Film

„Nadal czuję do ciebie to, co dwa dni temu”

Fot. Netflix/materiały prasowe

„Love Is Blind” i „Too Hot To Handle”, dwa reality show, które możemy zobaczyć na Netfliksie, to dwie strony tego samego medalu. To głęboko konserwatywne moralitety o tym, że wszyscy błądzimy, ale szukamy tego samego (dosłownie).


Szklankę wody na starość

Już na samym początku Love Is Blind padają słowa „łoże śmierci”, „samotność”, „starość”. Widmo końca życia pozbawionego opieki i troski będzie nieustannie unosić się nad programem. Love Is Blind to reality show (w programie używa się słowa „eksperyment”), który polega na tym, że uczestnicy dobierają się w pary na podstawie rozmów w „kabinach” (zapamiętajcie to słowo), nie widząc się wcześniej.

Koncepcja programu ma być odpowiedzią na kryzys współczesnych relacji, nieumiejętność budowania związków, a przede wszystkim powierzchowność kontaktów międzyludzkich. Uczestnicy krytykują aplikacje randkowe, które nie pozwalają ludziom się poznać i koncentrują się na wyglądzie. Tu ma być inaczej. Będą rozmowy, zwierzenia, bliskość (w kabinach), budowanie emocjonalnej więzi.


Wszyscy bohaterowie są oczywiście atrakcyjni w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Kobiety są szczupłe, mają gładką skórę, makijaż, mężczyźni przystojni, modni i z zarostem. Nie ma w Love Is Blind osób odbiegających od dominujących kanonów urody. Nie ma też ludzi o niskim statusie materialnym. Wybory ograniczają się więc do pytań: blondynka czy brunetka? Jest bezpiecznie. Nie można trafić źle.

Wbrew deklaracjom rzeczywistość, którą kształtują uczestnicy, jest przeniesieniem Tindera w świat 3D. Bohaterowie mówią o sobie to, co chcą, żeby potencjalni partnerzy o nich myśleli. Każda kobieta chce, żeby powiedziano o niej, że nadaje się na żonę, a każdy mężczyzna próbuje wykazać się takimi cechami jak odpowiedzialność. Jeden z bohaterów ma wytatuowany krzyż na piersi z miejscem gotowym na imiona dzieci. Czy to nie brzmi poważnie?

Uczestnicy wymieniają się grzecznościami, uprawiają small talk. „Jesteś ekstrawertykiem czy introwertykiem?” – pytają, a odpowiedź nie ma żadnego znaczenia. Toczą się rozmowy o jedzeniu, plany na ewentualne wspólne kolacje (kto nie widział nigdy wśród zainteresowań na Tinderze punktu „szamka”, niech pierwszy rzuci kamieniem), pojawiają się nawet elementy sextingu, z charakterystyczną dla wiadomości pisanych frazą, jakby żywcem przeniesione z ekranu smartfona i wypowiedziane na głos. Dziwnie? Dziwnie, ale to przecież „eksperyment”. Strasznie to wszystko nudne, ale może w życiu też jest nudne?

Kiedy dochodzi do spotkania na żywo, obywa się bez większych zaskoczeń. Pary, które dobrały się w kabinach, będą teraz budować relacje w kontakcie bezpośrednim. Refrenem Love Is Blind są słowa „kocham cię”, które padają na zakończenie niemal każdego zdania, i mają utwierdzić widzów i uczestników w przekonaniu, że wszystko, czego doświadczają ci ostatni, ma znaczenie. Że to prawda.

Tinder pozwala przełamać społecznościowe bańki i podziały klasowe

Podglądanie par pracujących nad swoimi związkami (które mają zakończyć się ślubem, to właśnie ślub jest celem programu, celem relacji w ogóle – mówią twórcy show) napawa smutkiem, bo demonstruje kliszowość i umowność relacji damsko-męskich (w programie znalazło się miejsce wyłącznie dla par heteroseksualnych). Są pierwsze pocałunki, wątpliwości, dyskusje o związku, kryzysy, fochy. „Jestem szczęśliwa” – powtarzają nieustannie bohaterki. Gdyby przyznały, że może jednak nie są, znaczyłoby to, że popełniły błąd, podjęły złą decyzję. Nie mają wyjścia. Co powie rodzina? Jeszcze nigdy szczęście nie było takim przymusem.

W programie pojawiają się trzy problemy, które mają (chyba) pokazać, w jak konserwatywnym świecie żyjemy: rasa (czarna dziewczyna i biały chłopak, z którego zaakceptowaniem ma problem jej rodzina), orientacja seksualna (biseksualny uczestnik) i różnica wieku (partnerka starsza o dziesięć lat od partnera), w tle jako wstydliwy problem miga też niski wzrost jednego z uczestników. W ten sposób twórcy po raz kolejny przypominają o tradycyjnych wartościach i antywartościach, kanonach urody, normach. Biseksualny chłopak bardzo szybko odpada z programu, a niewysoki Mike nie znajdzie miłości aż do samego końca.

„Tinder staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra”

Jedne z najciekawszych momentów obrazują sentymentalne podróże w czasy, kiedy bohaterowie nie mogli się jeszcze zobaczyć. „W kabinie byłeś inny” – słyszymy i wiemy już, że rzeczywistość nigdy nie dorówna wyobrażeniom. Bohaterowie ciężko pracują nad swoimi związkami (tak, we wszystko w tym świecie musi być włożona żmudna praca), prowadząc rozmowy z innych pokoi. Symbolicznie przenoszą się do sfery „przed”, do świata fantazji, tam szukają ukojenia. Za czasów kabiny było lepiej.

Love Is Blind ma pokazać, że istnieją wartości ważniejsze niż wygląd, atrakcyjność seksualna. Pokazuje jednak grę i rutynę. Dawno nie widziałam obrazu, który tak mocno uderzałby w instytucję małżeństwa, relacji, związku, uczuć. Co oznacza miłość, jeśli można (można?) ją wygenerować za pomocą kilku pustych gestów, przypadku i potoku nic nieznaczących słów. Nihilistyczny wymiar tego programu bierze się ze zgody na warunki, z akceptacji reguł gry, pozornego wyboru. Jak pisał Schopenhauer: tak, masz wolną wolę, możesz wybrać, czy pójdziesz w prawo czy w lewo, więc jesteś wolny. A co z samym aktem woli? Czy w ogóle chcesz gdzieś iść? I tak, oni naprawdę biorą śluby. Oczywiście nie wszyscy, ale ma być jak w życiu, a w życiu nie zawsze udaje się zbudować „zdrową relację”. Nie ma tak dobrze.

Wydaje nam się, że coś powinno nas kręcić, bo tak napisali w gazecie [rozmowa z Natalią Trybus]

Jaką mamy godzinę?! Seksowną!

Jeśli w Love Is Blind zaklęciem miało być wyznanie „kocham cię”, to w Too Hot to Handle będą nim słowa „jestem podniecona” i „mam erekcję”. Na rajską wyspę trafia grupa najseksowniejszych ludzi na świecie – jak sami o sobie mówią. Wszyscy przyzwyczailiśmy się już do tego, że akcja reality show musi dziać się nad basenem, w cieniu palm, w pięknym, egzotycznym i niedostępnym dla wielu widzów miejscu. Ciała bohaterów tych programów stanowią jeden z elementów kolorowej fototapety, przestają być cielesne. To panorama kształtów i kolorów pozbawiona takich rys jak kompleksy, starość, choroby. Ciała tak bardzo doskonałe, że aż przezroczyste, ciała-duchy.


Uczestnicy i uczestniczki chyba nie do końca wiedzą, po co znaleźli się w programie, ale na pewno, żeby się tam znaleźć, musieli się wykazać atrakcyjnością i bogatym seksualnym doświadczeniem. Ich wywodom towarzyszy ironiczny, czasem wręcz złośliwy komentarz narratora. Uczestnicy są młodzi, piękni (oczywiście znów w bardzo standardowy sposób), mają po 3 tysiące followersów na Instagramie i lubią seks bez zobowiązań. „Ile miałeś partnerek seksualnych?”. „Już nie liczę”. Ciała i osobowości stworzone do jednego – w końcu coś ciekawego! Po przegadanym Love Is Blind wreszcie szansa na akcję. Żadnej moralności! Żadnych zasad! Ruchanie! Tak, to ostatnie słowo pada w programie.

A jednak: płonne nadzieje. Bo tak jak de Sade w Justynie, czyli nieszczęściach cnoty przekonywał nas, że dusza jest sztucznym terminem, wymyślonym, żeby zniewolić ciało, tak twórcy Too Hot to Handle będą próbowali napompować opalone i niespokojne ciała uczestników duszą. Ale po kolei.

Osoby biorące udział w programie mają czas na flirty (dość odważne), obejrzenie ciał potencjalnych partnerek i partnerów (znowu hetero), żeby za chwilę usłyszeć: „hola hola, nie po to tu jesteście!”. Ideą programu jest zakaz, kontrola oraz samoograniczenie. Bohaterowie dostaną pieniądze za to, że nie będą uprawiać ze sobą seksu, nie będą się całować. Zakazem objęta jest również masturbacja.

W Too Hot to Handle wznosi się toasty za pięknych ludzi i za seksownych ludzi. Seks jest tu jedynym tematem rozmów, bohaterowie i bohaterki nieustannie powtarzają, że są podnieceni, i mówią o tym, z kim poszliby do łóżka. Można mówić, mówić, mówić, ale nic więcej. Fantazje bohaterów mają dość ograniczone spektrum, poruszają się po znanych koleinach, nie dotykają żadnego tabu. Seks, całowanie, przytulanie. Wystarczy. Wszystko ma swoją cenę (nielegalny pocałunek – 3 tysiące dolarów), bohaterowie więc cierpią. „W normalnym świecie poznajesz kogoś i od razu idziesz z nim do łóżka” – mówią.

„Prezerwatywa? Po co? Przecież jestem zdrowy”

Nieustanne podniecenie staje się ich rolą, przymusem, najważniejszym elementem tożsamości. Jeśli ich głowy zaprzątają jakieś inne problemy (a na pewno zaprzątają), to są głęboko skrywane, stanowią tu tabu. W filmie Dziura w sercu Lukasa Moodyssona jest scena, w której aktor porno podczas stosunku wyobraża sobie łąkę, słońce. Jest zupełnie gdzie indziej. Gdzie tak naprawdę są hiperseksualni bohaterowie reality show? Tego się nie dowiemy.

Jeśli ktoś dał się nabrać (tak jak np. ja) i myślał, że Netflix proponuje nam opowieść o hedonistycznym świecie, w którym przyjemność jest wartością samą w sobie, poza dobrem i złem, to bardzo mi przykro. Nic bardziej mylnego. Udział w programie ma być dla uczestników formą terapii. Ma ich nauczyć budowania zdrowej relacji, szacunku. Człowieczeństwa? Warsztaty siostrzeństwa, warsztaty szacunku i miłości do swojej joni, elementy New Age. Wszystko to podawane w formie rozkazów wszechwiedzącej Lany, czyli mówiącej lampki. Ten nowoczesny przedmiot ma tu być chyba symbolem ucieczki od zwierzęcych instynktów. To technologia pomaga ludziom stać się prawdziwymi ludźmi.
Na końcu wygrywają wszyscy. Nauka nie poszła w las. Uczestnicy opuszczają wyspę jako lepsze, bardziej wrażliwe jednostki. Już nie są zgrają zwierząt myślącą tylko o jednym. Przyjechali po bezsensowny seks. Znaleźli miłość.

„Nadal czuję do ciebie to, co dwa dni temu” – mówi uczestniczka jednego z programów. Nie ma w sumie większego znaczenia którego. Wszyscy mówią to samo. Love Is Blind i Too Hot to Handle to dwie strony tego samego medalu. To głęboko konserwatywny moralitet o tym, że wszyscy błądzimy, ale szukamy tego samego (dosłownie), wszyscy mamy takie same potrzeby, podobają się nam tacy sami mężczyźni i takie same kobiety, chcemy mieszkać w takich samych domach i nosić takie same sukienki, mamy takie same marzenia i obawy. W ogóle wszyscy są tacy sami. Siedem i pół miliarda takich samych ludzi. I dwa reality show na Netfliksie. Wystarczy? Wystarczy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Emilia Konwerska

| Publicystka, krytyczka literacka i filmowa
Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwo, publicystka, krytyczka literacka i filmowa. Współpracuje z "Magazynem Osiem Dziewięć" i "Krytyką Polityczną". Mieszka w Olsztynie.