Kraj

Wolne media regionalne? Wolne żarty

Choć w obronie stacji telewizyjnych odbywały się demonstracje, a przejęcie Polska Press przez Daniela Obajtka wzbudziło grozę, w roku wyborczym w Lublinie upada „Dziennik Wschodni” – rzetelny tytuł, jeden z ostatnich czterech niezależnych dzienników regionalnych w Polsce.

„Dziennik Wschodni” był pismem regionalnym, jednym z dwóch najbardziej poczytnych tytułów prasowych w województwie lubelskim. O ile jednak „Kurier Lubelski”, przejęty przez koncern Daniela Obajtka, docierał przede wszystkim do mieszkańców miasta, o tyle ten drugi do mieszkańców całego województwa. Kryzys prasy dotknął „Dziennik Wschodni” podobnie jak inne gazety, ale sprzedaż wydania papierowego utrzymywała się na poziomie 2−3 tysięcy, a zasięgi portalu były ogromne, sięgające półtora miliona, a w najlepszych momentach trzy miliony czytelników miesięcznie (przy dwóch milionach mieszkańców województwa).

Dziennik nie nastawiał się też na treści sformatowane pod SEO, czyli optymalizację wyszukiwania, lecz na treści unikatowe: reagował na to, co dzieje się w Lublinie i w regionie, patrzył na ręce rządzącym, śledził powiązania biznesu z polityką. Zajmował się sprawami istotnymi dla mieszkańców, na przykład interesami deweloperów korzystających z braku planu zagospodarowania przestrzennego, monitorował też kwestie rozbudowy ulic i związanej z tym wycinki drzew. Uprawiał, po prostu, rzetelne dziennikarstwo.

To właśnie konflikt z deweloperem, a przede wszystkim sprawa zabudowy zielonych Górek Czechowskich, której nie życzyli sobie mieszkańcy (odbyło się w tej sprawie referendum, niestety nieuznane przez władze) − stał się przyczyną konfliktu głównego udziałowca „Dziennika Wschodniego” Tomasza Kalinowskiego z redakcją. Wreszcie, w marcu zeszłego roku wkroczył do niej likwidator. Pisał o tym Mateusz Kowalik.

Nie tylko Orlen. Prasę regionalną mogą niszczyć też prywatni właściciele

Sąd jednak unieważnił decyzję o likwidacji, a kilka miesięcy później na swoje stanowiska wrócili wyrzuceni z pracy przez likwidatora redaktor naczelny Krzysztof Wiejak i wicenaczelna Agnieszka Mazuś.

− Wróciliśmy, bo udziały większościowego wspólnika – lubelskiego dewelopera Tomasza Kalinowskiego, były zajęte przez komornika. Wierzyciel, którym była spółka z Białegostoku, wywalczył przed sądem zarząd nad tymi udziałami − opowiada Agnieszka Mazuś. − Prezes tej spółki mógł się więc pojawić u nas na walnym zamiast większościowego udziałowca i zagłosować, choć zgodnie z postanowieniem sądu sam do zarządu wejść już nie mógł. Paweł Buczkowski został jednoosobowym członkiem zarządu i przywrócił mnie i mojego naczelnego do pracy − mówi Mazuś.

Paweł Buczkowski, Agnieszka Mazuś i Krzysztof Wiejak podczas interwencji likwidatora w redakcji Dziennika Wschodniego w 2021 roku. Fot. Jakub Szafrański

Głodzenie i drożyzna

Przez kolejne miesiące, choć konflikt z głównym udziałowcem trwał, dziennikarzom udawało się robić swoje. Deweloper, niestety, okazał się niejedynym wyzwaniem dla wolnego słowa. Kryzys prasy dotyka bowiem wszystkie tytuły, a w ostatnim roku pogłębiły go jeszcze wyższe koszty papieru, druku i energii.

− Krzysztof Wiejak od wielu lat był prezesem, a przez ostatni rok prokurentem, kiedy ja byłem w zarządzie. I wcześniej radziliśmy sobie bardzo dobrze. Ale może na obecne czasy nie byliśmy wystarczająco przygotowani, może dlatego, że jesteśmy dziennikarzami, a nie menedżerami − mówi Paweł Buczkowski, zwolniony dyscyplinarnie trzy tygodnie temu.

− Przez ostatni rok bardzo się staraliśmy, ja sama zabrałam się też za pisanie, nie tylko za redagowanie. Ale sytuacja na rynku jest coraz trudniejsza, zamykane są tytuły większe niż nasz. Mimo cięć wydatków i oszczędności, jakie robiliśmy od połowy roku, w perspektywie dwóch−trzech miesięcy musielibyśmy ogłosić upadłość spółki − mówi Mazuś.

Dziennik utracił dochody z reklam instytucji i spółek skarbu państwa, bo odkąd Orlen przejął dwadzieścia tytułów Polski Press, ogłaszają się one tylko tam – to mechanizm głodzenia medium. Skończyły się też nieduże dofinansowania od samorządu, na przykład na coroczny plebiscyt stu najlepiej radzących sobie w województwie firm.

− Plebiscyt Złota Setka opierał się na danych z wywiadowni gospodarczej, publikowaliśmy informacje, które firmy w regionie miały dobry rok. Zawsze przy tego typu plebiscytach mieliśmy wsparcie samorządów. Przygotowanie takiego zestawienia zajmuje sporo czasu i pokazuje, że są firmy w regionie, w mieście, które stanowią o jego sile. W ostatnim czasie już nie mogliśmy liczyć na takie wsparcie. Ale nie zamierzam na to narzekać, być może była to cena naszej niezależności, którą trzeba było zapłacić − mówi Paweł Buczkowski.

Choć wprowadzono oszczędności, zmniejszono redakcję, przeniesiono się z dwóch pięter na jedno, zlikwidowano kilka etatów i obcięto wierszówkę o 20 proc., sytuacja finansowa była coraz gorsza. Do wyboru była sprzedaż udziałów albo upadłość. Zdecydowano się na to pierwsze. Pod koniec listopada ośmiu mniejszościowych wspólników (byli i obecni dziennikarze „Dziennika Wschodniego”) sprzedało swoje udziały (27 proc.) firmie Maxima Media.

Teren Górek Czechowski zajęty pod bod budowę osiedla. Fot. Jakub Szafrański

− Przez ostatni rok propozycje odkupienia naszych udziałów się nasiliły. Takie oferty dostawali wszyscy mniejszościowi wspólnicy, oprócz mnie. Dzwonili przeróżni ludzie, każdy twierdził, że reprezentuje kogoś innego, padały naprawdę wysokie sumy. Oczywiście podejrzewaliśmy, że to podstawione osoby. Bo większościowy udziałowiec też składał takie propozycje. Przyznaję, że nadal na 100 proc. nie wiem, komu tak naprawdę je sprzedaliśmy. Prezes Maxima Media Wojciech Nowak nigdy nie ukrywał, że w 2019 założył tę spółkę tylko po to, by nas kupić. Twierdził też, że reprezentuje szefa dużej polskiej korporacji medialnej. Akurat to okazało się kłamstwem − wspomina Mazuś.

Znany tytuł, nieznany kierunek

Maxima Media dopięła swego. Nowy udziałowiec dogadał się z większościowym, powołał nowy zarząd, który odwołał ze stanowiska Agnieszkę Mazuś i Krzysztofa Wiejaka, a kilka dni później zwolnił ich z pracy.

13 grudnia, kiedy pojawił się pełniący obowiązki redaktora naczelnego, dotychczasowy redaktor został zwolniony. − Rano odbyło się krótkie spotkanie z nowym naczelnym, potem miałem zaplanowane dwa tematy, których już nie napisałem, bo kiedy wróciłem z wywiadów, od razu dostałem wypowiedzenie − mówi Piotr Buczkowski.

Presja ma sens. Jak lublinianie walczą o drzewa

Tytuł zostaje i nie wiadomo, jak będzie wykorzystany ani czy zaufanie, na które dziennik pracował przez lata, nie zostanie nadużyte. Wiele wyjaśni się, kiedy w lutym lub marcu zostanie przedstawiony nowy redaktor naczelny. Dziennikarze gazety wnioskują, że taka osoba już najwyraźniej jest, ale widocznie wcześniejsze zobowiązania uniemożliwiają jej rozpoczęcie pracy.

− Trudno mi sądzić, że to będzie to co wcześniej. Przykład zablokowania tekstu Agnieszki Mazuś o Piotrze Kowalczyku pokazuje, że te nadzieje mogą być złudne − mówi Buczkowski.

Piotr Kowalczyk, przyjaciel i prawa ręka prezydenta Lublina Krzysztofa Żuka, po kilkunastu latach spędzonych w Radzie Miasta pod koniec 2018 roku pożegnał się z polityką i zajął biznesem. Dziś jest udziałowcem w kilku deweloperskich spółkach, ma portal Lubelski.pl i firmę reklamową Medialny24 z ponad setką bilbordów w Lublinie i okolicach. Wspierał kampanię wyborczą prezydenta Żuka, jego żona była prawniczką w ratuszu, a obie pary spędzają ze sobą czas również towarzysko.

Agnieszka Mazuś opisała akcję CBA, w której agent udawał biznesmena ze Słowacji marzącego o pierwszym drapaczu chmur w Lublinie. Kowalczyk miał mu budynek zaprojektować i – przede wszystkim – wystarać się o wszelkie potrzebne pozwolenia w Urzędzie Miasta. Za łapówkę − milion złotych wpisane w koszty projektu. Akcja CBA miała miejsce w 2019 roku, ale dopiero 5 grudnia 2022 rozpoczął się proces Kowalczyka i jego współpracowników przed Sądem Rejonowym w Lublinie. Artykuł opisuje całą karierę polityczno-biznesową Kowalczyka, który zaczynał jako członek partii PiS. Gotowy materiał na film – niestety, artykuł ukazał się tylko w papierowym wydaniu „Dziennika Wschodniego”, ponieważ nowi prezesi wydawnictwa zablokowali publikację materiału w internecie.

Od tematów deweloperskich odsunięty został również Dominik Smaga. Pisał o inwestycjach w mieście, deweloperach korzystających z braku Planu Zagospodarowania Przestrzennego i tzw. wuzetkach (dokumentach o warunkach zabudowy) wydawanych przez Urząd Miasta, wycinkach drzew, które stały na przeszkodzie „rozwoju miasta” (czyli np. remontom dróg), wreszcie o Górkach Czechowskich, o których za to – w zupełnie innym tonie niż dotychczas w „Dzienniku Wschodnim” – napisał p.o. redaktora naczelnego Jerzy Kowalczyk, chwaląc pomysł stworzenia parku między osiedlami, co jest po myśli dewelopera i ratusza. Sprawa zabudowy Górek Czechowskich toczy się obecnie między Wojewódzkim i Naczelnym Sądem Administracyjnym, właśnie wróciła do WSA i spodziewane jest rozstrzygnięcie na korzyść dewelopera.

Lublin: Panel obywatelski będzie lepszy niż referendum

Dominik Smaga zwolnił się z pracy.

− Zwolniłem się w dniu, w którym został opublikowany tekst p.o. redaktora naczelnego na temat Górek Czechowskich, ale decyzję podjąłem już wcześniej, wypowiedzenie miałem gotowe. „Dziennik Wschodni” zmienia się w kierunku, z którym nie jest mi po drodze, dlatego uznałem, że powinienem odejść.

– Pisałem też o sprawie, która nadal się toczy, budowy biurowca w wąwozie położonym pomiędzy skrajem osiedla mieszkaniowego a linią kolejową wzdłuż lasu. Ten teren ma plan zagospodarowania przestrzennego od 2002 roku i jest przeznaczony pod inwestycje gospodarcze. Teoretycznie można by tam zatem wybudować nawet fabrykę. Inwestor chce wybudować biurowiec. Ale ten teren jest malowniczym miejscem spacerów, budowa nie jest pożądana przez sąsiadów, a sprawa rozgrywa się na poziomie decyzji środowiskowej. Urząd już drugi raz wydał decyzję odmowną, inwestor ją skarży − opowiada Smaga.

Koniec wolnej prasy w Lublinie?

Pozostał w „DW” inny dziennikarz, który prosił jednak o zachowanie anonimowości.

− Nastrój jest podły, brakuje pracowników, redakcja jest kadłubkowa, bo trzy osoby zostały zwolnione, a dwie odeszły same. Tematy ważne dla miasta i regionu leżą odłogiem, czytelnicy komunikują się z nami, zgłaszają, ale nie mamy możliwości reagować, bo brakuje nam dziennikarzy.

Nowi udziałowcy poszukiwali już jakiś czas temu pracowników na lubelskim rynku, ale jakoś nikt się nie kwapił. Nie wiadomo, jaki kierunek obierze redakcja, i nie chodzi to, czy będą pieniądze, czy nie, ale jaki politycznie i biznesowo kierunek zostanie nadany.

Do niedawna w Lublinie były trzy liczące się tytuły: „Kurier Lubelski”, „Gazeta Wyborcza” i „Dziennik Wschodni”. „Kurierem”, przypomnijmy, rządzi Daniel Obajtek.

− Od pewnego czasu brakuje poważnych treści w „Kurierze Lubelskim”, i to mówię z bólem jako niedawna konkurencja „Kuriera”, bo był motywacją dla nas, by robić coś lepiej, szybciej − mówi Paweł Buczkowski. − Ale nie było też tak, że linią demarkacyjną było przejęcie przez Orlen. Oni już wcześniej mieli problem, Polska Press nastawiał się na kliki, na odsłony, pojawiały się więc materiały kuriozalne, jak np. moda mieszkańców Bełżyc − to małe miasteczko pod Lublinem − materiał złożony ze screenów z Google Street View i różnych przypadkowych, zwyczajnie ubranych ludzi, zdjęcia sprzed paru lat… Tego typu materiały się pojawiają i zaczęły przesłaniać miejskie treści.

Lokalna „Gazeta Wyborcza” zatrudnia ledwie kilku dziennikarzy. Są jeszcze media publiczne: telewizja i radio oraz portale, które jednak sprofilowały się na łatwe treści.

− Teraz to nie są miejsca pracy dla dobrych dziennikarzy, dociekliwych. Pełnokrwiści dziennikarze mogą napisać źle o władzy, nawet jak ta wspiera dany tytuł − mówi anonimowo dziennikarz.

Podobne wrażenie ma Dominik Smaga, który się zwolnił z redakcji, ale chciałby pozostać w zawodzie. Opowiada, że „DW” był rzetelnym medium, jeszcze kiedy należał do norweskiej Orkli, podobnie potem, kiedy wraz z wieloma innymi tytułami lokalnymi „DW” kupił brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom, oraz wtedy, gdy dziennik był wydawany przez spółkę dziennikarską z dużym udziałem dewelopera.

− Mieliśmy możliwość pisania prawdy, po prostu prawdy. Oczywiście w sytuacji konfliktu między udziałowcem większościowym, panem Kalinowskim a innymi udziałowcami nie napisaliśmy o sporze wokół jednej z inwestycji Kalinowskiego, ale wyłącznie dlatego, by nie być posądzonym o to, że przy pomocy gazety próbuje się rozgrywać jakieś konflikty w gronie udziałowców spółki. Krytyczny wobec inwestycji dewelopera sygnał od naszego czytelnika przekazaliśmy dziennikarzowi z konkurencyjnej redakcji, który uczciwie zrealizował temat − opowiada.

Protest przeciwko nadmiernej wycince drzew w Lublinie. Fot. Jakub Szafrański

Rok wyborczy

I tak, w czasach rozhulanej dezinformacji, wojen informacyjnych, kiedy dostęp do rzetelnych wiadomości i wiedzy jest coraz trudniejszy, w Polsce, w której partie opozycyjne grzmią o demokracji i zachęcają swoich wyborców do wyjścia na ulice w obronie stacji telewizyjnej, w Lublinie upada jeden z ostatnich czterech niezależnych dzienników regionalnych w Polsce.

A co na to opozycyjny, platformerski samorząd Lublina? „Robi nam paparara”, chciałoby się zaśpiewać.

Może wydawać się, że to jest skrajnie naiwne. Przed chwilą pisałam przecież o dziennikarzach ujawniających powiązania biznesu z władzami samorządowymi. A czy władza i biznes lubią, jak im ktoś na ręce patrzy? A jednak zapytam: czy samorząd, rządzony przez Krzysztofa Żuka z Platformy Obywatelskiej, nie mógł wesprzeć wolnego medium? Prawo do informacji zapisane jest wszak w bronionej przez opozycję konstytucji RP.

Gdyby chciał, zapewne by mógł, skoro co roku czterema milionami wspiera np. spółkę Speedway, właściciela drużyny żużlowego mistrza Polski, jak czytamy w zablokowanym tekście Agnieszki Mazuś. Oczywiście, patrzenie władzy na ręce przez dziennikarzy miewa swoje niemiłe strony, ale taki jest warunek działania demokracji: nie po to istnieje dziennikarstwo, żeby było miło. Jeżeli demokratyczna opozycja chciałaby się czymś pozytywnie od PiS odróżnić, to wolność mediów powinna być dla niej istotna. Tymczasem „Dziennik Wschodni” upadał na oczach wszystkich i nikt mu nie pomógł.

Mamy jednak rok wyborczy, a samorządy będą, a właściwie już są terenem walki wyborczej. Walki, jak przekonuje opozycja, o wszystko: o wolność, o demokrację, o Polskę w Unii Europejskiej. Polaryzacja w roku wyborczym jest jednak w Lublinie widoczna tylko wówczas, jeśli się spojrzy na radnych podzielonych na dwa kluby: za Krzysztofem Żukiem i Prawa i Sprawiedliwości.

− W Lublinie ciężko jest rozróżnić opozycję od rządzących. Sieć powiązań między samorządami obu stron politycznych jest tak gęsta, że ja widzę tylko bardzo delikatnie zarysowane różnice między obiema partiami − mówi Paweł Buczkowski. – Podam przykład pierwszy z brzegu. PiS chce zbudować w centrum Lublina pomnik Lecha Kaczyńskiego. Mimo że sprawa nie była konsultowana z ekspertami, kilku radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka (PO) zagłosowało za albo wstrzymało się od głosu, dzięki czemu projekt przeszedł głosowanie na Radzie Miasta.

Czy „Kurierowi Lubelskiemu” Daniela Obajtka i Doroty Kani – przez moment prezeski, a obecnie członkini zarządu Polska Press – też będzie trudno rozplątywać gęstwinę powiązań, czy też po prostu rzuci się na prezydenta Żuka i radnych opozycji?

Karykatura prezydenta Krzysztofa Żuka podczas protestu przeciwko nadmiernej wycince drzew w Lublinie. Fot. Jakub Szafrański

− W Lublinie politykom wystarczy to, że nikt im nie będzie zbyt skrupulatnie patrzył na ręce − mówi Paweł Buczkowski. − To wystarczy i PO, i PiS. A będą media, które będą ich chwaliły. Poradzą sobie z tym, by wygrać czy osiągnąć bardzo dobry wynik w najbliższych wyborach. Najważniejsze, by nie wyciągano im potknięć, wpadek czy oczywistych nieprawidłowości.

Innego zdania jest dziennikarz, który chce zachować anonimowość: − Powiem wprost: marszałek z PiS ma zapewnione medialne poparcie w „Kurierze Lubelskim”, w Telewizji Lublin i Radiu Lublin. Prezydent miasta z Platformy ma na razie zapewnione poparcie w tych portalach i tytułach, które zarabiają na mieście, na ogłoszeniach. Przyjdzie moment przed wyborami, kiedy PiS powie: odpalamy, i wiele portali teraz przychylnych prezydentowi, samorządowcom z PO − rzuci im się do gardeł. Władza dobrze o tym wie. A wycofanie nieprzychylnego władzy tekstu, blokowanie komentarzy na forum… To daje ludziom do myślenia. To widzą czytelnicy. Nie mogą uwierzyć, że „DW” stracił zęby, nie jest już tak dociekliwy, jak był − mówi.

Kupno upadającego dziennika to raczej nie jest pomysł na łatwe pieniądze, nawet jeśli stałych użytkowników jest ponad sto tysięcy, a odsłony liczy się w milionach. Kierunek, jaki dziennik obierze, a zatem i biznes, jaki nowy właściciel chce na nim zrobić, poznamy zapewne w lutym, kiedy pojawi się nowa redaktorka naczelna. Albo redaktor.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij