Kraj

Żadnych zaś praw zwierząt nie znamy

Kiedy wiceminister Tomasz Rzymkowski mówi, że „zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw”, to o ile mówi o obecnym polskim prawodawstwie i nie ma na myśli ludzi, w zasadzie ma rację.

„Żadnych zaś praw zwierząt nie znamy i one ich nie znają” – stwierdził kiedyś Leszek Kołakowski. Zdanie było częścią dłuższego wywodu, w którym dał upust swojemu sceptycyzmowi wobec Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Zwierzęta pozaludzkie odgrywały w tej krytyce jedynie pomocniczą rolę. Niewielki fragment im poświęcony zdradzał jednak, że profesor – delikatnie mówiąc – nie zajmował się systematycznie kwestią statusu moralnego innych istot niż ludzie. To zostawia większy niesmak niż niedawna wypowiedź wiceministra edukacji i nauki Tomasza Rzymkowskiego, że pojęcie prawa zwierząt nie istnieje.

W przypadku świń, krów, kur i wielu innych odczuwających zwierząt, które krzywdzimy każdego dnia, nasze obowiązki moralne – zdaniem Kołakowskiego, ale i większości społeczeństwa, w tym wspomnianego urzędnika – są znacznie mniejsze niż w przypadku ludzi. Sprowadzają się do tego, że „nie powinniśmy zadawać zwierzętom cierpień niepotrzebnych ani wypróbowywać na nich naszego okrucieństwa”. Taki język jest zarezerwowany dla nie-ludzi.

Ideologiczna gra eksponowaniem, ale także zakresem pojęć „niepotrzebnego cierpienia” i „okrucieństwa”, stanowi dziś rdzeń systemu eksploatacji zwierząt. Polskie prawodawstwo ich zakazuje. Jednocześnie to samo prawo daje zgodę na codzienne piekło zwierząt: więzienie, kaleczenie, traktowanie jak biomaszyny i surowce naturalne, torturowanie, niszczenie siedlisk, wreszcie – odbieranie życia. W masowej skali.

Nie wiem, czy Rzymkowski czytał Kołakowskiego. On i wielu innych, jak choćby Tomasz Terlikowski, który też głosił publicznie, że nie należy mówić o prawach zwierząt, mogli trafić na podobne poglądy w trakcie wielu różnych lektur. W kręgu myśli katolickiej to standardowe przekonanie.

Gzyra: Terlikowski ma rację!

Nie tylko katolickiej zresztą. Peter Singer od kilkudziesięciu lat powtarza, że prawa to mętna koncepcja, tak w przypadku zwierząt pozaludzkich, jak i ludzi. Singer jest utylitarystą. W tym nurcie etycznym podobne stwierdzenia również nie dziwią. Nie chodzi tu oczywiście o obiektywnie istniejące prawodawstwo, ale o prawa moralne.

Źródłem COVID-19 jest przemoc wobec zwierząt

czytaj także

Źródłem COVID-19 jest przemoc wobec zwierząt

Peter Singer, Paola Cavalieri

Co to są prawa moralne? Tom Regan powiedziałby, że są bardziej elementarne od praw ustawowych. Pierwotne względem tych drugich. Wynikają z określonego systemu etycznego, który może, ale nie musi, stać się podstawą prawodawstwa. Dobrym przykładem są tu właśnie zwierzęta. Wielu etyków uważa, że przynajmniej w przypadku niektórych można mówić o prawach moralnych, ale nie ma na świecie prawodawstwa, które byłoby dobrym odzwierciedleniem tego przekonania.

Sceptycyzm wobec języka praw jest także zwyczajową częścią rozważań z kręgu ekofeminizmu, który skądinąd bywa przychylny zwierzętom pozaludzkim, a także marksizmu w jego pierwotnej formie i późniejszych ujęciach. Ba! Nawet Henry S. Salt, pomimo że napisał jedną z najważniejszych książek o prawach zwierząt, nie upierał się, żeby używać tego określenia. Długo by wymieniać.

W każdym razie – w samym fakcie, że ktoś zaprzecza istnieniu praw jakichś istot lub decyduje się nie kłaść nacisku na pojęcie praw, nie ma nic dziwnego. Motywacje mogą być różne. Dla jednych jest to forma negowania statusu moralnego i przepustka do krzywdzenia. Dla innych krytyka jest częścią postulowania – często daleko idącej – ochrony na innych zasadach niż prawa. Tak jest na przykład w przypadku Singera.

Rozważania o tym, które prawa istnieją, skąd się biorą, kto je ma, kiedy i jak da się usprawiedliwić ich uchylenie, wypełniają niezliczone tomy. Na tym tle wypowiedź Rzymkowskiego jest nijaka. I niejasna.

Dotyczyła ona umieszczenia w jednym z podręczników do trzeciej klasy szkoły podstawowej obrazków z przykładami „łamania praw zwierząt”. Minister stwierdził, że to błąd merytoryczny, bo pojęcie „prawa zwierząt” nie występuje w naukach prawnych. Trzeba to sprostować.

Pojęcie to jest częścią nauk prawnych, bo – jak słusznie napisał prof. Tomasz Pietrzykowski – „postulaty personifikacji zwierząt kręgowych i przyznania im pewnego zakresu praw podmiotowych pojawiają się coraz częściej w dyskusji nad dalszą ewolucją dotyczącego ich prawodawstwa”. Potwierdza to mecenas Karolina Kuszlewicz, zauważając, że termin „jest obecny w opracowaniach prawnych”. Innymi słowy: przytomni prawnicy bez blokad ideologicznych są świadomi, że mają w tej sprawie o czym rozmawiać.

Prawdą jest natomiast, że w polskim prawodawstwie zwierzęta pozaludzkie nie mają podmiotowości prawnej. Jak pisał Pietrzykowski, „podmiotem prawa jest ten, kogo prawo uznaje za zdolnego do posiadania swoich własnych uprawnień lub obowiązków, a nie jedynie przedmiot uprawnień lub obowiązków innych”.

Nasze prawo nie uznaje takiej zdolności zwierząt i w tym sensie nie mają one praw. Kiedy minister mówi, że „zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw”, to o ile mówi o obecnym polskim prawodawstwie i nie ma na myśli ludzi, w zasadzie ma rację.

Sporadyczne odwołania do pojęcia praw zwierząt w praktyce sądowniczej, takie jak fragment wyroku Sądu Najwyższego z dnia 16 listopada 2009 roku., w którym czytamy, że ustawa o ochronie zwierząt „przyznaje zwierzętom określone prawa, a przez to ogranicza sferę swobody działania człowieka wobec zwierzęcia oraz nakłada na ludzi pewne obowiązki względem zwierząt”, niewiele tu wciąż zmieniają. Nie ma czegoś takiego jak ustawa o prawach zwierząt lub o ochronie praw zwierząt. Jest ustawa o ochronie zwierząt. I państwowy szowinizm gatunkowy.

Rzymkowski oznajmił także, że „pojęcie »prawa zwierząt« nie istnieje”. Tu chodziło mu najwyraźniej nie tylko o zakres nauk prawnych, bo stwierdził jednocześnie, że „według nauki prawo jest przypisane Bogu i ludziom”. Jakiej nauki? Teologii? Nawet jeśli, to zależy której. Protestancki teolog Andrew Linzey wydał książkę Animal Rights: A Christian Perspective już w roku 1976, a więc zaledwie w rok po słynnym Wyzwoleniu zwierząt Singera. A może chodziło o jakąś inną naukę? Jeśli o filozofię i etykę, to dyskusję z ministrem nieukiem zostawiam innym.

Pojęcie praw zwierząt w znaczeniu pozaprawnym nie tylko bez wątpienia istnieje, ale było używane już w XVIII wieku. Inna rzecz, że tego rodzaju prawa – moralne – są różnie konceptualizowane. W przypisie do książki Paula Waldaua Prawa zwierząt. Co każdy powinien wiedzieć, którą miałem okazję konsultować merytorycznie i do której napisałem posłowie, podałem taką definicję praw zwierząt: to „koncepcja, wedle której określone zwierzęta pozaludzkie posiadają jednostkowe prawa moralne. W poszczególnych teoriach etycznych ich źródło może być różne. Niektóre odwołują się do tak zwanych praw naturalnych, w innych prawa są konstruktami społecznymi (wynikają z umowy społecznej). […] Niezależnie od różnic można powiedzieć, że w koncepcji tej zwierzęca jednostka mająca prawa nie powinna być traktowana przez innych wyłącznie jako środek do osiągnięcia celu. Wykluczone jest więc jakiekolwiek krzywdzące jej wykorzystywanie. Praktycznym efektem uznania praw zwierząt byłby zatem choćby koniec rolnictwa wykorzystującego zwierzęta w jakikolwiek sposób, który je krzywdzi, włączając krzywdę odebrania życia. Prawodawstwo współczesnych społeczeństw nie kodyfikuje tak rozumianych praw, mając przeważnie charakter ograniczonej i wybiórczej ochrony”.

Polski festiwal dręczenia zwierząt

W rzeczywistości więc – no chyba że ktoś wierzy w prawa naturalne – przytłaczająca większość zdolnych do odczuwania zwierząt nie ma podstawowych praw, bo społeczeństwa, w tym nasze, tego nie chcą. Nie umówiły się na to. Inaczej mówiąc, prawa te nie są realizowane. Istnieją głównie w teoriach i przekonaniach etycznych mniejszości.

Poglądy i braki prawicowego polityka, związanego zresztą kiedyś z Ruchem Narodowym, niestety nie są niczym wyjątkowym. Tego rodzaju kwestionowanie praw spełnia funkcję usprawiedliwienia systemowego krzywdzenia zwierząt. Tak było również w przypadku Kołakowskiego. Rzymkowski jest po prostu kolejnym ludzkim suprematystą, tyle że akurat z pilotem w dłoni.

Rzeźnie nie biorą się jednak ani tylko, ani przede wszystkim stąd, że jakaś osoba publiczna – czy to urzędnik wysokiego szczebla, czy znany intelektualista – wyraża poglądy, że wolno krzywdzić, ale nie za bardzo. Tak, te wypowiedzi są problematyczne i trzeba na nie reagować. System eksploatacji zwierząt karmi się jednak w dużej mierze czym innym – okruszkami suprematyzmu codziennej krzątaniny większości społeczeństwa. Niestety nie powoduje to na co dzień fali wzmożonych komentarzy i płomiennych reakcji sprzeciwu.

Doceniam fakt, że w podręczniku Ja i moja szkoła na nowo poruszono kwestię praw zwierząt. Chciałbym, żeby podstawy programowe szkolnictwa wymagały uwzględnienia jej na każdym etapie edukacji. Niestety, nie tylko reakcja ministra, ale i sposób przedstawienia tej tematyki w książce mówią wiele o głębi wykluczenia zwierząt. Nie widziałem żadnego publicznego komentarza, który by na to wskazał.

Problem widać wyraźnie w doborze przykładów łamania praw zwierząt. Mamy tam sprzedaż żywych karpi, pracę ponad siły, doświadczenia na zwierzętach, transport żywych zwierząt, hodowlę dla futer, występy w cyrku i kłusownictwo. To wszystko powinno być zakazane i piętnowane społecznie, nie mam co do tego wątpliwości.

Jednak przykłady starannie omijają główne źródła problemu, choćby przemysł mleczny, mięsny, jajczarski lub rybołówstwo, wszystkie nierozerwalnie związane z codziennymi wyborami ludzi. Oczywiście, takie przykłady nie mogłyby się znaleźć w żadnym podręczniku. Nie tylko jednak dlatego, że książka nie zostałaby dopuszczona przez Ministerstwo Edukacji i Nauki do użytku szkolnego.

Jak wybrnąć z bycia mleczarnią?

Z dużym prawdopodobieństwem byłoby to nie po myśli sił politycznych od lewa do prawa. Niemal cała scena polityczna utkwiła przecież tam, gdzie Kołakowski i gdzie gros wyborców i wyborczyń – w przyjemnym ciepełku ideologii, którą da się zamknąć tragicznym dla zwierząt hasłem „używać, ale nie nadużywać”.

W podręczniku Ja i moja szkoła jest również odwołanie do Światowej Deklaracji Praw Zwierząt. Czy ktoś jednak przeczytał ją uważnie? „Jeśli człowiek hoduje zwierzęta w celach żywnościowych, należy je […] uśmiercać, nie narażając ich na niepokój i ból” – to jedno ze zdań tego dokumentu, przytoczone w podręczniku. W Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka nie pozwoliliśmy sobie na nic zbliżonego wymową do tego koszmarnego zalecenia.

Dlaczego nie widzę oburzenia tą różnicą? Tak, treść Światowej Deklaracji Praw Zwierząt również świadczy o dramatycznie niskim statusie społecznym zwierząt. Czy kiedyś będziemy mogli uczyć o tym w szkołach?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Darek Gzyra
Darek Gzyra
Działacz społeczny, publicysta, weganin
Działacz społeczny, publicysta, weganin, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Członek Polskiego Towarzystwa Etycznego oraz Laboratorium Animal Studies – Trzecia Kultura, jeden z redaktorów czasopisma „Zoophilologica. Polish Journal of Animal Studies”.
Zamknij