji. Jak w Arendtowskich analizach: to wyjście z rodziny pozwala nam stać się prawdziwym człowiekiem. Bloodline pokazuje skrajną wersję tego, co dzieje się, jeżeli wszystko zostanie w rodzinie.

Szczególnie godny polecenia w zestawieniu z Ozark (2017) – równie mrocznym, jeszcze bardziej krwawym i jeszcze bardziej zachowującym pozory „naszej wielkiej wspaniałej rodziny”, która z gracją i moralną wyższością wyrządza krzywdy, oraz skontrastowanymi z nimi odrażającymi zakapiorami z klas niższych. To dwie świetne opowieści nie tyle o zwaśnionych kryminalnych rodach, ale kryminalnych światach równoległych.

Za każdą ofiarą stoi sprawca

czytaj także

Za każdą ofiarą stoi sprawca

Klaudia Rachubińska

Lepsze życie (Better Things), 2016

Tych, którzy znają Pamelę Adlon, nie trzeba przekonywać, że jej nieoszlifowany urok i nieokrzesane poczucie humoru działają orzeźwiająco w świecie, który wysoko ceni wystudiowaną rolę przejętej swoim własnym zaangażowaniem matki. Po usunięciu z serialu jednego z jego twórców, Louisa C.K., można się było zastanawiać, czy Adlon zdoła utrzymać szalone i nieprzewidywalne poczucie humoru Better Things. Ku mojej wielkiej uciesze serial w kolejnych sezonach okazał się kwitnący – jeszcze bardziej autentyczny, jeszcze śmielej eksplorujący ambiwalencję Sam. Przejawia się ona nie tylko w bardzo intensywnych i indywidualnych relacjach ze wszystkimi kobietami w rodzinie – trzema córkami i brytyjską matką na progu demencji. W ostatnim sezonie Sam zderza się z kryzysem wieku średniego, który w żeńskiej wersji nie przewidział dla niej zbyt wiele scenariuszy.

Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Chaos, w jaki popada w każdym odcinku kobieca rodzina w Los Angeles, może być chwilami przytłaczający. To jednak, co sprawia, że wciąż ulegam urokowi Adlon, to nie tylko jej nieszablonowość i troska o rodzinę zaprawiona ironią, ale przede wszystkim jeden z najciekawszych portretów samodzielnej kobiety próbującej swoich sił w roli matki. Za każdym z trzech razy na nowo.


Jeżeli surowość i programowa autentyczność macierzyństwa wydaje się dziś nazbyt bliska ciału, zawsze mamy na podorędziu liberalne łakocie: kanadyjskie Pracujące mamy (Workin’ Moms, 2017) oraz australijskie (i o wiele mniej kliszowe, za to bardziej boleśnie realistyczne) The Letdown (2017). W zbliżonej konwencji, choć z o wiele bardziej soczystym poczuciem humoru i rozbudowanym wątkiem romantycznym, znajdziemy jeszcze udaną brytyjską komedię Catastrophe (2015).

W trzewiach Behemota [Majmurek o „Sukcesji”]

Mum, 2016

Kameralny serial Stefana Golaszewskiego z Lesley Manville w roli głównej skradł moje serce na trzy krótkie sezony. Subtelność i czułość głównej bohaterki, która niedawno straciła męża i stara się utrzymać na powierzchni swojego codziennego życia, tworzą kreację nadzwyczajną we współczesnej telewizji. Nieoczywista przytomność i humor Cathy w obliczu rodziny, która niejednego przyprawiłaby o regularną zapaść emocjonalną, skłania do refleksji nie tylko o tym, co widzimy na ekranie.


Cathy jest matką nie najmądrzejszego młodego mężczyzny, który jawnie wykorzystuje jej łagodność, cierpliwość i zrozumienie dla żałoby syna. Razem ze swoją absurdalnie natrętną i rozkoszną dziewczyną traktują Cathy raczej jako funkcję rodzinnego systemu niż pełnoprawną osobę.

Na tym jednak nie koniec, serial Golaszewskiego proponuje wspaniałą komedię charakterów – od gapowatego i wzruszającego amanta, zmagającego się z niestosownością swoich zalotów, przez ogarniętą arystokratyczną obsesją szwagierkę, po hardych rodziców zmarłego męża.

Mum to serial, który mimo komediowej konwencji zdaje się boleśnie wyjęty z życia. Oglądając sześcioodcinkowe sezony nie sposób nie zadać sobie pytania o to, co tak naprawdę kryje się za cierpliwym uśmiechem naszych bliskich.

Ostatni okres dojrzewania

One Day at a Time, 2017

To może najlepszy sitcom skupiony wokół rodzinnej kanapy, jaki widziałam w ostatnich latach. Dość wspomnieć, że w rolę babci w tej kubańsko-amerykańskiej rodzinie wciela się wspaniała Rita Moreno – tworząc kreację niemal dziewięćdziesięcioletniej kobiety świadomej swojej seksualnej atrakcyjności, a zarazem do szpiku kości katolicko pruderyjnej.

One Day at a Time to remake klasycznego sitcomu z lat 70., który śmiało odświeżył nie tylko humor, ale i sytuację serialowej rodziny. To zaskakująca i niesztampowa realizacja tego najbardziej sztampowego z gatunków. Justina Machado w roli samodzielnej matki z dwójką dzieci – synem amantem oraz nerdowską córką, która eksploruje tożsamość Latinx – nie wypełnia standardowej roli sitcomowej matki.


Mimo że komedia nie ustępuje miejsca dramatowi, serial podejmuje nieznane dotąd temu gatunkowi tematy. Mamy więc zdrowie psychiczne, mamy zmaganie z PTSD, mamy seksualność w każdym wieku, mamy dylematy imigranckiej rodziny zaprzyjaźnionej z nachalnym białym właścicielem kamienicy, który w końcu staje się częścią rodziny, mamy wreszcie ujmujące realizmem zmagania z nierozerwalnym splotem etniczność – rasa – klasa, które stają się koszmarnie dolegliwe we współczesnej Ameryce. Wszystkie te „poważne tematy” nie przesłaniają faktu, że One Day at a Time to znakomita, nieschematyczna komedia o współczesnej rodzinie. Cóż to za szalone czasy, że serialowe babcie wyglądają jak Rita Moreno, Jane Fonda i Lily Tomlin!

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Olga Szmidt

| Krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction
Olga Szmidt – krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction, doktor literaturoznawstwa. Autorka kilku książek: „Odkrywanie Ameryki”, „Kownacka. Ta od Plastusia”, „Autentyczność: stan krytyczny. Problem autentyczności w kulturze XXI wieku”. Redaktorka naczelna portalu Popmoderna, stale współpracuje z „Czasem Kultury”. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, mieszka na krakowskim Kazimierzu.