Czytaj dalej, Weekend

W powszechnej opinii samorząd nam się udał

Wiem, że niewiele rzeczy tak nam się udało po 1989 roku jak samorząd. Opisujemy to w mediach ogólnopolskich, relacjonujemy. Gdyby nie samorządowcy, nie zrobilibyśmy takiego skoku. Mój rozmówca nie wytrzymuje, wybucha śmiechem. – Mnie też bawi, co wypisują dziennikarze z Warszawy. Fragment książki „Lokalsi. Nieoficjalna historia pewnego samorządu”, która ukazuje się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.

Biały kościół pw. Świętego Lamberta góruje nad okolicą. Lekkie naturalne wzniesienie, na którym lata temu go posadowiono, w ciągu dziesięcioleci obrosło betonem, ten beton z czasem rozlał się po okolicy, zaanektował okoliczne ulice, tutejsi mówią, że wkrótce pochłonie usytuowany niżej, przylegający do kościoła, plac 3 Maja. Nazywają go rynkiem, mimo że z handlowaniem od dawna nie ma nic wspólnego. Kiedyś centralny punkt miasta, dziś – opustoszały, biedny placyk, choć jeszcze pełen zieleni. Centrum zmieniło lokalizację, przeniosło się na górkę, na Osiedle Tysiąclecia, tam mieszka więcej niż jedna trzecia kurczącej się populacji. Napływowi. Przyjechali w PRL-u, by budować przemysłowe Radomsko. Gdy już się rozpędzili, walnęli w mur ustawiony znienacka przez Balcerowicza.

Tak mówią.

Nie mówią, że to miasto zbudowali Niemcy, Francuzi, Żydzi i komuniści. Niemówienie jest tu stanem naturalnym.

Radomsko Fot. Mariusz Kucharczyk/flickr.com

*
Radosław Pigoń też nie chce mówić. Długo go namawiam. Nie to, że się boi, on z tych twardych, ale walka walką, a rodzina rodziną.

Było tak:

Siedzą w salonie. Leniwy wieczór, odpoczynek po pracy. Coś tam dziwnie chroboce, mówi żona. On wychodzi sprawdzić. Samochód stoi w ogniu, płomienie zajmują sprzęty w garażu. Łapie za kluczyki, w ostatniej chwili wyprowadza z garażu drugie auto. Straż pożarna przyjeżdża w kilka minut, trzy jednostki gaszą pożar przez trzy godziny.

Potem się okaże, że dwa dni wcześniej ktoś odciął zasilanie do bramy wjazdowej i można było otworzyć ją z zewnątrz.

Jest listopad 2015 roku, późne popołudnie, Radosław Pigoń ma 51 lat, specjalizację z ginekologii i właśnie mi opowiada, dlaczego rezygnuje z funkcji dyrektora szpitala. Siedzimy w jego gabinecie na parterze nowego budynku przy ulicy Jagiellońskiej, którego budowę zaczęto jeszcze za komuny, a ukończono dopiero za jego kadencji. Trudno nam idzie rozmowa. Pigoń jest zdenerwowany, ja nie naciskam, dużo mamy pauz i nieokreślonego milczenia. Opowiada o szpitalu, odziedziczonych po poprzednikach długach, restrukturyzacji, nowych kontraktach, które udało mu się zdobyć. Ale też o konfliktach z pracownikami, groźbach strajku, procesach za zwolnienie z pracy.

– Nie uciekam – zastrzega kilka razy – ale nie mogę narażać rodziny na niebezpieczeństwo.

Radomsko Fot. Mariusz Kucharczyk/flickr.com

Podpalili go miesiąc wcześniej. Nie od razu do niego to dotarło. Pamięta, że następnego dnia rano odruchowo wziął kluczyki i dopiero po chwili przypomniał sobie, co się stało. Funkcjonował w miarę normalnie jeszcze przez kilka dni, policja robiła swoje, on załatwiał sprawy z ubezpieczalnią, aż przyszedł moment, gdy trzeba było wywieźć wrak samochodu. Wtedy zrozumiał. Złożył wymówienie.

Policja umarza sprawę. Biegły nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, jakie były przyczyny pożaru – podpalenie czy zapłon uszkodzonej wiązki elektrycznej. W uzasadnieniu funkcjonariusz pisze, że samochód „nie stanowił większej wartości”.

