Kinga Dunin czyta

Dorota Masłowska maluje płot

Fot. Wydawnictwo Literackie, Medicine. Edycja KP.

Gdzie też nie było Masłowskiej! Mińsk, Moskwa, Chiny, Montreal, Kuba, Polska w tę i we w tę, i to też nie wszystko. Tylko z rzadka są to wakacje albo turystyka. Powiedzmy sobie uczciwie: mówimy tu o pracy, chociaż autorka nie używa takiego określenia, tylko nazywa podobnych sobie literackich wędrowców akwizytorami. Kinga Dunin czyta „Jak przejąć kontrolę nad światem 2”.


Dorota Masłowska, Jak przejąć kontrolę nad światem… 2, Wydawnictwo Literackie 2020

Masłowska Jak przejąć kontrolę nad światemWiadomo, jak to działa. Autor stwarza książkę, a potem książka stwarza autora.

Słowa, słowa, słowa… Wyliczanki, porównania, redundancja… Czasami jest to nużące. Przyznaję, że nie czytam felietonów Doroty Masłowskiej, bo są za długie, ale i tak podziwiam wydajność i literacką sprawność. Ten pociąg, wagon za wagonem, dziarsko mknie przed siebie, od czasu do czasu jest też wagon restauracyjny, w którym serwuje się naprawdę dobry dowcip, inwencję językową czy bystrą obserwację.

Nieczytanie felietonów ma tę zaletę, że nie będę narzekała na odgrzewane kotlety, za to postaram się zobaczyć całość, którą znajdziemy pod mylącym tytułem: Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu (przynajmniej na okładce widzimy pełen tytuł). Mylącym, bo duża część tej książki jest o próbie zgłębienia świata widzianego, kiedy jednak autorka była zmuszona ten dom opuścić. W domu Masłowska ogląda głupie seriale, z których ładnie się natrząsa, oraz czasem chyba coś czyta. Na przykład przeczytała już cztery strony Ksiąg Jakubowych. Brawo! Kto nie ma na sumieniu tracenia czasu na przeglądaniu, jaki by tu serial zobaczyć na Netfliksie, po czym brakuje mu już go na zobaczenie jakiegokolwiek serialu, niech pierwszy rzuci kamieniem. W każdym razie mnie się to też zdarza, a przy łóżku kurzy się kolejny Bernhard.

Polki piszą

czytaj także

Zostawmy jednak domowe życie autorki i wybierzmy się z nią najpierw w świat, a potem na zakupy.

Gdzie też nie było Masłowskiej! Mińsk, Moskwa, Chiny, Montreal, Kuba, Polska w tę i we w tę, i to też nie wszystko. Tylko z rzadka są to wakacje albo turystyka. Powiedzmy sobie uczciwie: mówimy tu o pracy, chociaż autorka nie używa takiego określenia, tylko nazywa podobnych sobie literackich wędrowców akwizytorami. To tacy, „którzy jeszcze wczoraj byli na Festiwalu Poezji w Mozambiku, dziś już są na Conradzie, jutro w Bremen, a pojutrze na Spitsbergenie”. Wiadomo – Pynchon, emblematyczna figura pisarza, który bezwzględnie chroni swoje życie prywatne i nikt o nim nic nie wie, to niezwykle rzadkie zwierzę. Dziś pisarki i pisarze, w każdym razie ci przynajmniej nieco bardziej znani, są pewnego typu celebrytami. Ich praca polega nie tylko na pisaniu książek – czasem szkoda! – ale także na spotkaniach, czytaniach, panelowaniu, festiwalach, udzielaniu wywiadów itp. Domy kultury, teatry, biblioteki, social media… A rynek dóbr kultury tak działa, że bywa to całkiem istotna część ich zarobków.

Piszą samotnie, walczą wspólnie

Trudno mieć o to pretensje – każdy orze jak może, a jak nie może, to zazdrości. Nie wystarczy, że ktoś napisze piękną, porywającą książkę, albo, częściej, przyzwoitą, albo jakiś chłam, którym uwiedzie czytelniczki – to wszystko wymaga opakowania, twarzy i ciała autora, jego prywatności na sprzedaż i publicznej obecności.

Poza tym to cały przemysł, przytuleni do twórców zarabiają też organizatorzy, prowadzący, całe logistyczne zaplecze tych operacji. Najczęściej są to fundusze publiczne. Ja chyba wolałabym, żeby pieniądze te przeznaczać np. na stypendia pozwalające literatkom na spokojne pisanie. Ale nikt mnie nie pyta, co wolę. Jest jak jest. I nie dziwię się, że swój los akwizytorki Masłowska opisuje w tonie doprawionego humorem i autoironią, ale jednak użalania się nad sobą. Cóż, nie każdy musi lubić swoją pracę i nie każdy, jak Tomek Sawyer malowanie płotu, musi ją zachwalać jako przyjemność.

Masłowska nazywa swój los tułaczym. Ciągle w drodze, wciąż nowi ludzie – albo zbyt przyjacielscy, albo przeciwnie – niezajmujący się zaproszonymi gośćmi, nudne przyjęcia, gadki szmatki zwane dziś small talkiem. Tułaczowi „więdną bukiety rzucone obok kolejnej koszmarnej torby festiwalowej (katalog, dziesięć ulotek, plakietka, przypinka, tomik niechcianej poezji, broszura, krówka, koszula za brzydka nawet do spania)”. Chociaż oczywiście Masłowska zdaje sobie sprawę, że nie jest to taka zła pozycja. „Jestem tułaczem na swój sposób uprzywilejowanym: z noclegiem, z biletem, z obiadem. Najczęściej w obrządku jest jakaś celebracja mojej osoby, czeka kierowca; jestem szanowaną panią…” Ma to jednak pewne konsekwencje poznawcze. „Rzeczy dzieją się w pośpiechu, chaotycznie, niedożyte i niewybrzmiałe, kumulują się, nie tworząc żadnej opowieści”.

I to by się przeważnie zgadzało: są to powierzchowne obserwacje pani z klasy średniej, która jeździ sobie po świecie i się dziwi: o, Chińczycy mówią po chińsku i nie da się ich zrozumieć. Białoruskie Liosze i Wańki dziwnie jedzą, tańczą nie tak jak trzeba i mają takie badziewie w sklepach! I robią dużo dziwnych tortów. Rzeczywiście białoruskie torty robią wrażenie! Na Kubie bieda i ohydne jedzenie, ale za to prawdziwe życie, takie analogowe. Szwedzi chodzą w dobrych garniturach, a Litwini mają płowe wąsy.

Znam osoby, które w związku z jej różnymi opisami krajów biedniejszych gotowe są uznać Masłowską za rasistkę, szczególnie po sprawozdaniu z doświadczeń kubańskich. E tam, to taka praca i takie są jej konsekwencje. Dokądkolwiek się pojedzie, tam jest trochę strasznie, trochę śmiesznie, sowsiem kak tigra jebat’. Ale głębiej już zajrzeć się nie da, bo trzeba wziąć udział i zaraz jechać dalej. Mnóstwo ludzi wokół, a jednocześnie samotność…

Można uznać ten rodzaj pracy twórców za piękne dzieło promowania kultury, może wspierania środowisk twórczych, ale patrząc z innej strony, to zwyczajnie część marketingu i komercjalizacji kultury. Dopisywanie ideologii do malowania płotu. Taki artwashing? Maja Staśko może sobie pisać i pisać, że twórcy to po prostu pracownicy, malują płoty. Jednak w powszechnym odczuciu jest to coś więcej. Poniekąd podzielam to odczucie. Coś więcej również dlatego, że Masłowska potrafiła to opisać i zrobić z tego książkę. Która teraz będzie pewno intensywnie promowana. Interes się kręci.

Światowy Dzień Pracownic i Pracowników Poezji

Wydawałoby się, że kiedy z wyżyn kultury zejdziemy niżej, do świata bardziej materialnego, to będzie to wyglądało nieco inaczej. Czy rzeczywiście? Teraz wybierzmy się z nią na zakupy tekstylne. Masłowska prowadzi nas od najelegantszych sklepów, gdzie towary i sam akt zakupu są uwznioślone przez wytworną elegancję, a nawet można użyć do tego literatury, a wręcz poezji, nawet Zagajewskiego, przez sieciówki, lumpeksy, bazary, aż do ciuchów, które można znaleźć na ulicy. Każde miejsce ma swoją poetykę i sensy. Ale w sumie – pomińmy ulicę – sprzedaje się tam prawie to samo.

Znajdziemy tam ubrania. „Szyte za ułamki centów, (które) nie mają właściwie żadnej wartości”. Ja oczywiście powiedziałbym, że mają wartość, tylko nieopłaconą wartość dodatkową, którą kradną kapitaliści. Ale zgadzam się, że w naszym świecie, tak jak pisze Masłowska, nabierają wartości dopiero opakowane w „marketingową baśń”. Odpowiednią narrację, wszystko to, co sprawia, że kupujemy je nie dla wartości użytkowej, ani nawet dla ich piękna, tylko dla szpanu. Dopiero gdy „słowami jak zaklęciami nada im się cechy, których być może wcale nie posiadają”. I dobrze, żeby były designerskie. Zaprojektowane przez znaną osobę. „To dziwne słowo wytrych otwierające serca (portfele) ludzi, którzy już są znudzeni sztampą…”

Całą tę wiedzę Masłowska postanowiła wykorzystać w praktyce, reklamując zaprojektowane przez siebie i Macieja Chorążego mało efektowne koszulki. Reklamując za pomocą parodii reklamy, z jasnym przekazem: to, co wam tu opowiadamy o produkcie, to bullshit. Żart był taki sobie, ale też dość oczywisty. Jeśli ktoś za ten dowcip plus designerstwo chce zapłacić, powinien mieć świadomość, za co płaci. Spowodowało to oburz w jakiejś części lewicowej bańki – Masłowska taka niby krytyczna, a tu proszę, sprzedała się jakiejś sieciówce!

Burza po spocie z Masłowską. „Marketingowców zaskoczyło, że w 2020 r. ludzie nie mają beki z zaburzeń psychicznych”

Oburzu nie podzielam. Masłowska pomalowała płot, coś tam wymyśliła, wzięła udział w spocie reklamowym – rynek wyceni ten wysiłek. Ale nie musimy traktować rynkowych wyroków jak boskich, po prostu żeruje na naszych pragnieniach, snobizmach i głupocie. Natomiast w swoich badaniach nad zachowaniami konsumpcyjnymi posunęła się nieco dalej niż w felietonach. Pokazała, że kapitalizm jest tak cwany, że nawet antyreklama – te koszulki na pewno nie robią tego, co wam obiecujemy – może się w nim stać reklamą. Co nie jest wielkim odkryciem, ale na pewno można o tym napisać kolejny felieton.

Na koniec zaś – w ramach promowania książki – dodam, że są w niej bardzo fajne zdjęcia ilustrujące tekst.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".