Czytaj dalej, Kultura

Ja mam fach w rękach, ja bym diabła zespawał [rozmowa]

przychodnia-filip-chrobak

Jak se pościelesz, tak się wyśpisz – mówią. Ja chwilowo se ścieliłem, jak trza. A teraz co? Mam niebo nad sobą, noce zimne, ludzi fałszywych. Fragment 47. numeru „Krytyki Politycznej”.

Przychodnia to projekt artystyczny Łukasza Surowca, który powstał we współpracy z Teatrem Ósmego Dnia oraz fundacją Mały Dom Kultury. Na placu Cyryla w Poznaniu pod koniec października 2016 roku lekarze przyjmowali pacjentów. Lekarzami byli antropolodzy i badacze społeczni, a pacjentami czynni, nieuleczalnie chorzy alkoholicy, przeważnie bezdomni, którzy ze względu na swoją sytuację życiową i wymogi systemowe nie mogli podjąć skutecznej terapii. Gabinet mieścił się w głębi budynku, poczekalnia i sekretariat widoczne były z ulicy. Rozmów z gabinetu można było słuchać na żywo przez znajdujące się na zewnątrz słuchawki. Przychodnia była czynna przez całą dobę.

47. numer „Krytyki Politycznej” wypełniony jest zapisami rozmów przeprowadzonych w Przychodni. Ze względu na specyfikę sytuacji zachowano oryginalny charakter przeprowadzonych rozmów. Poniżej publikujemy rozmowę Jana Frydrycha z Piotrem Dudą.

Czytaj całość wstępu Łukasza Surowca do 47. numeru „Krytyki Politycznej”:

Surowiec: Trzeba zaakceptować chorobę alkoholową taką, jaka ona jest

*
Lekarz: Panie Piotrze, o czym ma pan ochotę porozmawiać?

Pacjent: Panu powiem w ten sposób: raczej o sobie. W 1986 roku, jak podstawówkę skończyłem, poszedłem do szkoły rolniczej do Głogowa. Szkoła trzyletnia. Rodzice mi chcieli przepisać gospodarstwo. Szkołę skończyłem, poszli my do urzędu gminy, notarialnie przepisali rodzice na mnie ziemię. Ojciec mnie namówił… Bo tak: jeden brat poszedł na kopalnię koło Katowic. Orzeszów. Drugi się wykształcił na doktora matematyki i fizyki. Ożenił się z pyrlandką tutaj z Drezdenka, super dziewucha, znaczy kobieta, bo już teraz ma swoje lata, na emeryturze już jest. No i w końcu ojciec mówi tak do matki: „Przecież tego pola nie oddamy na Skarb Państwa. Ja już słaby, lata mam. Coś trzeba z tym zrobić”. No to czepili się mnie. A ja, jak to ja. Młody, jeszcze fiu bździu w głowie. Mówię: „Dobra, ojciec”. Pojechaliśmy do Głogowa do notariusza i przejąłem gospodarstwo. To gospodarstwo miało niecałe dziewięć hektarów.

A że ja jestem człowiek zawzięty, a polski rząd jest tak głupi, to tak se przeliczałem… „Mam te hektary, krowy, świnie, a na paliwo mi nie starcza do ciągnika”. A to wszystko trzeba przecież orać. To żem się zezłościł i poszedł do banku do Grębocic, to jest miejscowość gminna. Idę do dyrektora i mówię: „Panie dyrektorze, ja nie mogę wyrobić. Mi na zawałę brakuje, a co dopiero, kurde, żeby się ubrać jak człowiek, jakąś dziewuchę poznać albo coś”. I on mówi do mnie tak: „Dam ci kredyt, kup se większy ciągnik”. Dał mi kredyt – kupiłem sobie sześćdziesiątkę. Z Rudnej, z SKR-u [Spółdzielnia Kółek Rolniczych – przyp. red.].

I wtedy się zaczęło. Miałem dwa ciągniki, no ale, kurde, dwie ręce. No to do sąsiada poszedłem i mówię: „Słuchaj, będziemy robić na dwa ciągniki, ja ci zapłacę”. Ja brałem pola od groma. Jeszcze ugory uprawiałem w lasach, ale to za zgodą leśniczego (śmiech). Kto kombinuje, ten żyje. W lasach nic nie szło posiać, tylko żyto. Słabe ziemie. Dwa siewniki konne zespawałem do kupy. Siedziałem nad tym chyba tydzień czasu. Matka mówi: „Czyś ty zgłupiał?”. Ja mówię: „Matka, ja nie będę latał jak ten wiatr po polu, a na nowe mnie nie stać”. Oj służył mi, służył mi. Jak człowiek mógł, tak kombinował. Aby taniej, aby taniej.

Jak dobrałem tych piętnaście hektarów siedemdziesiąt pięć arów, to przez trzy lata nie płaciłem nic za dzierżawę. Później kupiłem kombajn. Vistulę, bo Vistulę, ale kombajn. Już nie musiałem płacić SKR-owi i czekać, czy przyjadą, czy nie przyjadą i jeszcze postawić – bo kombajnistom trzeba postawić i jeszcze jedzenie na pole przywieźć. Taką łaskę robili, bo przecież mogli pojechać do drugiego sąsiada. Na wsi są do dziś takie układy. Więc kupiłem Vistulę na worki (śmiech). Nie na baniak, tylko na worki. No to brałem jednego chłopaka ze wsi, który tam wolny był do roboty, mówię: „Słuchaj, chodź no, kurde, bo przy workach ktoś musi stać, ja muszę jechać, poradzić, a ty na tym podeście musisz zmieniać”.

I to się znalazło. Bo chłopak na wsi umie. Tacy są! Zwłaszcza łebki, kurde mać, po 15–16 lat, wie pan no, jak to jest. Na zabawę każdy chce zarobić. No, a mi to pasiło, bo pogoda była, to się nie patrzyło na nic, cięło się po kolei, no panie. Bo jak zacznie lać, a owies zostanie? Koniec świata. Jak gruby deszcz będzie, to owies będzie na ziemi leżał. Panie! Phi! I kto to pozbiera? Dlatego najpierw się zawsze jechało do owsa.

A jęczmień się na końcu zostawiało, bo jęczmień się musi tak zgiąć, wtedy jest bardzo dojrzały, jęczmieniowi się nic nie stanie. Żyto się nie przejmuje niczym, ale z owsem to zawsze był kłopot. No i co?

Bartecka: Jestem dumną wieśniaczką

Krowy się trzymało… Jak chciałem krowy posprzedawać, matka nieboszczka mówi: „To jak? My bez krowy będziemy żyć?”. Ja mówię: „Mamo, przecież mleko można od sąsiada kupić albo w sklepie”. A ona na to:  „Czyś ty zdurnił? Ja bez korowy nie budu żyła. Korowa misi byty, była, jest i bude”. Co miałem powiedzieć? Zostawiłem jej jedną krowę, resztę wszystko fiiit! do rzeźni; co niektóre krowy to do wioski posprzedawał i założyłem pięćdziesiąt sztuk świń. Tam, gdzie stały krowy, pospawałem klatki… Miałem cztery maciory. Com ja się namęczył! Jak się maciora zaczyna prosić, trzeba taki kącik zrobić – kwokę w kącie powiesić, wie pan, co to jest kwoka? Taka lampa, co ciepło daje, taka duża. I co prosiak wyskoczy, trzeba mieć denaturat, nożyczki, pępowinę obciąć, zalać i na to miejsce pod lampę. I po kolei.

A to schodzi nieraz całą noc. Całą noc. Bo jak świnia, maciora, ma, kurde, czternaście sztuk, szesnaście czy osiemnaście nieraz, to już jest tragedia. Ona ma mniej sutków jak tych świniaków. To trzeba nieraz siedzieć w nocy i pilnować: „Ty się najadłeś? Dobra, następny”. I jeszcze jest jeden problem. Świniaki mają kły. I te kły –  miałem takie szczypce –  musiałem wyłamywać, bo gryzą maciorę w sutki. Maciora się wtedy zrywa, a jak maciora się zrywa i w drugim miejscu się położy, świniaki w lewo i prawo się rozchodzą jak te mrówki, jak ta maciora na świniakach zalegnie, to koniec dyskusji.

Ja później znalazłem na to sposób. Matka się ze mnie śmiała, o Jezu! A ja zespawałem taki kojec. Tu drzwiczki, tu korytko, tu się otwierało, a na dole była taka przestrzeń, żeby maluchy mogły łazić. Cały kojec metalowy, a na spodzie deski pozbijałem. Matka mówi: „Coś ty zgłupiał? Maciorę aresztujesz?”. I to był najlepszy pomysł. W kącie dalej lampa, maciora z tego nie wychodziła, ona się obrócić nie mogła, a świniaczki sobie chodziły. Słomą pościeliłem. No i tak się kurde, ale zawsze trzeba było, zawsze mieć pozór. To ja se radio brałem (śmiech) na noc. Radio se włączałem i tak jednym okiem przysypiałem. Dawało się rady. Mówię, panie, po pięćdziesiąt sztuk świń. To było cudo. Jeszcze jeden kawał opowiem, znaczy, to nie kawał, tylko rzeczywistość.

Koło mnie, na drugiej wiosce, była rzeźnia. Prywatna rzeźnia, taka nieduża. No i kurcze ja tam zapisał na ten termin dostawę tucznika, a gościu był spoko, więc tak szybko, szybko, szybko. Świniakowi wiadro na ryja trzeba było wsadzić i kijem go po dupie, żeby nie wiedział, gdzie idzie, ale trzeba było trzymać i celować, żeby akurat wszedł na ten wózek. Bo jak wiadro ma na głowie, to nie widzi nic. Idzie jak opętany. No to ja ciach, trach. Mówię do matki: „Za pół godziny będę”, i po gazie. Idiota ze mnie. Był zakręt. Żem za mocno skręcił, wózek się przewrócił. A świniak to świniak. Jemu na to jak na lato. A lasek był – więc dzida. Ja stoję w miejscu, mówię tak: „Wózek przewrócony, świni nie ma. Co tu robić?”.

Odczepiłem ten wózek, odpaliłem ciągnik, daleko do rzeźni nie miałem, więc mówię: „Słuchajcie! Wózek leży na żużlówce, świnia uciekła”. A kierownik mówi: „Co? – No jedź pan zobacz!”. Odpalił, zajechał: „No rzeczywiście wózek leży. A gdzie świnia jest? – Poszła w krzaki. Ja wiem, gdzie ona jest?”. Miał tam rzeźników. Mówi do nich: „Chodźcie no, kurde, trzeba tej świni poszukać, bo przecież to niemożliwe”. On mnie dobrze znał, ja bym go przecież nigdy w konia nie zrobił. Poszli my tam między drzewa, a ona tam nosem ryje i tylko chrum, chrum (naśladuje świnię). Aha. Yhm. No tak. Tylko teraz weź ją ściągnij. Jeden rzeźnik sprytny był. Lasso zrobił i na kark jej zarzucił. Trzyma, a ona ciągnie, on się nogami zapiera, na tyłku prawie siedział. Już my doskoczyli kurcze jego mać i jakoś, dzięki Bogu, się udało. Ale ona się wtedy zapieniła, jakby ugryzła, to jasny gwint! Ale jakoś pomału, pomału dało się. A wie pan, że świnia umie pływać?

Nie wiedziałem.

Umie pływać. Myśmy ją we trzech trzymali, a tam był staw. Ona silniejsza była od nas trzech i wpakowała się prosto w to jeziorko. My tak stoimy, patrzymy: „Ty, no i co?”. Zaraz się utopi cholera i nic z tego nie będę miał. Przyleciał kierownik: „Co wy tu kombinujecie, tu trzeba świnię oprawiać, a wy się bawicie ze świnią w kałuży?”. No i żeśmy w sześciu, kurde, tego knura cholernego wyciągali z tej wody. Jak potem chciałem zapędzić świnię do dostawy, to ten kierownik zawsze mnie pytał: „A znowu takie wściekłe?” (śmiech). Super był. Gulkowski się nazywał, a drugi Kubik. Jego matka, nie wiem, czy żyje czy nie żyje, ale była lekarką. Jego ojciec był  chirurgiem, ale nie żyje kupę lat. Kupę lat. Mego ojca operował; na trzustce okazało się taki duży rak. Dobra, co wy jeszcze chcecie wiedzieć? Mówta!

Co dalej? Co z tym wielkim polem i z tym wszystkim?

Skończyła mi się dzierżawa, bo miałem na trzy lata. Pojechałem do agencji rynku rolnego, wziąłem kawał swojskiej kiełbasy, do tego dwie flaszki wódki swojskiej, bo się bimber pędziło, wpadłem do dyrektora: „Panie no, weź mi pan to przedłuż, bo świniom coś trzeba dawać żreć, tu masz prezent ode mnie”. On huknął, aż podskoczył, mało z krzesła nie spadł. „Dobra, panie Duda, już, już. Ile pan chce? – No maksymalnie, nie? – Dobra, na pięć lat”. Wszystkiego dobrego, podbite. Tam do sekretarki podejść jeszcze, żeby potwierdziła. To ja dzida! Majonez. Zadowolony, kurde, przyjechałem do chaty. Matula się pyta: „I co, załatwiłeś coś? – No na pięć lat dalej pole. Ale krów się pozbywamy”.

Przyjechali z Głogowa rzeźnicy autem takim wielkim z wagą. Zabrali w cholerę. Mówię: „Dzięki Bogu, żem się pozbył tego pioruństwa. W końcu będę mógł się przespać”. Tak to szósta rano trzeba było wstawać i wydoić krowy, bo o siódmej jechał mleczarz. Bańkę trzeba było postawić na taki stojak metalowy i on z tego stojaka zabierał, i jechał na drugą wieś do zlewni. Później wracał, pustą bańkę stawał i jechał. Wtedy płacili 32 grosze za litr mleka? Panie. To śmieszne sprawy wychodziły, ale grosz do grosza, a będzie kokosza, każdy grosz się liczy na wsi. Bo na wsi to się nie przelewa. Jak się kręci, tak się kręci. Panie no, się kręci, bo jakoś trzeba żyć.

A to miejsce, gdzie pan mieszkał, to była jaka miejscowość?

Żabice.

I to są okolice…?

Grębocic.

A większego miasta?

Z jednej strony Głogów, z drugiej strony Lubin. Zagłębie górnicze. Do Lubina mam 38 kilometrów. Na Głogów – 16.

A jak długo pan już tutaj jest?

Za długo… Tu u was?

Tak.

(cisza) Jakieś siedem miesięcy. Może sześć. Gdzieś w tych granicach. Straciłem rachubę czasu, będąc w Niemczech. Nie jestem tu długo. Jestem, bo jestem, ale ten Poznań to mi się strasznie nie podoba. Niemcy mówią „Pozen”.

A w Niemczech co pan robił?

Zacząłem szukać pracy, tylko się rozchorowałem. Dlatego trafiłem do Fryburga, do ośrodka. Rozchorowałem się. Zacząłem pić z żalu. Z żalu, bo życie to nie bajka. Zacząłem z żalu pić, że jeden brat mi nie pomógł, drugi brat mi nie pomógł… I wiedziałem, że to jest początek końca. Ja wiedziałem, po skórze to czułem. Najstarszy brat bogaty jest. Ma w Łęknicy na granicy polsko-niemieckiej sklepy. Handluje ciuchami. Poza tym bierze emeryturę – cztery tysiące złotych jako stary SB-ek, kurwa w pizdę mać. Eh… Zawsze mu pomagałem, jak mogłem. A jak człowiekowi się noga podwinęła…Wracałem z Niemiec, wpadłem na Zieloną Górę, zadzwoniłem – przyszedł. Powiedział mi tak: „Widzisz te drzwi? Wypierdalaj”. Obróciłem się na pięcie i więcej go na oczy nie chcę widzieć. Ja tego brata nie mam. Kiedyś go szanowałem, ale teraz już nie. Teraz już nie.

Pić w strukturze, ćpać w strukturze [rozmowa z Łukaszem Surowcem]

A drugi brat?

A z drugim bratem nie miałem kontaktu. Boję się tego, że on też mi to powie co tamten. A nie chciałbym go stracić, bo chwilowo jestem w dołku, w dużym dołku, ale przyjdzie czas i pora, że i oni będą w dołku, znaczy ten najstarszy nie, on jest, kurde, wyjadacz z Koziej Wólki, ale pożyjemy, zobaczymy. Z familią to jest różnie. Już bym wolał z kuzynami i kuzynkami rozmawiać, tylko że dwóch kuzynów poleciało do Ameryki lat temu już, kurde, z piętnaście. Polecieli w ciemno. I zostali, i są, jakoś im się tam układa lepiej czy gorzej, ale na pewno lepiej niż mnie… Wszędzie panie dobrze, gdzie nas nie ma. Jak se pościelesz, tak się wyśpisz – mówią. Ja chwilowo se ścieliłem, jak trza. A teraz co? Mam niebo nad sobą, noce zimne, ludzi fałszywych.

Panie, wytłumacz mi pan, bo ja tego nie rozumiem. Leże se na klatce, nikomu nie wadzę, znalazłem kawałek jakiegoś koca czy prześcieradła, bo beton to jest beton – ciągnie. Tom se go poskładam na parę części i się położył, nie? Jakiś smarkacz wraca z rynku nachwiany i mówi do mnie: „Wypierdalaj!”. No. To tak to się robi?

Albo jakaś stara baba rano takiego krzyku narobi, że aż mury się trzęsą. Jeden procent na sto tutaj w tej Pyrlandii waszej jest OK. Kiedyś, nie wiem, na jakiej ulicy, bo ja nie znam tych waszych ulic, się położyłem, przespałem noc. Okno było nade mną. Patrzę – jasno się robi. I babka wyszła ze śmieciami do hasioka. I tak zeszła, o holender, trzeba będzie uciekać, i się mnie pyta: „Panie, jak to? Skąd pan jest?”. Jak, co, gdzie i dlaczego? Mówię: „Z daleka jestem, nie mam gdzie spać, to położyłem się tu, bo na dworze chłodnawo jest, a tu chociaż grzejnik grzeje”. I wie pan co? Postawiła ten worek czarny ze śmieciami koło barierki, poleciała na górę. Nie było jej z 15 minut. Wylatuje, kurczę, z taką reklamówką: „Panie, masz pan tu jedzenie. Niech pan się naje, choć pan nie ma domu, ale niech się pan naje”. Podziękowałem.

Dlatego mówię tak: są ludzie, ludziska i parapety. W życiu trzeba być bardzo twardym, bystrym i – nie powiem kombinatorem – ale będziesz naiwny, przeżegnaj się, idź w drugą stronę, bo se nie dasz w życiu rady. Na Zachodzie jest całkiem inaczej. Zachód dba o bezdomnych. A tu u nas w Polsce? Przecież im do pięt nie dorastamy. Za pioruna. I co? Polski rząd rękami, nogami się pcha do Unii Europejskiej czy już jest?

Jest.

Na Zachodzie jest całkiem inaczej. Zachód dba o bezdomnych. A tu u nas w Polsce? Przecież im do pięt nie dorastamy. Za pioruna.

A jest. Jeszcze lepiej. Bo dawno telewizora nie oglądałem. Kto ma z tego zysk? Rząd. To są europosłowie teraz. Przecież oni takie pieniądze biorą, panie, że nam się w głowie nie mieści. Nie chce mi się ani myśleć, ani dyskutować na ten temat… I co się zmieniło, panie? No nic się nie zmieniło.

Jak jest w Niemczech?

W Niemczech? Są takie ośrodki specjalne dla bezdomnych. Tam jest pierwsza zasada: dbać o zdrowie. O zdrowie, to jest najważniejsze. Ubranie, jedzenie, spanie i jak mi się zdaje – bo ja tam nigdy nie byłem, ale od chłopaków słyszałem – o siódmej rano człowiek musi opuścić folwark ten śmieszny. Chyba że człowiek jest chory, to biorą do szpitala.

Ale tam wyglądasz jak dyrektor. Ogolony, tamto, sramto. My do Niemców nie mamy porównania. Mimo że wojnę przegrali, a nas Ruski tak zniszczył, ale polska mentalność jest głupia. Polak to jest Polak. Nie umie się znaleźć w tym wszystkim. Jemu to konika, szabelkę i na wojnę puścić. Bo on do tego się nadaje.

Czy Niemcy są życzliwsi dla bezdomnych?

Dużo.

Pan powiedział, że tu jedna osoba na sto, a tam jak to wygląda? Lepiej?

Osiemdziesiąt na dwadzieścia. Może dziewięćdziesiąt na dziesięć. Nie wiem, ja się tam nigdy nie spotkałem, żeby mi ktoś ubliżył, a tu już się tysiące razy spotkałem, że ktoś do mnie mówi: „Ty menelu”. W Niemczech? Nigdy. Null. Zero. Nie raz było tak, jak człowiek był głodny, że pojechałem na większą wioseczkę, a na wsi to, o Boże! Oni tam mają domy jednorodzinne, kurde, cuda niewidy. Zadzwoniłem, czekam: baba przychodzi, kurde jego mać, żarcia tyle niesie, że matko najdroższa! Holender jasny! Na pół tygodnia (śmiech). Nie. Nie mamy o czym rozmawiać. Polska jest dalej za Murzynami. Kiedyś mówili za Murzynami, a teraz chyba za tym Leninem ruskim. Oj, Boże nasz, Boże. Nie wiem, kiedy my z tego dołka wyjdziemy, ale czuję, że już tego nie dożyję.

Wie pan co? Ja panu powiem. Za czasów PRL-u rządził Edward Gierek. On pracował we Francji jako górnik. I został tym, jak to się nazywa, pierwszym sekretarzem partii. I chciał dobrze zrobić. Bo wiedział, na czym stoi Zachód. Dlatego nabrał kredytów z Zachodu i chciał to wszystko rozwinąć. Przecież on u nas postawił ten, hutę miedzi Głogów. Gdzie się przetapia katody na drut. Do dzisiaj to działa. Jakby nie on, to guzik by tam było. Ale Ruskiemu się nie spodobał. Pff – bek. On już teraz nie żyje, ale dobrze dążył. Zawsze tak twierdzę i będę twierdził. To najlepszy włodarz Polski. Najlepszy. Lepszego nie znam i nie pamiętam. Nie znam. On chciał dać skrzydła Polsce, żeby trochę się podbudowała. I dał. Tylko że, kurde, stało się, jak się stało.

Leszczyński: Obietnica Gierka

Pamiętam jak dziś. Byłem taki szkrab dziesięć lat czy jedenaście. Ja mieszkam przy drodze do Legnicy. Tam są poligony. To jak Ruscy zaczęli jechać, wojskowe samochody z czołgami na platformach… Jechali dzień i noc, noc i dzień. Przez trzy dni jechali. Taki kawał jest: „Wsiadł Ruski do pociągu, tam siedziała zakonnica w pociągu. Jadą, jadą i w końcu się Ruski pyta zakonnicy: – Ej, ksiądz samica, daleko Legnica?”. A nam łebkom dawali, te takie, wie pan, metalowe znaczki, no, jak to się nazywa…

Ordery?

No jasne! Takie cosik. Dawali nam to i w takich puszkach kaszę z mięsem. Nie wszyscy może Ruscy tacy źli są, ale był z nimi problem.

A opowiadał pan, że tam, w Niemczech, był pan chory. Czy chodziło o alkohol, tak? I trafił pan tak do jakiegoś…

…ośrodka.

To pomogło? To rozwiązało ten problem?

Na dłuższą metę tak. Ale panie, posłuchaj pan. Fryburg jest pod samymi Alpami. Szmat drogi… Wyleczyli mnie z alkoholizmu, to prawda. Doktor po sześciu tygodniach do mnie przyszedł i mówi w ten sposób, że jutro muszę jechać do Polski. Bo ja to żem źle rozwiązał. Przez durną Polkę. Polkę zniemczoną. Ja mówię: „Pani, ja do Polski nie wracam. Słyszałem od Niemców, tam gdzieś jest taki ośrodek, gdzie można mieszkać”. Ona mówi: „Tak, tam jest takie cosik. Pan by się nadawał, tylko że ma pan miejsce zameldowania w Polsce i to się kłóci jedno z drugim”.

Machłem na nią ręką, licho. I przyjechali rano o szóstej. Ubranie, dzień przed ubranie mi dali – oni mają ubrania z przemytu na granicy. Ubrałem się, jak chciałem, i trudno. Trzeba wyjeżdżać. Jeszcze dali mi karton taki długi. Żarcia naładowane od groma. Picie, żarcie. Wołają mnie do sekretariatu. Poszedłem do sekretariatu, to już rano było. Zabeszarowali mi, kurczę, tysiąc euro, żebym ja miał na parę miesięcy życia. Tysiąc euro, panie! Trochę mi łzy pociekły, że tyle się namęczyłem, żeby być w Niemczech, a tu nagle muszę wracać z powrotem do bidy na stare śmieci.

Więc jak wyjechaliśmy, to o dziesiątej byliśmy w Glisanowie. Moje tereny. Tam taki ośrodeczek jest dla bezdomnych. Ja tam nigdy nie był. Jeszcze nie mogli my trafić. Ale jakośmy się doczołgali. Dają papiery, co Niemcy wystawili. Sekretarka czy piguła patrzy jednym okiem, się cofnęła. Mówię: „Przywieźli mnie z Niemiec”. Tamci polecieli do jakiegoś ordynatora, bo się nie mogli dogadać – u nas jest takie zacofanie, że głowa boli. Przyszedł ordynator. Patrzy na mnie. Ja mówię: „Panie ordynatorze, oni mnie proszą, żebym przetłumaczył, że oni wczoraj dzwonili z Fryburga do pana. Moje nazwisko Piotr Duda. Tu są moje papiery z tamtego szpitala. – No tak rzeczywiście, OK. Wszystko jest OK”. Jeszcze im podziękowałem, uściskalimy się, super. I pojechali z powrotem. A ja zostałem tam, gdzie zostałem.

Było źle?

Proszę?

Czy tam było źle?

Panie szanowny… Mury poobgryzane. Z kranu żółta woda leci. Tyle co kawałek wyrka, a na sali z ośmiu chłopa. Jednemu ciepło, drugiemu zimno. I wojna się zaczyna. Zapalić nie ma co. Te pieniądze to schowałem, żeby nikt nie wiedział. Widzi pan, w Niemczech, w tym Fryburgu, trzy papierosy na dzień. Rano, po południu i wieczorem. Jak pan chciał. A jak pan nie chciał, to nie. A jak pan, dajmy na to, długo pił, to doktor mówił: „Nie wolno odstawić. Nie wolno od razu, bo stres”. Dlatego dawali w tych Niemczech po 25 gram trzy razy dziennie przez trzy dni. I się wyrównuje.

A u nas nie! Izba! Dwa dni temu byłem na izbie, bo mnie drapnęli. Widziałem tam gościa, co prosił, żeby zadzwonić po karetkę, bo nie da rady wyjść, a miał 0,0 i go wyganiali. Ledwo do drzwi doszedł. Prosił, żeby zadzwonili na karetkę, a skąd?! Będziesz pan zdychał pod płotem, i tak, kurde, jeszcze naszczają na pana. Ja chwilę po nim wyszedłem, może po półgodzinie, i idę na ten zakręt. Patrzę, a ciemnawo było, rano, ale ciemnawo, i myślę, co tam siedzi, kurna, na samym skrzyżowaniu?

Podchodzę bliżej – a to ten gość siedzi i płacze. A przystanek jest jakieś dwieście metrów dalej. Mówi gość, że nie może do przystanku dojść. Prosi mnie, żebym go doprowadził. To ja żem kurde szarpnął chłopa spokojnie: „Pewnie, że chodź człowieku! Tam jest ławka, to się położysz albo usiądziesz, jakiś autobus może będzie jechał…”. Podprowadziłem go do przystanku i za jakieś piętnaście minut autobus jedzie. Mówię: „Słuchaj, ja cię podprowadzę do autobusu, tam w autobusie zawsze cieplej”. Pomogłem chłopu… A ci z izby wytrzeźwień. Phi! Człowieku! Nie ma takiej opcji.

A lekarz na izbie?

Proszę?

A lekarz z izby też nie chciał wezwać tej karetki?

Lekarz na izbie? Wie pan co? Jak pierwszy raz byłem, bo byłem dwa razy tutaj, to zaczął mnie badać stary dziadek, który ma siedemdziesiąt parę lat. Wypytuje o tamto, sramto. Tak gadamy, to, to, to i to. I w końcu się wynurzył: „Panie, ja jestem weterynarzem. – Co? To ty, kurde, kury macaj! Bierz łapy ode mnie, zawijam się, ja się dobrze czuję, nie chcę cię na oczy widzieć”. Weterynarz, kurde, do ludzi! To do telewizji podać! Emerytowany weterynarz ludzi bada na izbie wytrzeźwień! To tylko w Polsce tak może być. O Boże nasz! Co jeszcze chcesz wiedzieć?

Teraz ma pan problem z alkoholem, po tej terapii w Niemczech, czy już nie?

Mam, bo problemy rodzinne… Gdyby było życie ustatkowane, toby człowiek szybko sam wyszedł. Trzy lata i trzy miesiące nie piłem nic. Nic! Ale powiedziałem sobie w ten sposób: ani kielicha, ani piwa. Nic. Bo ja mam silny charakter. Jestem taki człowiek, że wypiję, gębę obetrę i na drugi dzień nawet nie popatrzę na butelkę. Ja mam inny charakter. Może za dużo problemów mam na głowie. Bo mam potężne problemy. Tak, że nie wiem, jak z tego wybrnąć. To żeby ktoś mi pomógł, ale nikt mi nie chce pomóc. Jeszcze wsiądę do trampa. Panie! Wysiadaj pan, bo od pana śmierdzi! No, to podnoszenie na duchu, nie? Pewnie, że śmierdzi, z moich skarpet jak śmierdzi. Mimo że mam jeszcze drugie, znalazłem na śmietniku, są, są. Trzeba będzie zmienić, bo śmierdzą jak cholera. Buty się rozpadają, dziurawe, zobacz pan, jak tak można? A też ze śmietnika.

A czego pan potrzebuje teraz?

Teraz? Panie, ja panu powiem, żeby było gdzie mieszkać. No i lekarskiej pomocy. No i co zjeść. Raz chociaż na dzień. Nic więcej. Nic więcej. Ja sobie pracę bym znalazł, jakbym miał gdzie mieszkać. Ja mam fach w rękach, ja bym diabła zespawał. Znam się na mechanice, ja ciągniki rozbierał.

Jak pomagać pijącym alkoholikom?

A ze schronisk tutaj, w Poznaniu, pan nie korzystał?

Ja nawet nie wiem, panie, gdzie to jest. Ja nie znam Poznania, tyle co Stary Rynek. Panie. Jedno pytanie. Jest tu szpital dla bezdomnych?

W Poznaniu? Nie orientuję się. Wydaje mi się, że niekoniecznie.

I co mam zrobić? Jak ja chory. Bo rozumiem, że jestem chory.

A do lekarza pan nie chodzi?

Nie mam ubezpieczenia. Raz pewnego czasu podeszłem do taryfiarza, chciałem parę groszy na kawałek chleba i tak żeśmy se pogadali, ja mówię: „Panie, nogę mam chorą”. Pokazałem obandażowane. A on tak popatrzył: „Siadaj pan! – Gdzie? – No wsiadaj pan do taksówki”. Wywiózł mnie w takie lasy, nie wiem, ładny szpital. Pełno drzew. A jak to się nazywa, to nie mam pojęcia. No i oni zabandażowali mi nogi, posmarowali jakąś maścią. I to wszystko. A on na mnie czekał. Czekał na mnie. Tracił czas specjalnie. I wie pan co? I jeszcze dał dziesięć złotych, żebym miał co jeść.

To są ludzie. Niektórzy. Eh. A ja co teraz mam – masło i jakieś keczupy… Panie, ja potrzebuję pomocy. Bo sam nie wyrobię, a zima idzie. Nie wiem, co myśleć, co wymyślić, jak… I człowiek żyje z godziny na godzinę.

Mówił pan, że jest pan tu od paru miesięcy, od pięciu czy sześciu. Na pewno jest też w Poznaniu pomoc dla bezdomnych, jakieś ośrodki…

Ja nie mówię o tym. Chyba pójdę do tego waszego szeryfa. Bo z kim będę gadał. Zawsze mówią tak: gadaj z głową, nie z dupą. Jak nie, to pójdę do waszej telewizji. Bo widziałem ten budynek, taki potężny, tam pisze: gazeta jakaś, Wyborcza czy coś. Nie wiem, bo go raz na oczy widziałem. Ja, szczerze mówiąc, panie, dzisiaj nie mam gdzie spać, nie mam co jeść.

Stawiszyński: Człowiek taki jak my

A długo pan jest bezdomny?

Długo. Siedem miesięcy na bank. Jakoś tak… I policja człowieka ściga za każdym razem. I straż miejska. Straż miejska to są idioci, nieuki. Policjanci jeszcze mają trochę oleju w głowie. A ci – nie. Ładują do samochodu i na Podolany [Izba Wytrzeźwień w Poznaniu  – przyp. red.].

Czyli też nie najlepiej traktują.

Nie. Panie, tydzień temu spotkałem takiego gościa. Byłem na izbie, tylko że on ciągnął denaturat. I proszę pana, wypuścili nas obydwóch. I się pytam: „Nie masz na piwo jakieś?”. On mówi, że ma, ale nie na piwo, tylko na dynks i na wodę. A idź z tym swoim dynksem. No i co, tydzień temu się dowiedziałem, że poszedł spać na klatkę i już się nie obudził. Już się nie obudził. Tak to bywa.

Chciałby mi pan jeszcze o czymś opowiedzieć?

Hm. Może już starczy… (cisza).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.