Pigoń się nie odwołuje, choć w rozmowie z dziennikarzami przyznaje, że umorzenie go dziwi. Wraca do praktyki lekarskiej.

Nie można wszystkich przenieść do Warszawy czy Krakowa

Trzy lata później, w kwietniu 2019 roku, prokuratura krajowa w enigmatycznym komunikacie dla Polskiej Agencji Prasowej informuje o zarzutach wobec częstochowskiego prokuratora Cezarego F. W nowomowie prokuratorskiej brzmi to tak:

„Wszedł w porozumienie ze swoim znajomym Tomaszem B., którego celem było znalezienie osób skłonnych podjęcia się pobicia osoby, z którą prokurator był skonfliktowany. Zgodnie z założeniami, wskutek działań wykonawców zlecenia, osoba miała wylądować na wózku inwalidzkim”.

W ramach zapłaty prokurator miał opracować dla bandytów pisma procesowe dotyczące przerwy w wykonaniu kary oraz zamiany kary z więzienia na zawiasy.

Do realizacji zlecenia nie dochodzi, jego wykonawcy zostają zatrzymani przez policję. Powinni wrócić z przepustek do celi, ale nie wracają. No to ich dowożą.

Radomsko Fot. Mariusz Kucharczyk/flickr.com

Informacja pojawia się w ogólnopolskich mediach, wzbudza krótką sensację, po kilkunastu minutach zostaje wyparta przez następną.

Informator podrzuca mi trop. Sprawdzam.

Poszło o robotę żony prokuratora. Pracowała w radomszczańskim szpitalu od 2011 roku. Ściągnął ją z Częstochowy Pigoń, gdy tworzył oddział neurologii i pododdział udarowy. Pełniła obowiązki ordynatora. Gdy szpital ogłosił konkurs na to stanowisko, żona prokuratora wystartowała. Też się zdziwiła, że przegrała.

W czerwcu 2014 roku Cezary F. stawia się na sesji rady powiatu radomszczańskiego jako gość zaproszony przez opozycyjnego radnego. Przedstawia się na bogato: prawnik, prokurator Prokuratury Okręgowej w Częstochowie, kurator wydziału śledczego oraz prokurator prowadzący postępowania tak zwane zagraniczne. Nikt nie wie, co to te „postępowania zagraniczne”, ale chyba powinny robić wrażenie. Nie robią.

Cezary F. dostaje mikrofon, głos i mówi. To jego żona zbudowała oddział od zera. To ona ściągnęła lekarzy. Przez cały okres pracy nie było do niej żadnych uwag, a do startu w konkursie namawiał ją dyrektor. Konkurs przeprowadzono niezgodnie z prawem, z błędami formalnymi i proceduralnymi. Wcale nie chce, by jego żonę przywrócono do pracy, przyszedł tylko, by wskazać radnym uchybienia w postępowaniu konkursowym.

Obecny na sesji Pigoń odpiera zarzuty. Przewodniczący rady zawiadamia prokuraturę o zastrzeżeniach prokuratora, ta podejmuje czynności, ale niczego nie potwierdza. Cezary F. kontaktuje się jeszcze z kilkoma samorządowcami i szuka pomocy, bez efektów.

A potem zleca pobicie dyrektora, jak twierdzi prokuratura.

Tak tu się dba o robotę.

Gminne gazety to narzędzie propagandy lokalnych władz

*
– Naiwniak.

Niby zajmuje go kawa, sypie cukier, jedna łyżeczka, druga, miesza z uwagą, ale kątem oka zerka. Bada reakcję? Bawi się?

Obserwuje. Wypija łyk, odstawia kubek.

– Naiwniak – powtarza.

– Uważa pan inaczej?

– Tu nie ma uważania, tu są realia – mówi. – Nikt, absolutnie nikt, nawet szmaty, nie dostanie zatrudnienia, jeśli nie zostanie przez kogoś wprowadzony.

Szmaty? Niezręcznie mu wyszło.

– No… – plącze się – najgorsze stanowiska. Sprzątaczki, kierowcy. Tak się mówi.

Jest radnym kilku kadencji, funkcyjnym, w samorządzie od lat, to wie. Takich oficjalnie nie ma co pytać, gadka na okrągło, nudna akademia, dużo pompy, zero treści. Trzeba siąść przy kawce. Wystarczy, że znika nazwisko, a mówią, nie przemawiają.

Radomsko Fot. Mariusz Kucharczyk/flickr.com

W sumie spotkaliśmy się też tak zapoznawczo. Od kilku miesięcy jestem wydawcą lokalnej „Gazety Radomszczańskiej”, tygodnika z ponaddwudziestoletnią historią. Kursuję między Radomskiem a Warszawą, kilka dni tu, kilka tam. Radomsko to moje rodzinne miasto, na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechałem stąd na studia. Moje miasto, a już od dawna nie moje. Inni ludzie, inne realia, muszę je szybko poznać. Stąd te rozmowy. Przy okazji powstają teksty.

Ten ma być o pracy. Niedawno wygrzebaliśmy się z kryzysu, ale na prowincję ta wiadomość jeszcze nie dotarła. Tutaj kryzys wciąż jest, w zasadzie permanentny, nikt nie pamięta czasów, gdy go nie było. Tak mówią. I jeszcze o pracy mówią. Że nie ma.

A jak jest, to słaba. I nawet ta słaba tylko po znajomości. Bo tu nic, tylko nepotyzm, wyzysk, złodziejstwo.

Standardowy zestaw zaklęć, który wielkomiejskich liberałów doprowadza do białej gorączki. Polska w ruinie, nie ma, nie da się, wszyscy zblazowani.

Matyja: Niemal za każdym skokiem rozwojowym stoi jakiś pojedynczy lub grupowy wariat

Nie wierzę. Jestem dzieckiem III RP, chcieć to móc, przecież wiem, że się da. Startowałem z tego poziomu, wyjechałem z prowincjonalnego miasta, udało się. Teraz ryzykuję, wkładam jedną nogę do zarośniętego stawu, nie wiem, jak tu głęboko, ale przecież o to chodzi, żeby próbować, nie?

Nie, odpowiadają z irytacją. Po co próbować, jeśli wiadomo, jak jest? Na prowincji, jak nie należysz do kręgu, jak nie masz ustawionego kogoś z rodziny, będziesz zasuwał za minimalną.

Tak mówią. Władza jaka jest, każdy widzi; co jest dla niej najważniejsze – także. Wielkich idei tu nie ma. Na okrągło tylko „dla dobra miasta”, „dla dobra powiatu”, władza wyciera sobie gębę sloganami, a jedyne, co ma w polu widzenia, to korzyści.

To mnie rozsierdza najbardziej. Przecież wiem, że niewiele rzeczy tak nam się udało po 1989 roku jak samorząd. Opisujemy to w mediach ogólnopolskich, relacjonujemy. Gdyby nie samorządowcy, nie zrobilibyśmy takiego skoku.

Mój rozmówca nie wytrzymuje, wybucha śmiechem.

– Mnie też bawi, co wypisują dziennikarze z Warszawy.

Przez następne cztery lata wgryzam się w ten świat. Najpierw wydaje mi się, że odkrywam nieznany ląd, rzeczywistość, o której istnieniu nikt nie ma pojęcia, potem przychodzi bardziej wstrząsająca refleksja: to ja o niej nie miałem pojęcia.

Prowincja swoje wie. Mechanizmy rządzące samorządami powiatowym i gminnym, motywacje, sposoby uprawiania polityki – to tutaj oczywistość. Choć kłócą się z perspektywą wielkich miast, która zdominowała polskie wyobrażenia o samorządności i samorządowcach.

Mój rozmówca jest wyrozumiały.

– Złudzenia? Niech pan nas nie ocenia – mówi. – Każdy świat ma swoje reguły. Proste pytanie: gdy pana dziecko nie będzie takie bardzo do przodu, mało prężne, gdy będzie miało problemy z robotą, to powie mu pan, by stawiło czoła przeciwnościom i walczyło samo o siebie, czy weźmie pan telefon, wybierze numer, jeśli wie, do kogo zadzwonić?

Radomsko Fot. Jim McDougall/flickr.com

*
We wrześniu 2015 roku, miesiąc przed wyborami parlamentarnymi i cztery miesiące po prezydenckich, w których wygrywa Andrzej Duda, profesor Janusz Czapiński prezentuje mediom wyniki „Diagnozy Społecznej”, kompleksowego badania warunków i jakości życia Polaków. Przeprowadzono je między marcem a czerwcem. Przebadano 12 tysięcy gospodarstw domowych i 20 tysięcy respondentów.

