Czytaj dalej

Chciałabyś, żeby Edyta Górniak wprowadziła cię na K2?

Fot. Tim Dennell/Flickr.com

Na stres wynikający z poczucia zagrożenia reagujemy dokładnie tak samo bez względu na jego źródło. Stany emocjonalne i reakcje biochemiczne są do siebie zbliżone bez względu na to, czy wyskakuje na nas z buszu nosorożec, czy właśnie rozpoczęła się pandemia – mówi podróżnik Tomasz Michniewicz, autor książki „Chwilowa anomalia. O chorobach współistniejących naszego świata”.

Joanna Wiśniowska: Co robi reporter podróżny, gdy zamykają się granice?

Tomasz Michniewicz: Naczelna zasada survivalu brzmi: „nie walcz ze światem”. Jeśli idę przez dżunglę i trafiam na rzekę, której nie dam rady przekroczyć, nie opłaca się próbować na siłę. Może lepiej będzie kawałek nią spłynąć lub poszukać miejsca, w którym przekroczyć ją będzie łatwiej. Przeciwności wykorzystuje się do swoich celów albo przynajmniej je obchodzi. Tę samą zasadę można stosować wszędzie. Więc jeśli reporter podróżny utrzymuje się z podróży, a staje się to niemożliwe, musi wymyślić coś innego.

Czyli na przykład pisze książkę?

I to nie o podróżach. Zresztą w moim przypadku podróże są tylko narzędziem poznawczym, a nie celem samym w sobie. Gdy lecę do Indii czy Zimbabwe, podróż nie jest treścią opisywanych przeze mnie historii. To tylko sposób dotarcia do informacji i bohaterów. Zajmuję się przetwarzaniem świata, opisywaniem go, bez względu na to, pod jaką szerokością geograficzną się znajduję.

Co zaciekawiło cię w tej „chwilowej anomalii”, której teraz doświadczamy?

Znajomy negocjator policyjny powiedział mi kiedyś: „Obserwuj ludzi, gdy wszystko wokół się wali. W chwilach kryzysu dużo można zobaczyć”. Podczas kryzysów ujawniają się różne słabizny, na które w czasie spokoju nie zwracamy większej uwagi. Przecież dobrze wiemy, że ochrona zdrowia kuleje i jest niedofinansowana, ale dopiero teraz, gdy lekarze protestują i brakuje miejsc, łóżek czy respiratorów, wszyscy zaczynają naprawdę to dostrzegać. Ciekawiło mnie, jakie inne słabizny fundamentalne i strukturalne obnażyła pandemia, ale również to, jak na poziomie indywidualnym postrzegamy kryzysową rzeczywistość, na jakie bodźce reagujemy, w jaki sposób i jak szybko zarażamy się emocjonalnie. Kryzysy, które pojawiają się znienacka i przybierają gwałtowną formę, są świetnym stress-testem wszystkiego wokół nas.

Przede wszystkim są jak historia, nikt nie wyciąga z nich wniosków.

Paul Romer, noblista z ekonomii, mawiał: „Kryzys to zbyt straszna rzecz, żeby go zmarnować”. Prof. Elżbieta Mączyńska, ekonomista, wykładowczyni SGH, mówi w mojej książce, że wszystkie wcześniejsze kryzysy finansowe i ekonomiczne zostały koncertowo zmarnowane. Jako społeczeństwo po kryzysie strasznie szybko dążymy, żeby jak najszybciej wrócić do znanego sobie status quo ante, normalności sprzed kryzysu. To nasz priorytet, a powinniśmy myśleć, co zrobić, żeby wyeliminować jego źródła. My, jako społeczeństwa, chcemy jednak głównie jak najszybciej o nim zapomnieć. Kryzys finansowy sprzed ponad dekady, który pozbawił pracy i domów wielu ludzi, nic nie zmienił. Wszystkie przesłanki, które do niego doprowadziły, nadal istnieją. Wręcz się zmultiplikowały.

Bińczyk: Na naszych oczach zatrzymała się hiperkonsumpcyjna gospodarka wzrostu

Dziwi to ciebie i twoich rozmówców?

Nie, nie dziwi. Trudno dziwić się rzeczywistości, którą znamy i obserwujemy, ale można się na nią nie godzić. I dostrzegam, że ta niezgoda staje się udziałem coraz większej liczby osób, bo przepaść między najbogatszymi i najbardziej wpływowymi a resztą tylko rośnie.

Obserwujesz to także podczas swoich podróży do Afryki czy Azji?

Tak, zwłaszcza w ostatnich 5–6 latach. Coraz więcej społeczeństw pokazuje swoje niezadowolenie i demonstruje, mimo że nie wiedzą, jak zastąpić obecny system, na co go wymienić. Być może dorastamy do jakiejś większej globalnej zmiany. Także te społeczeństwa określane mianem „krajów rozwijających się” czy „ekonomicznie nieprzystosowanych”. Ja, gdy o nich mówię, mówię o biednym globalnym Południu. Nigdy od żadnego rozmówcy w Ugandzie, Zimbabwe czy Bangladeszu nie usłyszałem życzenia, żeby nie mówiono o nich, że są biedni. Powtarzają mi: „Jeśli nie stać mnie na leki, to jestem biedny” albo: „Jeśli nie stać mnie na naukę mojego dziecka, to żyję w nędzy, a nie w ekonomicznym nieprzystosowaniu”. Po 17 latach podróży po krajach globalnego Południa mam wrażenie, że żyjemy w różnych światach. Każdy z naszych prekariuszy jest bogaczem z perspektywy tamtych ludzi.

Co w tych krajach zmieniła pandemia?

Jeśli mieszkasz na prowincji w Zimbabwe, jeden wirus mniej lub więcej nie robi żadnej różnicy. Nie ma znaczenia, czy twoje dziecko umrze na COVID-19, japońskie zapalenie mózgu czy gorączkę zachodniego Nilu. Życie w nędzy nie jest życiem, jest przeżyciem. Pandemia nie robi wielkiej różnicy. O wielu krajach Południa nawet nie można powiedzieć, że są nieprzygotowane do podjęcia walki z pandemią, one nawet nie mają możliwości reagowania.

Twoja książka dotyczy naszych krajowych problemów.

To książka o naszych, polskich reakcjach, choć w wielu przypadkach były one uniwersalne, bo papier toaletowy zniknął z półek zarówno u nas, jak i w Australii.

Ostolski: Spowolnienie, które jeszcze pół roku temu było niewyobrażalne, dzisiaj jest naszą rzeczywistością

Kim są twoi rozmówcy?

Chwilowa anomalia ma charakter kalendarium przeplatanego rozmowami. Z każdym dniem, tygodniem i miesiącem pojawiały się w dyskursie publicznym kolejne tematy, które zajmowały nas w taki czy inny sposób. Poprosiłem więc specjalistów i specjalistki, będących wiarygodnymi źródłami naukowymi, o zdystansowaną ocenę i wyjaśnienie różnych procesów. To 12 bardzo różnych obszarów tematycznych, od psychologa konfliktu szkolącego siły specjalne, przez politolożkę, klimatologa, analityka spraw międzynarodowych, profesorkę ekonomii czy socjolożkę, po preppersa.

Uśmieszek u mnie wywołuje preppers.

Powszechne wyobrażenie prepperingu oparte jest na historiach przekazywanych przez media, a te lubią wyciągać egzotyczne kwiatki i pokazywać je jako środek skali. Więc w głowach mamy preppering z perspektywy bogacza, który w Teksasie za 20 mln dolarów stworzył bunkier atomowy dla rodziny, wyposażony we wszystko, łącznie z PlayStation i lodówkami z piwem. Z tej perspektywy wygląda to zabawnie, a wręcz aberracyjnie. A tymczasem w prepperingu chodzi po prostu o przygotowanie planów awaryjnych, niekoniecznie związanych z wojną czy atakiem kosmitów. Chodzi o przyziemne wydarzenia, jak na przykład blackout, czyli brak prądu spowodowany suszą. A to już się dzieje w Polsce. To są rzeczy, z którymi z całą pewnością będziemy mieli styczność.

Piotr Czuryłło, preppers, z którym rozmawiam, pokazuje mi, że nie mamy umiejętności, które pozwalają nam przetrwać krytyczne pierwsze trzy dni. Chodzi o przemyślenie odpowiedzi na podstawowe pytania, na które aż głupio nie znać odpowiedzi. Gdzie się spotkasz z rodziną, gdy coś pójdzie nie tak? Dokąd wyjedziesz z miasta, jeśli będzie trzeba? Ile będziesz mieć pieniędzy, jeśli karty przestaną działać? Taki preppering robi się przy kuchennym stole z kartką i długopisem, myśląc o różnych scenariuszach, uwzględniając pewne warianty. Nie chodzi o bunkier w Teksasie.

Koniec pogody dla bogaczy

czytaj także

To chyba podejście bliskie osobie, która organizuje podróże?

Organizuję wyprawy w niegościnne środowiska, do dżungli, na pustynię. Tam człowiek skazany jest na siebie i na zasoby, które ma ze sobą. Te sytuacje wymuszają myślenie o potencjalnych planach awaryjnych, strategiach wyjścia. Ale ze zdziwieniem odkryłem, że z jakiegoś przedziwnego i niezrozumiałego dla mnie powodu nie stosuję tych samych praktyk w swoim życiu „cywilnym”.

To, że jesteś liderem wyprawy, pewne nawyki z podróży, mogą pomóc w czasie takich kryzysów jak pandemia?

Każdy lider czy liderka wyprawy to osoba, która musi w lot podejmować decyzje mające wpływ na szanse przeżycia lub śmierci innych osób, które nam zaufały. Na biegunie, w dżungli czy na pustyni błędy popełnione wcześniej po jakimś czasie okazują się krytycznie groźne. Więc tak, pewne reakcje i praktyki funkcjonowania w kryzysie taka praca pozwala oswoić.

Gdy wybuchła pandemia, zacząłem obserwować, jak reagują ludzie, którzy na co dzień nie doświadczają takiej pracy w obliczu poważnego zagrożenia. Ja z kolei miałem ten komfort, że po parunastu latach pracy, w której kryzys i zagrożenie są naturalnym środowiskiem, byłem w stanie złapać dystans i pokusić się o autoanalizę, ale i ocenić, jak reagują inni ludzie oraz jak powinienem się ustawić wobec ich reakcji. To był początek pisania książki. A ludzie reagowali przedziwnie. Pod moim domem przejechał na rowerze człowiek w masce przeciwgazowej, w marcu ulice wyglądały jak z filmu science fiction.

W czasie podróży ludzie zachowują się podobnie?

Na stres wynikający z poczucia zagrożenia reagujemy dokładnie tak samo bez względu na jego źródło. Stany emocjonalne i reakcje biochemiczne są do siebie zbliżone bez względu na to, czy wyskakuje na nas z buszu nosorożec, wrzeszczy na nas klient, zaraz do naszego biura wejdzie szefowa, bo zawaliliśmy deadline, czy właśnie rozpoczęła się pandemia. Z punktu widzenia organizmu to podobne sytuacje, jeśli nauczysz się reagować w jednej z nich, jednocześnie nauczysz się reagować w pozostałych.

Wolonturystyka. Szkodliwy biznes zbudowany na dobrych intencjach

Przez pandemię branża turystyczna oberwała prawie najbardziej. Ty piszesz książki, a jak radzą sobie twoi koledzy i koleżanki?

Próbują przeżyć i szykują się na gorsze czasy. Turystyka została pozostawiona sama sobie. Firma, z którą współpracuję, ma stratę rzędu 3 mln zł, a z tarczy dostała 9 tys. zł. Branża turystyczna nie bardzo ma pole manewru. Pewnie byłbym w stanie zgromadzić 10-osobową grupę desperatów, którzy koniecznie chcą jechać do Maroka na pustynię mimo pandemii, nawet jeśli wiąże się to potem z dwutygodniową kwarantanną po powrocie do Polski. Pewnie raz by się to udało, może i drugi raz też. Ale żeby przeżyć, potrzebujesz stałego modelu, który pozwoli się utrzymać, a nie one-offów.

Pandemia zmieni coś w turystyce? Zmieni się sposób podróżowania?

Moim zdaniem zmieni się jedynie wolumen, bo będzie mniej klientów chętnych do wydawania pieniędzy na dobro luksusowe, jakim są podróże turystyczne. Będzie mniej turystów, ale model podróży się nie zmieni. Zmianą jakościową byłoby przejście do samodzielnego podróżowania, mniej turystów pakietowych, a za to więcej podróżników, którzy z plecakami, na własną rękę odkrywają różne miejsca, bardziej starają się chłonąć świat niż dawać się po nim obwozić.

To się nie wydarzy i to z prostego powodu – turystyka masowa opiera się na dwóch fundamentalnych potrzebach, niedoborach. Pierwszy to bariera językowa. A drugi to niechęć, brak czasu lub wiedzy do samoorganizacji. Samodzielna podróż do Egiptu czy Tunezji nie jest fizyką atomową. Dlaczego więc wciąż relatywnie mało osób się na nią decyduje? Dlatego że wygodniej, szybciej i taniej jest oddać to w ręce zawodowców. Samodzielność wymaga własnej inicjatywy, wzięcia za siebie odpowiedzialności, także za popełnione błędy, a na miejscu poruszania się w obcym terenie, często przy barierze językowej. Niechęć do tego pcha ludzi w stronę turystyki masowej i pandemia tego nie zmieni.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

A może rzucimy się na podróże po Polsce, jak miało to miejsce na początku pandemii?

Turystyka lokalna będzie, a właściwie jest jednym z największych wygranych pandemii. Ludzie boją się wąskich gardeł takich jak lotnisko, pociąg czy autobus.

Co z popularnymi miejscami masowych podróży?

Mniej przejmowałbym się europejskimi miastami czy kurortowymi wyspami, które utrzymywały się z powodzi turystów, bez żadnego uszanowania dla potrzeb lokalnej społeczności. Wiele procesów odbyło się ich kosztem. To mnie nie boli zupełnie. Może jeśli takie miejsca upadną, to wróci normalność? Turystyka w swoim masowym wydaniu jest niezwykle niszczycielską siłą.

„Tourists go home”! Hiszpania ma dość turystów

Po rozmowach z ekspertkami i ekspertami sądzisz, że z chwilowej anomalii może wyniknąć coś dobrego?

Spodziewam się restytucji znaczenia nauki w naszym świecie. Teraz mamy do czynienia z upadkiem autorytetów. Na równi z nimi stawia się piosenkarki i aktorów, którzy bardzo chętnie zabierają głos w sprawie pandemii. Może dojdziemy do tego, że nie każdy, kto mówi głośno, powinien się wypowiadać na dany temat?

Na trasie w dżungli czy na pustyni pewnie większość nie zaufałaby opiniom Edyty Górniak?

Właśnie, czy chciałabyś, żeby Edyta Górniak wprowadziła cię na K2?

**

Michniewicz Chwilowa anomalia

Tomasz Michniewicz – podróżnik, dziennikarz, reportażysta i organizator wypraw. Autor pięciu nagradzanych reportaży książkowych, programu Inny świat w telewizji TTV i audycji Reszta świata w radiowej Trójce. Laureat m.in. nagrody National Geographic „Traveler”, czterech statuetek na festiwalu sztuki mediów i podróży Mediatravel oraz nagrody Osobowość Roku. Członek jury Kolosów, najważniejszej nagrody podróżniczo-eksploratorskiej w Polsce, oraz Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic. Chwilowa anomalia ukazała się w listopadzie nakładem Wydawnictwa Otwarte.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Wiśniowska
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka
Dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto” i „Wysokimi Obcasami”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, newonce.sport i magazynie „Kopalnia. Sztuka Futbolu”.
Zamknij