Film

Wszystko będzie dobrze [o filmie „Gniazdo”]

Dopóki Allison udaje, że wierzy w kłamstwa męża, dopóki się uśmiecha i nie interesuje za bardzo kulisami jego kariery, dopóty wszystko jest w porządku. Ogromna posiadłość, elegancki samochód, futra. Kiedy okazuje się, że konta są puste, a rachunek za telefon od dawna niezapłacony, wszystko staje się jasne. „Gniazdo” Seana Durkina to najciekawszy od dawna film o kapitalizmie.

Allison (Carrie Coon) i Rory O’Hara (Jude Law), mały Ben i nastoletnia Sam, córka Allison z pierwszego małżeństwa – to rodzina idealnie piękna i pogodna; zaśmiewają się, jedząc wspólnie śniadanie, grają razem w piłkę. Poznajemy ich w momencie, kiedy przenoszą się ze Stanów do Wielkiej Brytanii. Są lata osiemdziesiąte, dokładniej – 1986 rok, moment deregulacji brytyjskich rynków. Widzimy ogromny wiktoriański pałac, który ciężko pracujący mąż i ojciec wynajął dla swojej rodziny, zabytkowe meble, najlepsze szkoły. Świat, w którym każdy chciałby żyć.


Dzieci Rory’ego mają lepiej, niż miał on sam, niczego im nie brakuje. Nikomu jednak nie odważą się powiedzieć, że boją się nowego domu, że są prześladowane w szkole, nie lubią swojego życia. Nie są szczęśliwe w świecie, który urządził dla nich ktoś inny.

Rory decyduje o wszystkim, zarabia, ma ambicje, chce więcej i więcej, jego apetyt nie ma końca. Wraca do Londynu, miasta, w którym się wychował, ze swoją wizją prowadzenia biznesu – zrobić wrażenie, dać się kupić większemu i szybko zarobić, umknąć przed kryzysem, chociaż na chwilę. „To przyszłość wolnego rynku” – mówi, a kiedy słyszy „nie”, wpada w szał. Kiedy jego przełożony, przedstawiciel starej szkoły prowadzenia biznesu, mówi, że firma jest silna, gdy przetrwa kryzys, wiemy, że się myli. Że Rory, uosabiający nowy kapitalizm, oparty na innych zasadach, najprawdopodobniej ma rację. Teraz przegra, ale za jakiś czas wygra. Jeśli tę grę w ogóle ktokolwiek może wygrać.

Rory uważa, że zasługuje na lepsze życie. Chce mieszkań na całym świecie, podróży, spektakli teatralnych, chce imponować, chce być kimś. Jest doskonałą metaforą systemu, który nigdy nie zadał sobie pytania: „po co?”. Najlepszy świat z możliwych, który tworzy Rory (którym jest Rory), okazuje się kolosem na glinianych nogach. Pracownicy, którzy budują stajnię dla konia (stojący od konia niżej w hierarchii ważności, uciszani, żeby nie rozpraszać zwierzęcia), nie dostają zapłaty za wykonaną pracę i to oni są pierwszymi ofiarami. Wolnorynkowy domek z kart spektakularnie się sypie, a reżyser buduje napięcie, którego nie powstydziłby się niejeden twórca horrorów.

Można więc nazwać Gniazdo dreszczowcem o wolnym rynku. Oglądając go, wiemy, że to wszystko nie może się skończyć dobrze. Tylko czemu nie wiemy tego w prawdziwym życiu? Durkin mówi, że wszyscy żyjemy na tykającej bombie. Nie mówi o tym, że dług korporacyjny w tym roku wzrośnie do 9,3 biliona dolarów – informuje o tym pierwszy wynik wyszukania w Google’u – ale przecież domyślamy się, że historia nie dotyczy rodziny O’Hara, dotyczy nas wszystkich, świata, w którym żyjemy i który zbudował dla nas ktoś inny.

To, że rodzina nie ma pieniędzy, odkrywa Allison, to ona się martwi, to ona zaczyna pracować w sąsiednim gospodarstwie. Kiedy na wystawnej kolacji z inwestorami Rory stara się być uroczy, udaje, gra kogoś, kto odniósł sukces, ona na pytanie o to, czym się zajmuje, odpowiada: „Sprzątam gówno w chlewie”. I jest to prawda. Praca fizyczna, w dodatku taka, nie jest możliwa w świecie ludzi „lepszych”, jej wyznanie kwituje więc pełen zażenowania śmiech. Nie ma większego tabu niż nieoczekiwana bieda. „Człowiek może być spłukany od czasu do czasu (komu się to nie zdarzyło?), ale nigdy nie jest tak biedny jak naprawdę biedni ludzie: wszy, braki w uzębieniu i tak dalej. Geny by na to nie pozwoliły” – pisze David Sedaris w książce Calypso. Tylko że Rory’emu „geny” pozwalają. On nie chce życia niższej klasy średniej. Nie chce tego, co zna z dzieciństwa spędzonego z pijącym ojcem; z dumą mówi, że nie bije swoich dzieci.

10 minut po śmierci

„Kobiety kiedyś nie zadawały pytań, na które nie chciały słyszeć odpowiedzi” – mówi szef Rory’ego, a matka Allison radzi jej nie interesować się za bardzo pracą męża i finansami rodziny, nie szukać sensu. „Nikt się nie będzie martwił, jeśli ja nie będę” – odpowiada bohaterka i wiemy już, że to jedyne, co my wszyscy możemy zrobić – martwić się. Decyzje zapadają gdzie indziej. Allison reprezentuje pokolenie kobiet pomiędzy. Nie pozwoli się bić, ale jednak zaakceptuje decyzje męża (co wytknie jej córka, już inna), przynajmniej do pewnego czasu. To ona, ta, która się przejmuje, widzi problemy, staje się w domu złym policjantem. Jest partnerką w nieszczęściu. Dochodzi do napięć pomiędzy nią a dziećmi, które dostrzegają jej niepokój i nie chcą fałszywych pocieszeń. A tata wraca do domu z uśmiechem, mówi, że wszystko będzie dobrze, przytula. Czy i nam nie jest bliższy opalony, uśmiechnięty mężczyzna z białymi zębami, model z reklamy sklepu wiszący na centrum handlowym niż nadęta koleżanka ze słabo płatnej pracy?

Nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że nie będzie dobrze, wszyscy chcemy wierzyć, że jednak będzie. Rory jest uosobieniem takiej obietnicy. Nieustannie czeka na dużą transakcję, na przelew, na wypłatę, na okazję. Rory to marzenia klasy aspirującej, klasy, która pretenduje do lepszego świata. Na pytanie taksówkarza, czym się zajmuje, nie odpowie od razu. Po zastanowieniu będzie musiał przyznać, że udaje bogacza. Kierowca zapyta wtedy: „To chyba bardzo ciężka praca?”. Reżyser doskonale portretuje sukcesizm, prawdę o tak zwanej karierze, wypranej z zasad, moralności. Jude Law uśmiechający się sztucznie i szaleńczo tylko po to, żeby za chwilę zacisnąć pięści, jest tego przerażającym i wspaniałym symbolem.

Nie wypruwaj sobie żył w pracy – i tak nic z tego nie będzie

Śmierć ukochanego konia Allison jest jak znak. Coś się kończy. Wszystko, w co wierzyliśmy, okazało się kłamstwem. W finale Gniazda wszyscy członkowie rodziny są osobno, każdy w swoim prywatnym piekle. Nic się nie udało. Ten martwy koń wychodzi spod ziemi, nie da się go zakopać. Ile już było takich martwych koni? I czy ostatni nie nazywa się koronawirus? To właśnie przez niego okazało się, że po miesiącu lockdownu zadłużone biznesy muszą walczyć o przetrwanie lub bankrutują. Czy to nie było wystarczającym sygnałem, że coś poszło nie tak?

W filmie jest jednak pewna nadzieja. W ostatniej scenie rodzina znów je razem śniadanie. Nic nie jest takie jak dawniej. Ojciec, ten system, ten świat – przegrali. Ale może to dobrze. Ostatnie słowa, jakie padają w filmie, brzmią: „Przestań, Rory”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Emilia Konwerska
Emilia Konwerska
Publicystka, krytyczka literacka i filmowa
Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwo, publicystka, krytyczka literacka i filmowa. Współpracuje z "Magazynem Osiem Dziewięć" i "Krytyką Polityczną". Mieszka w Olsztynie.
Zamknij