Czytaj dalej, Kultura

Surowiec: Trzeba zaakceptować chorobę alkoholową taką, jaka ona jest

krytyka-polityczna-47

W Polsce w każdy program pomocy socjalnej skierowany do uzależnionych od alkoholu wpisany jest pozbawiony empatii i wyjątkowo radykalny przymus leczenia. Jeżeli chcesz dalej pić, nie masz prawa mieszkać ani pracować. Łukasz Surowiec wyjaśnia założenia i przebieg projektu „Przychodnia”, którego zapis złożył się na 47. numer „Krytyki Politycznej”.

Publikowane w 47. numerze „Krytyki Politycznej” wywiady to nie jest typowa dziennikarska robota. W zasadzie z dziennikarstwem mają niewiele wspólnego, gdyż powstawały w dość specyficznych okolicznościach. Dlatego we wstępie postaram się opisać w sposób wyczerpujący przebieg zdarzenia, zarysować kontekst i wyjaśnić najbardziej istotne problemy wynikające z zaistniałej sytuacji.

Pod koniec października 2016 roku na placu Cyryla w Poznaniu, we współpracy z Teatrem Ósmego Dnia oraz Małym Domem Kultury, otworzyliśmy Przychodnię. Przez kilka dni położony na parterze lokal, w którym wcześniej znajdowała się pralnia, został wykorzystany do odegrania niekonwencjonalnego spektaklu. Jego „aktorami” mieli stać się nieuleczalnie chorzy czynni alkoholicy, przeważnie bezdomni, którzy ze względu na swoją sytuację życiową i wymogi systemowe nie mogli podjąć skutecznej terapii. Zatrudnieni „aktorzy” odgrywać mieli rolę pacjentów. Miejsce lekarzy, których zadaniem była rozmowa z pacjentami, zajęli zaproszeni przeze mnie antropolodzy i badacze społeczni. Za pracę – udzielenie wywiadu – uczestniczkom i uczestnikom oferowano 21 złotych, czyli równowartość półlitrowej butelki wódki. Do odegrania roli pacjenta mógł zgłosić się każdy, kto ze względu na swoją chorobę alkoholową czuł się społecznie i ekonomicznie wykluczony oraz zadeklarował, że jest czynnie pijącym alkoholikiem.

Znajdująca się w przestrzeni publicznej site-specific scena składała się z trzech pomieszczeń: recepcji, poczekalni i gabinetu lekarskiego. Dwa z nich (poczekalnia i recepcja), znajdujące się za przeszkloną witryną, widoczne były z ulicy. Gabinet lekarski umieszczono w głębi budynku. Rozmów z gabinetu można było słuchać na żywo przez znajdujące się na zewnątrz słuchawki, jednocześnie obserwując tych, którzy czekali na swoją kolej.

Pić w strukturze, ćpać w strukturze [rozmowa z Łukaszem Surowcem]

Przychodnia była otwarta przez całą dobę. Bezdomni „aktorzy” drogą pantoflową roznieśli wieść o możliwości zarobienia pieniędzy i znalezienia schronienia w zamian za wcielenie się w rolę pacjenta i udzielenie wywiadu przed kamerą. Na początku niechętnie, a później ochoczo zajmowali miejsca w poczekalni, pozwalając obserwować się tym, którzy stali po drugiej stronie witryny. Zbierając myśli, czekali na swoje wystąpienie.

Zapis odbywających się w gabinecie rozmów lekarzy z pacjentami stanowi esencję 47. numeru „Krytyki Politycznej”. Ze względu na specyfikę sytuacji chcieliśmy zachować oryginalny charakter przeprowadzonych rozmów, nie narzucając, poprzez redakcyjną eufemizację, własnej interpretacji tych wypowiedzi. Transkrypcja to właściwie surowy materiał, próba zapisu niedoskonałego języka potocznego. Czymś niewłaściwym byłoby opisywanie i komentowanie tego, o czym najczęściej w gabinecie rozmawiano. Chcemy tę przestrzeń pozostawić czytelnikom. Czuję się jednak zobowiązany opisać szerszy kontekst miejsca i zdarzeń, które wiązały się z Przychodnią. Być może stanie się to pomocne również dla zrozumienia niektórych fragmentów tych przesączonych alkoholem i trudną treścią rozmów.

Jak pomagać pijącym alkoholikom?

Przychodnia była zdarzeniem splątanym z realną i dość brutalną rzeczywistością. Głównym jej celem było ukazanie w najbardziej uczciwy sposób problemów, z jakimi muszą mierzyć się społecznie wykluczeni alkoholicy. Aby to się udało, zaoferowaliśmy chwilowe zatrudnienie i schronienie tym, którym pracy oraz domu nikt nie chce dać. Przychodnia pełniła tym samym zarówno rolę prototypowego zakładu pracy, jak i bezpiecznej przestrzeni do przeżycia.

Jak wynika z samych tylko rozmów z uczestnikami, w Polsce w każdy program pomocy socjalnej skierowany do uzależnionych od alkoholu wpisany jest pozbawiony empatii i wyjątkowo radykalny przymus leczenia. Jeżeli chcesz dalej pić, nie masz prawa mieszkać ani pracować. Zarówno państwo, jak i ośrodki pomocy uzależnionym nie uznają podstawowego prawa do wolności wyboru oraz nie są w stanie przyznać, że w większości przypadków choroba alkoholowa jest nieuleczalna. Zapomina się też o tym, że całkowite odstawienie alkoholu nie wszystkim przynosi korzyści terapeutyczne, a często bywa niebezpieczne i niewskazane w leczeniu alkoholizmu. Mimo to trzeźwość jest warunkiem koniecznym nawet do skorzystania z noclegowni czy ogrzewalni. W konsekwencji każdej zimy z powodu wychłodzenia pod wpływem alkoholu umiera w Polsce prawie pół tysiąca osób. Co roku, z dala od rodziny i przyjaciół, setki wykluczonych pijących kończą swe życie w nieludzkich warunkach.

Zarówno państwo, jak i ośrodki pomocy uzależnionym nie uznają podstawowego prawa do wolności wyboru oraz nie są w stanie przyznać, że w większości przypadków choroba alkoholowa jest nieuleczalna.

Nakładanie obowiązku wiary w sens trzeźwego życia to jedna z bardziej charakterystycznych metod wychowawczych stosowanych zarówno przez aktualną władzę, jak również, co gorsza – przez medycynę, psychologię i społeczną większość. W tym kontekście na uwagę zasługuje zupełnie inny projekt – pilotażowy program amsterdamskiej Fundacji Tęcza [De Regenboog Groep]. Grupa aktywistów, poproszona przez władze holenderskiej stolicy o próbę poprawienia sąsiedzkich relacji mieszkańców z bezdomnymi – awanturującymi się alkoholikami – zaczęła oferować im 2,5 litra piwa na głowę, paczkę papierosów i 10 euro za sześciogodzinny dzień pracy. Program ten, choć został pozytywnie odebrany przez bezdomnych i działał bez zarzutów, budził wśród społeczeństwa spore wątpliwości. Pytana przez dziennikarzy o etyczne aspekty programu burmistrz dzielnicy Fatima Elatik, odpowiedziała: „Daję ludziom perspektywy, a nawet poczucie przynależności, poczucie, że są w porządku, że ich potrzebujemy oraz akceptujemy. Nie wykluczamy z naszego środowiska tych ludzi, gdyż ci ludzie mieszkają wśród nas”.

W Przychodni, podobnie jak w amsterdamskim programie, nie wyobrażałem sobie innego podejścia – trzeba zaakceptować chorobę taką, jaka ona jest. Pierwotne każdy przeprowadzony wywiad miał być honorowany specjalnie stworzonym na ten cel napojem alkoholowym. Dwunastoprocentowa waluta o nazwie „alccoin” miała stanowić dodatek do pensji. Dzięki temu podstawa wynagrodzenia, którą stanowiła gotówka, mogła zostać spożytkowana na inne cele niż tylko zakup drogich, obłożonych wysokimi podatkami alkoholi lub też ich taniego, skażonego substytutu – denaturatu.

Niestety w świetle prawa nic takiego nie mogło się wydarzyć. Zabraniała tego organizatorom ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, a w szczególności art. 17 dotyczący podawania napojów alkoholowych osobom nietrzeźwym, jak i art. 14 dotyczący podawania ich w zakładach pracy. W rezultacie codziennie znajdowaliśmy w Przychodni kilkanaście pustych plastikowych butelek po denaturacie zakupionym w pobliskim sklepie. Wszystko to za pieniądze ze spektaklu.

Płacą im 21 zł. Na alkohol, żeby potem ich podglądać – informował tytuł w jednej z lokalnych gazet. Czekających na wizytę w gabinecie „chorych” porównywano do ryb zamkniętych w akwarium, pojawiły się zarzuty o uprzedmiotowienie, o epatowanie upokorzeniem. Tymczasem, jak pokazuje obecny stan naszych systemowych rozwiązań, jesteśmy wyjątkowo nieczułym społeczeństwem. Dlaczego ktoś, kto chleje i nie pracuje, miałby dostać za darmo na przykład mieszkanie, opiekę medyczną, ubranie czy żywność, na które tak ciężko pozostali muszą harować? Jeśli już, to na pewno nie z naszych podatków władza powinna rozwiązywać problemy tych, którzy na własne życzenie stali się społecznie bezużyteczni. W moim przekonaniu wątpliwości etyczne wobec projektu miały swe źródło w owym stereotypowym i stygmatyzującym ofiary myśleniu. Tylko libertariańska logika pod szyldem troski jest w stanie pokusić się o krytykę współpracy z tymi, od których co najwyżej żąda się zniknięcia.

Znamienne jest również, że etyczne rozważania krytyków nie zgłębiały tematu spektaklu – opresji systemu wobec osób pijących – lecz, co ciągle mnie zaskakuje, były związane z samą etyką pracy: ze sposobem pozyskiwania treści i obrazu, udostępniania wizerunków czy danych w proponowanych przeze mnie praktykach twórczych. Jak ujęli to moi oponenci – chodziło o wykorzystywanie potrzebujących do własnych, bliżej nieokreślonych celów. Nie ma nic bardziej stygmatyzującego od założenia, że osoby wykluczone pozbawione są wolnej woli do samostanowienia.

Ja mam fach w rękach, ja bym diabła zespawał [rozmowa]

Choć często patrzymy na sztukę partycypacyjną z dużym dystansem, to właśnie ona ma zdolność ukazywania problemów w sposób wyjątkowo realistyczny czy wręcz naturalistyczny. Potrafi na przykład wyciągnąć na scenę schowanych ze strachu, bólu i wstydu bezdomnych alkoholików, wywożonych przez Straż Miejską poza granice miasta, wypędzanych z przystanków, autobusów czy ławek w parkach. Cóż cenniejszego w sztuce od refleksji nad światem takim, jakim on jest? Zwłaszcza w systemie, gdzie pod szyldem racjonalności królują pokrętne dogmaty zachowujące obecne status quo. Co lepiej niż publiczny spektakl może wprowadzić w dyskomfort tych, którzy na co dzień mijając zmarznięte ciała wykluczonych, odwracają wzrok? Dzięki Przychodni mamy możliwość zaczerpnąć wiedzy u samego źródła; możemy poczuć, jak smakuje bezdomność i jakie konsekwencje niesie nasze stereotypowe myślenie o wykluczonych „na własne życzenie”.

Co lepiej niż publiczny spektakl może wprowadzić w dyskomfort tych, którzy na co dzień mijając zmarznięte ciała wykluczonych, odwracają wzrok?

Jestem przekonany, że prawdziwie oryginalne teorie, jak i wartościowa wiedza wynikająca z podobnych zdarzeń mogą powstać w jedynym uczciwym polu sztuki. Zazwyczaj jako odbiorcy jesteśmy świadomi sztuczności reżyserowanych zdarzeń. Przychodnia pod szyldem spektaklu oferowała prawdziwie uczciwą przestrzeń wymiany, gdyż z założenia była grą – nie kryła swej sztuczności. Dawało to nam gwarancję realnej współpracy, czego powszechne rozwiązania systemowe dać po prostu nie mogą. Jak głosi znany slogan: „Tylko sztuka cię nie oszuka”. Stąd publikując rozmowy, zachowaliśmy relację lekarz – pacjent, rezygnując z klasycznego zapisu rozmów respondentów i ankieterów. I choć może wydawać się to paradoksalne, gdyż z rozmów wyłania się zupełnie inny rodzaj relacji, to wierzę, że zachowanie takiej konwencji pozwala na bardziej obiektywną refleksję.

To zrozumiałe, że projekt mógł wzbudzić wątpliwości, a obserwatorów wprowadzać w konsternację, zwłaszcza gdy wychodzący z Przychodni „pacjenci” udawali się wprost po kolejne butelki denaturatu. A co my zrobilibyśmy na ich miejscu? Bez wątpienia to właśnie fioletowo-różowa trucizna stała się symbolem tych, których nikt nie stara się zrozumieć i nikt nawet nie udaje. Chciałbym, abyśmy z tych uprzedzeń, jak i z nasączonych trudną treścią rozmów z ludźmi, którzy być może już zmarli z przepicia, czerpali wiedzę. Będzie ona z pewnością przydatna w uzupełnianiu naszej wciąż dziurawej drogi do nowego, lepszego świata, którego szczerze wszystkim życzę.

*
Jest to wstęp do 47. numeru „Krytyki Politycznej”, oryginalnie zatytułowany Czym była „Przychodnia”?.

**
Łukasz Surowiec – artysta interdyscyplinarny, rzeźbiarz, performer, twórca filmów wideo, autor akcji społecznych. Absolwent Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.