Tak wielu zadowolonych Polaków jeszcze nie było, ogłasza dziennikarzom Czapiński, i rzeczywiście liczby są imponujące. 84 procent uznaje miniony rok za udany. Rosną dochody i oszczędności, biedni bogacą się szybciej niż bogaci, Polacy nabierają pewności siebie. Są pozytywnie nastawieni i szczęśliwi – tu aż 83 procent wskazań.

Ci sami pozytywnie nastawieni i szczęśliwi Polacy wybierają miesiąc później partię, która idzie do władzy pod hasłem „Polski w ruinie” i nie kryje, że chce całkowicie przemeblować państwo.

Coś tu się nie zgadzało.

Dokładnie taki sam dysonans towarzyszył mi podczas pracy nad tą książką. W powszechnej opinii samorząd nam się udał. W oficjalnej opowieści samostanowienie lokalnych społeczności jest sensem demokratycznego systemu, fundamentem obywatelskiego zaangażowania i ostatnim szańcem przed centralistycznymi zakusami władz centralnych. Ale, jak każda sfera polityczna, i ta ma swoją wersję nieoficjalną, niezbyt nawet skrywaną, bo z przecież z daleka (czytaj: ze stolicy) widać niewiele. To świat zanurzony w politycznych grach i namiętnościach, wyjałowiony z dylematów etycznych, który tym jedynie się różni od tej dużej polityki, że nie rozgrywa się przy otwartej kurtynie medialnej.

Rzeczywistości, które do siebie nie przystają.

Nasze wyobrażenia dotyczące samorządów zdominowała perspektywa wielkich miast, zarządzanych – z racji wielości zadań i skali – w bardziej korporacyjny sposób. A przecież tych liczących więcej niż 100 tysięcy mieszkańców jest w kraju raptem 39. Pozostałych – 906. Z tego tylko 45 ma powyżej 50 tysięcy mieszkańców. Wszystkich gmin jest 2,5 tysiąca, powiatów ponad 300. Zbyt małe są na korporację, bardziej przypominają manufakturę.

Lokalsi opisują jedną taką właśnie manufakturę. Poznawałem ją cztery lata. Skupiłem się na mechanizmach rządzących lokalnym samorządem, relacjonując wydarzenia i fakty. Oceny pozostawiam czytelnikowi.

Nigdy nie interesowała jej Polska sukcesu. Ale czy w ogóle Polska ją interesuje? [O książce Magdaleny Okraski]

Podczas pracy odbyłem kilkaset rozmów z prawie wszystkimi uczestnikami życia samorządowo-politycznego Radomska (kilkoro odmówiło), z większością kilkakrotnie. Listę głównych bohaterów i bohaterek, wraz z krótkimi biogramami, przywołuję na końcu. Kilkanaście osób – nie są to osoby publiczne – występuje w tekście anonimowo. Tutaj prośba motywowana była głównie troską o zachowanie pracy i obawą przed negatywnymi konsekwencjami.

Wszystkie dokumenty i nagrania wspomniane w książce są w moim posiadaniu. Przywoływane w tekście śledztwa dziennikarskie relacjonowane były na łamach „Gazety Radomszczańskiej” w latach 2016–2020. Żaden z bohaterów tych tekstów nigdy nie przysłał sprostowania ani nie wystąpił z pozwem do sądu.

**
Andrzej Andrysiak – od 2015 roku wydawca lokalnego tygodnika „Gazeta Radomszczańska”, ukazującego się na terenie powiatu radomszczańskiego. Wcześniej sekretarz redakcji i redaktor naczelny tygodnika „Kulisy”; sekretarz redakcji, zastępca redaktora naczelnego oraz redaktor naczelny „Życia Warszawy”; sekretarz redakcji, zastępca redaktor naczelnej „Dziennika Gazety Prawnej” oraz wydawca „Magazynu DGP”. W ostatnich czterech latach dziesięciokrotnie nominowany i pięciokrotnie nagradzany w konkursie SGL Local Press, dwukrotnie nominowany do Grand Press w kategorii publicystyka. W 2020 roku członek jury Grand Press. W 2011 roku wydał powieść Zasada nieoznaczoności.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij