Czytaj dalej

14 godzin harówy to pestka [rozmowa z Joanną Kuciel-Frydryszak]

Podręczniki katolickie wyjaśniały służącym, że taki jest świat: dzieli się na panów i tych, którzy im służą i tak już będzie. Najlepsze więc, co służąca może zrobić, to zaakceptować ów podział i swoją nędzą dolę – mówi Joanna Kuciel-Frydryszak, autorka książki „Służące do wszystkiego”.

Olga Wróbel: Dlaczego postanowiłaś przyjrzeć się historii polskich służących?  W książce wspominasz o Kazimierze Iłłakowiczównie i jej pomocy domowej – czy ten temat wypłynął przy okazji pracy nad Twoją poprzednią książką, Iłłą?

 

Joanna Kuciel-Frydryszak: Dokładnie. Iłłakowiczówna opiekowała się swoją służącą, analfabetką Józefą Grabowską do końca życia, przysyłała jej paczki do przytułku. Wcześniej, gdy została ewakuowana do Rumunii w 1939 roku, Grabosia opiekowała się jej mieszkaniem na Powiślu. Zastanawiałam, jak te relacje wyglądały w innych inteligenckich domach. Nie wiedziałam, czy taka więź chlebodawczyni ze służącą to ewenement, czy może jednak nie. Okazało się, że nie mam tego za bardzo jak sprawdzić. Świat przedwojennych służących nie został opisany, służące były postaciami dalekich planów w literaturze i filmach, sprowadzone do wesołej panny Andzi z piosenki. Ogromny kawał historii wymieciony został z pamięci. Pod koniec lat 30. na służbie znajdowało się około 500 000 osób, z czego 96% stanowiły kobiety. Służba męska zatrudniona była w bogatszych domach, u burżuazji, arystokracji. To byli lokaje, kamerdynerzy, stangreci, szoferzy, mieli kwalifikacje, stanowili elitę wśród służby.

Wpadłam więc na pomysł, żeby zająć się służącymi z najniższego szczebla hierarchii służby domowej  – „służącymi do wszystkiego” – czyli tymi, które jako pracowały najciężej, zwykle od bladego świtu do późnej nocy i rzeczywiście robiły w domu wszystko.

W warunkach pospolitych, ze służącą moich rodziców

czytaj także

Jak się do tego zabrałaś, gdzie szukałaś relacji?

Miałam nadzieję na więcej źródeł, nawet szczątkowych. Bardzo szybko wpadłam w popłoch, bo potrzebowałam relacji samych bohaterek, a przecież opisuję świat sprzed stu lat, więc nie ma już z kim rozmawiać. Postanowiłam przez media społecznościowe szukać relacji potomków służących i rodzin, które służbę zatrudniały.

Był duży odzew?

Jeśli chodzi o potomków służących, nie był duży, ale nie mogło być inaczej. Ludzie z biednych środowisk rzadko dokumentowali losy swoich rodzin. Ostatnio na spotkaniu jedna z czytelniczek powiedziała mi wprost: „Wie pani, u mnie też w rodzinie była służąca, ale myśmy się tego wstydzili, jak i tego, że jesteśmy ze wsi”.

Rzeczywiście, sama pamiętam z dzieciństwa, jak ludzie, którzy przyjeżdżali do miast, starali się odciąć od swoich korzeni, wstydzili się, tego jak mówią, wstydzili się swoich rodzin, a „ty wieśniaku”, było najczęstszym podwórkowym wyzwiskiem.

Wracając do służących – ich relacji zachowało się niewiele także z tego powodu, że na przełomie XIX i XX wieku ponad połowa służących to były analfabetki, potem nie było dużo lepiej. A nawet jeśli umiały czytać i pisać, to i tak na ogół nie miały potrzeby utrwalania swoich doświadczeń. Ich życie ograniczało się właściwie do pracy, więc ich przekaz był bardzo skromny. Dlatego nawet kiedy ludzie wiedzieli, że babcia czy prababcia była służącą, to o czym tu opowiadać? „Tak, służyła, u bogatego Żyda, tam było jakieś dziecko” – często tyle tylko udało im się zapamiętać. To są informacje szczątkowe, nie pokazują zbyt wiele.

Ale te relacje, które otrzymałam, są niezwykle cenne i istotne dla książki, między innymi listy służącej do „wielmożnej pani”, żony lekarza, która odprawiła służącą i ta dziewczyna nie mogła dojść do siebie, pisała w liście, że tak bardzo tęskni, że aż podejrzewa, że ją „wielmożna pani” hipnotyzuje.

Powiedziałaś, że służące rekrutowały się głównie z wiejskiej biedoty, ale czy zdarzały się w tym wyłomy? Zubożała mieszczanka, szukająca pracy?

Jeżeli dziewczyna skończyła handlówkę i nie było pracy dla niej, mogło się zdarzyć, że przyjmowała posadę służącej, ale w lepszym domu, bo umiała czytać i pisać, miała kwalifikacje. Opowiadam głównie o grupie służących niewykwalifikowanych w żaden sposób, o kobietach, które często były gotowe pracować za sam kąt do mieszkania i za jedzenie. Dla takiej dziewczyny perspektywa wyrwania z biedy, z wiejskiej nędzy, to jest już bardzo dużo.

Bycie służącą było dla nich punktem docelowym, czy może niektóre, wyjeżdżając do miasta, od tego planowały zacząć?

Dziewczyny z biednych rodzin raczej koncentrowały się na tym, żeby odłożyć sobie na posag. Ich droga mogła też prowadzić do fabryk, czasem zostawały salowymi, krawcowymi. Nie było mowy, żeby służąca została nauczycielką czy wykształciła się. Tu decydowały dwa czynniki: bardzo niski status materialny, a więc brak pieniędzy na kształcenie i podnoszenie kwalifikacji oraz model wychowania, który nie uruchamiał najczęściej większych ambicji. One bardzo często nie chciały się uczyć, nie chciały czytać, bo nie miały motywacji, nie wiedziały po co. Irena Tuwim wspomina, że kiedy chciała uczyć czytać Antosię, służącą z rodzinnego domu, Antosia mówiła: „A po co? Tyle ludzi umie czytać, a takie kołowate chodzą po świecie”.

Służba i drużba

Pamiętam wstrząsającą opowieść księdza Jana Zieji (kapelana Batalionów Chłopskich, członka KOR), którego biedna matka chciała wykształcić, a jej mąż się temu sprzeciwiał: „Nie jego sprawą jest nauka, kto będzie pracował, jak pójdzie do szkoły”. Ale matka się zaparła, prosiła księdza, aby w tajemnicy przed jej mężem nauczył syna czytać i pisać, a potem piechotą kilkadziesiąt kilometrów nosiła mu jedzenie do Warszawy, aby miał co jeść, bo nie stać jej było na pociąg. To sytuacja wiejskiego chłopca, bo dziewcząt była znacznie trudniejsza. Przedwojenna wieś była przeludniona, 40% kobiet na wsiach, jak wynika z badań, było zbędnych, nie było dla nich pracy, a więc i jedzenia. Część z nich mając dziesięć, a czasem nawet siedem lat pasało gęsi czy krowy u bogatego gospodarza w zamian za jedzenie.

Moje bohaterki to dziewczyny, które czasem – zanim trafiły na służbę – nie widziały pociągu. Kiedy służąca Seweryna Udzieli, dyrektora krakowskiego Muzeum Etnograficznego, przyjechała na początku lat 20. na służbę z podkarpackiej wsi, bała się wejść na drewniany parkiet, bo u niej w domu chodziło się po ubitej ziemi.

Służące nie miały dążeń emancypacyjnych, ale z Twojej książki jasno wynika, że nie miały czasu, żeby je w sobie rozbudzać, bo harowały od rana do świtu.

Przede wszystkim nie miały finansowych możliwości. Ale też były maszynami, które od rana do nocy musiały realizować kaprysy swoich chlebodawców. Kiedy się zatrudniały, na ogół nie wiedziały, jakie czynności będą musiały wykonywać. W książce pokazuję przykładowe plany dnia układane przez panie dla służących. Do momentu, kiedy je odkryłam, nie zdawałam sobie sprawy, że służące były aż tak obciążane pracą. Te plany są naprawdę wstrząsające.

Dziennikarka nie zwiększy produktywności dzięki nowemu laptopowi

Dla mnie szokująca była kwestia wychodnego: raz na tydzień, a czasem nawet raz na dwa tygodnie, na cztery godziny. Aż tyle czasu na bycie sobą!

Służące nie tylko pracowały, ale też pilnowały mieszkania. Znamy to z filmów: służąca otwiera drzwi, podaje palto pani i gościom, anonsuje ich. Zostawienie mieszkania bez służącej w ogóle nie mieściło się w głowie.

Oprócz tego otwierała drzwi panu, który wracał w nocy. To też jest przerażające, że nie mogła pospać nawet tych paru godzin, bo ciągle miała do wykonania jakieś głupie czynności.

No właśnie, dobrze to nazwałaś. Ta potrzeba lśniących parkietów i innych prac wykonywanych zupełnie nie wiadomo po co, albo wymaganie, żeby służąca wstawała za każdym razem, kiedy pani wchodzi do kuchni. Z dzisiejszej perspektywy to absurd, ale oni funkcjonowali w tym modelu uznając go za coś normalnego, bo rzeczywiście taka była norma.

Skąd wziął się w Polsce tak ogromny popyt na służbę? Piszesz, że nawet biedota ma swoje podwładne, kobiety jeszcze uboższe.

Jeżeli można mieć służącą za psi grosz, to dlaczego nie? Ponad 70% polskiego społeczeństwa przed wojną to mieszkańcy wsi, więc te usługi były bardzo tanie.

Od lat rozmawiamy o tym, że pańszczyzna obecna jest w głowach na różne sposoby. Pogarda dla ludzi wykonujących fizyczne prace, popisywanie się szlacheckim pochodzeniem – to jest właśnie spuścizna Polski pańskiej. Model feudalny był bardzo trwały, nawet po wojnie. Pisze o tym w Dziennikach Maria Dąbrowska. Kiedy proponuje swojej służącej kąpiel, ta odpowiada: „Nie, ja się mogę wykąpię się w wodzie po pani, bo ja się zawsze po mojej pani kąpałam”. Masło? Nie, ona nigdy nie jadła masła i nie zamierza tego zmieniać. Nie potrafiła i nie chciała wyjść ze skóry służącej, a raczej półniewolnicy.

To była olbrzymia przepaść kulturowa, a wyciągane z niej na siłę służące wstydziły się, bały, nie wiedziały, jak się zachować. Pamiętam opowieść brytyjskiej służącej, którą pani zabrała do opery – przeżywała katusze, bo wyglądała inaczej niż cała publiczność. Czuła się dziwadłem. Z drugiej strony sama Dąbrowska bulwersuje się, że gdy oto przychodzi następna służąca i ma roszczenia. Nie chce wchodzić kuchennymi schodami, nie chce spać w kuchni, żąda firanek w oknach…

Choruje…

Sprowadza sobie jakichś facetów. Dzienniki Dąbrowskiej to świetne źródło, świadectwo bardzo trudnej przemiany, szczególnie że otrzymujemy je od lewicowej, wrażliwej społecznie autorki. Jest więcej takich zaskoczeń, na przykład posłanka Zofia Moraczewska, która na początku lat 20. w Sejmie wyraża radość, że młodociane służące zyskują ochronę, a potem pisze do siostry, że nie wie, czy będzie mogła „użyć” swojej służącej na pokojach, bo ta kiepsko wygląda i brzydko się porusza, ale być może będzie mogła „posłużyć się” jej 12- czy 13-letnią córką.

Pokazujesz bardzo silny opór przed symbolicznym nawet polepszeniem doli służących. W latach 30. pojawia się postulat, żeby nie mówić „służąca” czy „służba”, tylko „pomoc domowa”. Budzi to gromki śmiech na społecznej sali.

To jest chyba to, o czym mówiłyśmy: potrzeba, żeby posiadać niewolnika czy półniewolnika, dziedziczona z dziada-pradziada pańskość, która wrosła w tkankę społeczną. Byłam pod wrażeniem dyskusji w prasie, do której dotarłam. Kiedy jest mowa o tym, że służąca mogłaby pracować dwanaście godzin, panie dochodzą do wniosku, że to jest „tylko” dwanaście godzin. I lamentują: „co taka służąca miałaby robić przez pozostałe dwanaście?”.

Leder: Relacja folwarczna

Spać.

No właśnie. Podręczniki katolickie wyjaśniały służącym, że taki jest świat: dzieli się na panów i tych, którzy im służą i tak już będzie. Najlepsze więc, co służąca może zrobić, to zaakceptować ów podział i swoją nędzą dolę.

Z kolei jedna z posłanek na początku lat podczas obrad nad ustawa o służbie domowej, wygłosiła coś w rodzaju sentencji: „W Polsce kultura jest na niskim poziomie, stosunek człowieka do człowieka jest zły”. I choć jest coś na rzeczy, fatalny stosunek do służby miał związek z poziomem kultury, jednak przede wszystkim z olbrzymimi różnicami statusu materialnego. To nierówności ustawiały te relacje.

Oprócz relacji prasowych posługujesz się świadectwami literackimi, opisami służących z literatury autobiograficznej lub biograficznej.

Tak, zdecydowałam się na to, bo szkoda było je rozbierać tylko do cytatu – ale trzeba pamiętać, że to jest literacka wizja, w dodatku tworzona przez osoby wybitne, nietuzinkowe, wrażliwe. Ona coś pokazuje, ale nie pokazuje wszystkiego.

No właśnie. Czy to nie jest pułapka na czytelników? Z jednej strony źli mieszczanie, z drugiej światli inteligenci, z rozczuleniem wspominający ukochane nianie. Nie mogli uniknąć idealizacji.

Tak to właśnie czytam i chcę mieć też zaufanie do czytelnika, że również to rozumie. Trudno, żebym dawała przypis z ostrzeżeniem. A odbiór książki jest bardzo mocny. Ciekawe, że wątek, który był dla mnie szalenie ważny, właściwie zniknął w wywiadach czy w czasie spotkań. Najsilniejsze emocje budzą przede wszystkim relacje klasowe i rzadko kto pyta o rozdziały poświęcone okupacji, w których opowiadam, jak służące ratowały rodziny, u których pracowały. A to przecież pokazuje ich silną więź z „państwem”.

Leder: Dość tych dworków

czytaj także

Leder: Dość tych dworków

Ewa Kretkowska, Marta Madejska, Maciej Melon

Może służące urastające do rangi bohaterek nie pasują ludziom do obrazka.

To może być jeden trop, ale ludzie też wyciągają jednoznaczne wnioski, że stosunki w tych domach były zawsze fatalne. Tymczasem cały czas mam w pamięci zdanie z ankiety dla służących z 1919 roku, gdzie jedna z nich napisała:  „Jak pani dobra, to i służba dobra”. I coś w tym jest, wiele zależało od tego, czy trafiło się do „ludzkiej pani”. Choć z drugiej strony brzmi to trochę jak wyznanie niewolnika.

Okupacyjne postawy służących świadczą o istnieniu jakiejś więzi – te kobiety decydują się na ogromne ryzyko, żeby pomóc swoim paniom.

Tak, tam, gdzie były dobre relacje, służące odpłacały głębokim poświęceniem – przy czym myślę, że zasadnicza była więź z dzieckiem. Być może pani była niedobra, ale nianie kochały jej dzieci.

Tym bardziej że nie zawsze miały własne. Myślisz, że to był mechanizm przenoszenia uczuć?

Tak mogło być, ale kobieta z dzieckiem to jest jeszcze inna relacja niż kobieta z panią. One szły na całość, za instynktem, i z tego rodziły się postawy heroiczne. Marianna Cebulska to jest bardzo ciekawy przypadek. Uratowała dziewczynkę z getta i tułała się z nią po Polsce. Miała dorosłą już córkę, nieślubną oczywiście, służące często nie mogły wychować własnych dzieci. Ale mało kto o to pyta. Wątek klasowy wszystko pożera.

Masz rower? Sprawdź, do której klasy należysz

Może dlatego, że jest łatwiejszy, czarno-biały? Uciśnione służące i złe panie. A tutaj podziały się zacierają, nagle to państwo potrzebują dobrej woli służącej i jej pomocy, ale tym razem nie we froterowaniu podłóg.

Przedwojenna Polska była półfeudalna. Opisuję służąca, która przechowała podczas okupacji  dziewczynkę na strychu. Rodzice zginęli, ale odnajduje się babcia. I babcia traktuje tę służącą, jakby nie zrobiła nic wielkiego. Znowu każe sobie podawać do stołu, wraca układ: jaśnie pani i jej służąca. Ta dziewczynka strasznie głęboko to przeżyła, bo służąca przez lata ukrywania stała się dla niej matką.

1945 rok to u ciebie mocna cezura. Co się działo z kobietami, które przed wojną trafiłyby do służby, a teraz, w zmienionych stosunkach społecznych, nie mają tej możliwości?

Część inteligencji kontynuowała tradycję, służące zamieniły się w gosposie. Chociaż u Marii Dąbrowskiej to jest nadal służąca – pisarka notuje tuż po wojnie w Dziennikach, że dzięki wynalazkowi starego świata może pracować dla nowego, że znalazła służącą-wykopalisko, analfabetkę. Potem się zresztą strasznie na nią skarży, ale ostatecznie załatwia jej luksusowy dom starców. A inne kobiety? Mają otwartą drogę, mogą się kształcić, nie są już skazane na dotychczasową niewolę. Ta grupa zawodowa topnieje. Pamiętam z dzieciństwa, że niektórzy z kolegów mieli nianię, ale nie było na to generalnie pieniędzy ani melodii społecznej. Było to źle widziane. Pomoce stały się dochodzące, mało kto trzymał taką pomoc na stałe. Ten kuriozalny model stopniowo wymierał.

Wspominałaś o odbiorze książki. Zdarzyło się, że ktoś po spotkaniu podszedł i opowiedział historię swojej rodziny?

Prawie na każdym się to zdarza. Jedna z pań opowiadała, że jej babcia miała służącą. Ta służąca była bardzo wdzięczna i opowiadała wszystkim: „A moja pani to nawet do kościoła pozwalała mi chodzić”. Inna o tym, że służba jej krewnej miała wpływ na całą rodzinę. Gdy przyjeżdżała do domu, uczyła ich, jak jeść widelcem, jak mówić, opowiadała, co się je w domu „u pani”. I faktyczne, z badań przedwojennej wsi wynikało, że służba w mieście odmieniała wieś: chłopi zmieniali jadłospisy, próbowali urządzać domy tak, jak w mieście.

No dobrze, ale to znowu miłe wspomnienie. A mnie ciągle interesują te bardziej autorefleksyjne. Tak, mieliśmy służącą, trzymaliśmy ją pod schodami i karmiliśmy skórkami od chleba.

Ci, którzy chcą mówić, zazwyczaj mają dobre rzeczy do opowiadania. Ostatnio czytałam interesujący felieton Mikołaja Lizuta o mojej książce, w której wspomina o dochodzącej powojennej służącej swoich dziadków, Jadzi, do której się mówiło w trzeciej osobie: „Czy Jadzia wyczyściła już kryształy?”. Co ciekawe, przed wojną służącą w tym domu była jej matka, też Jadzia. Taka właśnie do wszystkiego: przynosiła węgiel, spała w kuchni.

Nad włókniarkami nikt nie zapłakał

czytaj także

Myślisz, że panie, które mówiły, że służące nie mają tak źle i zawsze będą się na coś skarżyć, były autentycznie przekonane, że 14 godzin harówy to pestka?

Tak. Widać to w prasie, którą uważam za jedno z wartościowszych źródeł. To były autentyczne dyskusje, żadnej ściemy. Panie pisały listy, jedna drugiej radziła w sprawach organizacji gospodarstwa domowego, wymieniały poglądy na to, jak usprawnić pracę służącej, żeby nie była darmozjadem. Jeżeli nie będzie pracowała tych dwunastu godzin, to za co mam jej płacić? Do tego dyskusje, na co pozwolić: czy one mogą się malować, czy nie? W latach 30. pojawia się pomysł, żeby kontrolować wydatki służących na ubrania. Skoro można zakazać wyjścia z domu, to czemu nie zakazać wydawania na sukienki?

Poza tym pojawia się strach przed skróceniem dystansu: co będzie, jeżeli służąca może kupić sobie sukienkę taką, jaką nosi pani?

Ta chęć zaznaczania granic klasowych przetrwała, dziś polega to na tym, że jeżeli wszyscy zaczynają się ubierać w TK Maxksie, to bogatsza klasa średnia przenosi się gdzie indziej, musi mieć swoje marki, dla tych lepszych. Ich status i wyobrażenie o nich samych wymagają, aby jeździli konkretnymi markami samochodów, mieszkali w określonych dzielnicach. Takiej klasowości nie znamy z PRL-u, to powróciło wraz z rozwarstwieniem. Prywatne szkoły, lepsze sklepy, luksusowe przychodnie.

Mówiłaś o służących w prasie – one były źródłem nieustającej sensacji, niemalże figurą wyobraźni.

Każdy dziennik, kroniki kryminalne, wypełnione są opowieściami o służących. Gdybym chciała, mogłabym napisać tylko o tym. Służące były łatwym łupem dla rozmaitych kryminalistów, nietrudno się nimi manipulowało. Marzyły o zamążpójściu i rozmaitej maści lowelasi bezwzględnie to wykorzystywali. Takich historii były dziesiątki. Czasami one same brały udział w obrabianiu państwa. W kronikach policyjnych pojawiają się też wstrząsające opisy, na przykład topienie dzieci w wychodkach. Skala tego musiała być duża, jednocześnie to był chyba najłatwiejszy sposób pozbycia się noworodka, one po prostu rodziły do tych dołów kloacznych.

Czy mężatki mogły pracować jako służące, jeżeli nie miały dzieci?

Jeżeli kobieta wychodziła za mąż, musiała być służącą we własnym domu. Na Zachodzie w dwudziestoleciu coraz częściej odchodziło się od modelu służącej, która mieszkała z państwem, bo robiło się to zbyt kosztowne. U nas struktura społeczna sprawiała, że takie usługi nadal pozostawały bardzo tanie. Wprawdzie w kryzysie lat 30. w gazetach pojawiły się zachęty do oszczędności, do wykonywania samodzielnie prac domowych, ale to było wołanie na puszczy.

Nigdy nie została wprowadzona regulacja prawna dotycząca służących ?

Od 1933 roku służba miała prawo do urlopu po roku pracy, ale nadal nie miała limitowanych godzin, dnia wolnego w tygodniu. Mieliśmy w miarę nowoczesny jak na tamte czasy kodeks pracy, ale sytuacja służących nie została uregulowana. Ustawa, nad którą Sejm pracował na początku lat 20. została odrzucona głosami partii ludowych, które bały się, że jeżeli służba w mieście dostanie przywileje, to parobek też się zaraz upomni. Temat nigdy nie wrócił pod obrady. A do 1946 roku w prawie pozostał przepis, że służącą można chłostać.

Jestem Ukrainką. Nie widzisz mnie

czytaj także

Dużo zostało nam z tej mentalności? Myślę o podejściu do Ukrainek, które pracują w Polsce jako pomoc domowa.

Na każdym spotkaniu ludzie pytają, czy napiszę o Ukrainkach, jest to więc z pewnością niepokojące zjawisko. Nawet dziś słyszałam historię o pani, która zatrudnia ukraińską gosposię, która mieszka u niej w domu, gotuje, sprząta. A ta pani cały czas jest rozżalona i nie rozumie, dlaczego musi jej płacić, skoro zapewnia jej dach nad głową. Przeszliśmy głęboką transformację społeczną, ale skłonności do dominacji i wykorzystywania słabszego pozostały.

To się może zmienić, kiedy Ukrainki wyjadą sprzątać u Niemek i okaże się, że trzeba im więcej zapłacić i lepiej traktować.

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.